Koteria Usi’nthar I: Gimme!Gimme!Gimme!(A man after midnight)!

crystal_city

P. R. Ofiarski

Gimme! Gimme! Gimme! (A man after midnight)!

 

– Dziękuję panu bardzo– odpowiedział czarnowłosy mężczyzna, kiwając głową w stronę przechodzącego mężczyzny, który wrzucił mu kilka drobnych do futerału.

Człowiek nie odpowiedział nic, tylko poszedł dalej, a Kaspar zaraz potem wrócił do gry na gitarze. Przymknął napuchnięte oczy, skupiając się dalej na składaniu akordów. Musiał się zdecydowanie bardziej postarać. Mieszkańcy Nowej Nadziei na planecie Kepler nie należeli specjalnie do hojnych. Powodem nie był trwający właśnie niepokój między Federacją Solarną, a Zjednoczonym Cesarstwem Gwiezdnym Tha’litan, który lada moment mógł się zamienić w kolejny na przestrzeni dwudziestu lat konflikt. Powodem była sama natura planety, na którą wybrano, jako główną bazę dla Wygnańców, czyli najemników, a niekiedy również negocjatorów w walkach między obiema kosmicznymi potęgami. W ich skład wchodzili zarówno ludzie, w których naturze leży poszukiwanie nowych wyzwań, jak i Tha’litanie, wyglądający niemal identycznie jak ludzie z drobnymi szczegółami fizyczno-genetycznymi, a także La’owie, niebieskoskóra rasa handlarzy, którym na rękę było utrzymywanie najemników i wszelakich maści poszukiwaczy przygód, by tylko na nich zarobić. Dawniej nosząca nazwę planeta Kapler 22b, była enklawą dla różnej maści wojowników i eksploratorów. A więc jeśli coś nie było sztuką wojny lub nie dało się na tym zarobić stanowiło dość odległy plan.

Jedynie Nowa Nadzieja, jedno z czołowych miast, a także siedziba Rady Wygnańczej oraz najważniejszych koterii Wygnańców, czyli ich odpowiedników rodzin,  mogło pozwolić sobie na jakiekolwiek zainteresowanie sztuką. Miasto było mieszaniną architektury Federacji Solarnej, który charakteryzował się wysokimi, stalowymi iglicami, obsadzonymi szerokimi, oszklonymi oknami; oraz Cesarstwa Tha’litan, których budowle dorównywały wielkością ludzkim, ale wykonanych z połączonych ze sobą kryształów solarnych i nie posiadających żadnych regularnych kształtów. Jedynie La’owie nie mieli żadnych swoich motywów architektonicznych, korzystając z dobrodziejstw zarówno ludzi, jak i Tha’litan. Dzielnice Nowej Nadziei rozlokowane były wedle zamożności mieszkańców. Najbardziej na brzegu zamieszkiwały osoby biedne i średniozamożne, często nazywając te dzielnice Stalowymi, ze względu na dużą ilość ludzkich domostw. Zaraz potem były dzielnice Parkowe, w których można było spokojnie odpocząć, zrobić zakupy czy pochodzić po parkach, a także mieszali tam zamożni mieszkańcy miasta. Ostatnim dystryktem było Stare Miasto, zwane niejednokrotnie dzielnicą Kryształową ze względu dużej ilości domostw zbudowanych z tego surowca, co jednocześnie świadczyło o tym, że najwięcej mieszkało tu Tha’litan. Znajdowały się tu również bardziej kulturalne instytucje, jak muzea, hale teatralne, a także uniwersytety. A przede wszystkim mieściła się siedziba rady. Była to również jedyne bezpieczne miejsce w Nowej Nadziei, gdzie śmiało można było chodzić bez broni. W końcu miało stanowić, jak to określały wielokrotnie media, jedną z niewielu enklaw życia kulturalnego na Kepler. A co za tym idzie, niewielu wpuszczano tu osób spoza dzielnicy.

