Baśń o Człowieku – Ścieżka-pod-Górę

| Część następna ->


 

I. Ścieżka-pod-Górę.

Niebo całe było zatłoczone przez różnego rodzaju ptactwo, ale Giovanni potrafił rozpoznać wśród nich tylko jaskółki. Takie jakie mieszkały w jego wiosce, takie które widywał codziennie zanim wyruszył.
Ale powinniśmy zacząć od tego czemu wyruszył. Dlaczego? Wielu młodych ludzi wyruszało w takie podróże w celu zdobycia sławy, bogactwa, zabicia smoka czy uratowania jakiejś totalnie rozpieszczonej księżniczki. Giovanni wyruszył w innym celu. Od zawsze spoglądał w stronę tego-co-jest-za-górami, liczył gwiazdy na niebie. Nie rozumiał świata, tym bardziej też tych co myśleli, że rozumieją. Bo cóż oni mogą wiedzieć skoro tylko byli w dwóch może trzech sąsiednich wioskach, parę razy na wyspie przy Przesileniowych Odpływach, a poza tym to tyle. I zawsze mówili to samo. Świat jest zły, życie złe, my źli, wszystko złe! Giovanni wiedział, że to nieprawda. Nie wierzył im, toteż inaczej niż jego rówieśnicy patrzył na egzystencje swoją. Wiedział, że coś jest w tym świecie takiego co udowodni mu, że jest tak jak to on twierdzi. Wierzył w to mocno i wiedział, że tak się stanie. Niestety ludzie śmiali się z Giovanniego i w twarz szydzili z jego nastawienia do życia. Ale Giovanni nie przejmował się tym, miał gdzieś ich zdanie o sobie, i o tym co sądzą o tym, co on sądzi o tym i tamtym.
Jednak nie tylko złośliwe naigrywanie ludzi z okolicy były przyczyną wędrówki Giovanniego. Wyruszył bo chciał, wyruszył bo wiedział, że chcę, wyruszył bo nie wiedział o tym nic. Wyruszył bo nie rozumiał. Ale jednego był pewien, gdyż niewiele rzeczy pewnych na tym łez padole dla ludzi nie-żywych jest w istocie. Był pewien tego, że gdy dotrze do swego celu, wszystko zrozumie.
A czym był jego cel jak nie zwykłym zrozumieniem? Giovanniego nawiedził sen. To ponoć sam dobry Duch Natchnienia zwany Émbnevsi zesłał owy sen nań. A śnił on o Drzewie. Drzewo to jakby zwyczajne, ale tylko dla człowieka totalnie nie-żywego. Po jednej stronie drzewa był dzień, a po drugiej noc. Nad drzewem chmury pierzaste i gwiazdy świetliste. Korzenie drzewa były poskręcane i głęboko sięgały, jakby do serca Matki Ziemi. Zdawać by się mogło, że korzenie drzewa chronią serce swej matki przed śmiertelnym ciosem jej dzieci. Stąd wniosek prosty, że drzewo jest najdoskonalszym z istot. Jeżeli istotą je w ogóle nazwać można. Po prostu kocha swoją matkę i nie przejmuje się światem zewnętrznym. Zaś gałęzie drzewa były poskręcane jak muszle ślimaków morskich, owoce drzewa karmiły wszystkie stworzenie Boże, a największe z nich miały kształty symboli ludzkości. Każdy owoc był inny jak każda śnieżynka. Jedyny w swoim rodzaju.
Giovanni rozpoczął swoją wędrówkę tak jak stał. Rano wstał, ubrał się, zjadł śniadanie, wziął ze sobą niezbędne rzeczy i wyszedł z wioski. Takie wędrówki zawsze są tym lepsze im bardziej niezamierzone. Ludzie pytali się gdzie to on zmierza, a on im odpowiadał:
– Przed siebie, w góry!
Jego decyzja, była szokująca dla prostych mieszkańców wioski.
– W góry? W górach jest niebezpiecznie szalony człeku!
Giovanni nie przejmował się tym. Wielu ludzi jest przekonana, że góry to największe okropieństwo jakie jest na świecie. Że są niebezpieczne, brudne, zimne i wymieniać tak by mogli bez końca. Jednak Giovanni był pewien, że przełamanie tradycyjnych wręcz uprzedzeń to początek wędrówki. Ale nie tej co odbędzie jego ciało. Tej co odbędzie jego dusza i umysł. W końcu wszyscy mówią o górach różne bardzo niemiłe rzeczy, a sami tam nigdy nie byli. Powołują się tylko na słowa swoich Guślarzy i Starszych. Giovanni posiada ogromne zasoby odwagi. Bo w końcu co jest bliżej Nieba, góry czy może te wioski na dole?
Ludzie zebrali się u wyjścia z wioski i obserwowali jak Giovanni się oddala. Jedni wytykali go palcami, inni śmiali, a jeszcze inni złośliwie życzyli powodzenia. Ale nikt. Nikt nie zadał sobie tyle trudu by pomyśleć i zastanowić się jaki jest cel jego wędrówki? Niestety to jest skutek uboczny jestestwa w takim miejscu. Skutek, który dotyka każdego mieszkańca w wiosce zwanej Glob.