Kaspar miał świadomość, że szukanie szczęścia w tej części miasta jest poza jego możliwościami. Nie miał aż takiego talentu, by zyskać sobie patronat elit z tej dzielnicy, a poza tym jego wygląd raczej nie przysparzał mu zbytniej możliwości w zostaniu artystą. Jego twarz nie była jeszcze zniszczona przez czas, jednak była uszkodzona przez noże czy też wystrzały z pistoletów, a następnie zszyta. Włosy miał czarne, krótko przystrzyżone. Był wysoki i dobrze zbudowany, co eksponował nosząc obcisłą koszulę, lekko rozpiętą u góry. Na nogach długie spodnie, zrobione ze sztruksu oraz ciężkie buty. Bawełniany płaszcz przewiesił przez jakiś pręt. Nie miał nic prócz futerału z gitarą.  Zdawał sobie sprawę, że nie tak powinien wyglądać ktoś, kto chce próbować zostać artystą w dzielnicy Kryształowej, ale wolał mieć swobodę w graniu. I tak miał szczęście, że udało mu się dostać do dzielnicy Parkowej bez żadnych problemów od strony Planetarnych Sił Obronnych, robiących na Kelper, jak to zwali Terranie, za staż miejską. Choć mimo wszystko wciąż miał się na baczności.

Uderzył po raz ostatni za struny, kończąc tym samym utwór, nie oczekując na oklaski. Mimo wszystko, że Nowa Nadzieja była Mekką dla Wygnańców, którzy cenią sobie sztukę, to wciąż jej podziwianie należało do przywilejów najbogatszych i tylko oni w zasadzie się nią interesowali. Dla Wygnańców liczył się przede wszystkim zysk, a co za tym idzie, podejmą się każdej pracy, nawet łowców nagród. Mimo tego, że Wygnańcy nie tworzyli zwartego państwa i nie ma swojego jako takiego prawa, to w świadomości członków tej grupy kryminalista uchodził za łup. Stąd przyznawać się, że jest się bandytą wśród Wygnańców trzeba mieć dużą odwagę. Albo dużą odwagę i zaufane kontakty.

Kaspar otworzył oczy, spoglądając w stronę obojętnego w większości wobec niego tłumu, zmierzającego zapewne w stronę Targów. Współpraca między Tha’litanami oraz ludźmi była tutaj o tyle zaciśnięta, że nie stanowiło dla nich szczególnego problemu, by wzajemnie wymieniać się technologiami, co skutkowało wspólnymi projektami nowego wyposażenia, zarówno bojowego, jak i również skierowanego do użytku codziennego. Efekty tych prac można było podziwiać właśnie na Targach w dzielnicy Kryształowej. Niestety, już sam wstęp nie należał do tanich, ale już sama obecność w takim miejscu nobilitowała gościa. Wysokojakościowe jadło, trunki z górnej półki dla każdego i możliwa rozmowa z największymi sławami pośród Wygnańców? Któż przynajmniej na chwilę nie chciałby się znaleźć w takim miejscu?

Kasparowi jednak nie w głowie były takie fanaberie. Z ledwością zarabiał na cokolwiek do jedzenia, a jeszcze należało zapłacić czynsz za wynajęte mieszkanie. Co więcej, stosunkowo niedawno stracił pracę z powodu tego, że firma budowlana została rozwiązana, a duża część zarządu aresztowana ze względu na przekręty. Zostawszy na lodzie, złożył swoje CV do kilku miejsc, by znaleźć nową pracę, ale w między czasie musiał dorabiać, by móc za co przeżyć następny dzień. Odłożył na chwilę gitarę na bok, licząc pieniądze, które mu się udało zarobić tego dnia. Jeden krystalion i dwadzieścia dolców Terrańskich. Łącznie to mu dawało trzydzieści Exili. Całkiem nieźle, pomyślał, starczy na duży obiad i kilka piw, a także papierosy. Nie mniej, do końca dnia jeszcze jest trochę czasu, więc nie należało tracić nadziei. Ponownie chwycił za swój instrument i ułożył palce na strunach. Zastanawiał się, co tym razem zagrać, gdy nagle do głowy wpadł mu pewien utwór, z płyty, którą znalazł stosunkowo niedawno w jednym z antykwariatów. Została nagrana jeszcze w czasach przed cybernetyzacją, w latach 70 XX wieku. Co prawda, główny temat był na trąbkę, jednak późniejsze partie grano również na gitarę akustyczną. Pominął warstwę wokalną, gdyż nie miał nigdy dobrego głosu i przeszedł od razu do agresywnego wejścia w główną cześć utworu. Zaraz potem spokojnie przeszedł w partie spokojniejsze i bardziej wirtuozyjne. Wspomniał dźwięki, które na bieżąco przerabiał z instrumentu dętego na strunowy. Pomimo swojej prostoty dźwięku, dawał spore pole do popisu improwizacji, co skrzętnie wykorzystał.