Nasz wędrowiec sunął pewnym krokiem naprzód. Spokojnie pod górę, podziwiał widoki. Wyschnięte zbocza gór, w dole morze i święta wyspa oraz jego wioska. Odwrócił się by popatrzeć na miejsce swoich narodzin. A to wszystko z góry wydawało mu się małe, błahe. Nieistotne. Równie dobrze wioska zwana Globem mogłaby nie istnieć. Jeżeli początek wędrówki był bardzo łatwy, wręcz spacerek to droga coraz bardziej zaczynała być trudna. Coraz bardziej męcząca. Jednak Giovanni postanowił, że nie podda się i pójdzie dalej. Zaczął się zastanawiać jak długo będzie wędrować. A tymczasem szedł dalej naprzód, a ścieżka stawała się coraz bardziej stroma. Zsuwające się kamienie utrudniały chodzenie, a pochyłe zbocza na dużej wysokości przyprawiały o zawroty głowy. Z każdym krokiem Giovanni zbliżał się do szczytu. Dotarł do miejsca w którym ścieżka była jeszcze trudniejsza i wiodła przez labirynt ostrych skał, w wielu miejscach trzeba się było wspinać. I spojrzał raz jeszcze Giovanni na swoją wioskę, i przypomniał sobie jak to pomimo szydzenia ludzi, ich bycia niemiłymi, ich głupoty i innych wad dobrze mu w wiosce, gdzie ma wszystko pod nosem, nie ma Drogi-pod-górę, ani ostrych skał kaleczących dłonie.
– Chyba za dobrze mi tam w Globie moim było – stwierdził obrzucając wzrokiem horyzont. – Wszystko niby jest, a jakby wszystkiego brakuje.
Ale ruszył dalej, z nadzieją, z chęcią, z ciekawością na świat.
Po ponad godzinie wędrowania wśród tego labiryntu skał dotarł do miejsca gdzie głazy były najwyższe i tworzyły niemal pionową półkę. Zawahał się, gdyż myślał, że nie podoła tej wędrówce. Spojrzał jeszcze raz, jeden ostatni raz w stronę Globu i przypomniał sobie, że musi dotrzeć do końca Ścieżki-pod-Górę, do swego Drzewa Życia. Postanowił, że musi w siebie uwierzyć i to bardzo mocno. Bo tylko z mocną wiarą pokona tą przeszkodę.
– Chociaż trudna część trasy tej, to i ja nie zatrzymam się jej. Bo jak mawia przysłowie stare wiara czyni cuda, a więc i mi cud potrzebny będzie. Niechaj wiara moja skrzydła mi da bym i ja znalazł się po stronie drugiej przeszkody tej!
Kończąc te słowa rozpędził się i wskoczył na pierwszy wystający kamień, potem na drugi. Zwinnie jak pantera. I nie było wcale to takie trudne z tymi Skrzydłami Wiary. Pokonał przeszkodę pierwszą, z wielu jakie na niego czekają przez całą trasę jego Mistycznej Wędrówki.
Szczęśliwy ruszył dalej i uznał, że jest potwornie zmęczony, a mimo to bardzo zadowolony.


| Część następna ->

Bartosz Halik.

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 1 (2015) kwartalnika Abyssos.

Facebook Comments

Dodaj komentarz