Ogółem, grał utwór pięć minut, by skończyć podobnie, jak zaczął. Kaspar poczuł, że wrócił z powrotem do rzeczywistości, na jakiś czas porzucając świat fantazji, w której się znalazł, grając ten temat. Wtedy do jego uszu doszło krótkie klaskanie. Zaczął spokojnie rozglądać się po okolicy, wyszukując źródła tego dźwięku. Tym okazała się być dość szczupła i wysoka kobieta, o elipsowatym kształcie twarzy. Co więcej jej silnie niebieskie oczy oraz niemalże przezroczyste białe włosy świadczyły o przynależności do rasy Tha’litan. Do tego dochodził jeszcze charakterystyczny strój w postaci długiej szaty w kolorze żółto-pomarańczowym, ozdobione kryształami solarnymi. Zdawała się być nieuzbrojona, choć mężczyzna wiedział, że w tym mieście różnie bywa. Tha’litanka uśmiechnęła się do niego i przestał klaskać:

– Brawo, dawno nie słyszałam tego utworu- odpowiedziała bardzo melodyjnie, jak na jej gatunek przystało, kładąc przy tym dłoń na pasie.– Myślałam, że czasy, w których ludzka młodzież słucha klasyki już dawno minęła, a tutaj niespodzianka.

– Lubię zaskakiwać- odpowiedział krótki Kaspar, odkładając gitarę, puszczając mimochodem słowo młodzież.

Mężczyzna miał co prawda trzydzieści cztery lata, więc w Federacji mógł uchodzić z osobę dojrzałą.  Jednak w porównaniu do Tha’litan, którzy niekiedy mogli dożyć nawet i pięciuset lat, mógł uchodzić za młodzika. Jednak kwestie rozwoju ciała były u ludzi znacznie szybsze niż u obcych, tak też wiekowo Kaspar mógł dorównywać osobnikom z Cesarstwa, którzy ukończyli wiek 100 lat.

– Chuck Mangione, „Children of Sanchez”, o ile dobrze pamiętam. Ciekawie przerobione partie dęte na gitarowe, godne pogratulowania improwizacja– komplementowała umiejętności muzyczne Kaspara kobieta, ale po to tylko, by zaraz zszedł jej uśmiech z ust, ale ton głosu pozostał wciąż miły.- Szkoda tylko, że osoba taka jak Ty marnuje swój talent udając grajka ulicznego.

Słowa obcej wprawiły mężczyznę w osłupienie. Podświadomie w tym momencie żałował, że nie zabrał z domu swojego pistoletu i nie ukrył go w gitarze. Ta istota zdawała się być w jego odczuciu kolejną osobą nasłaną przez kartel Kriegsteel’a, od których jakiś czas temu pożyczył pieniądze. Nagabywali go co jakiś czas, wciąż zdzierając każde zarobione pieniądze. Kaspar złożył ręce na piersi, spoglądając niepewnie w stronę Tha’litanki.

– Co masz na myśli?- Spytał podejrzliwie, lustrując wyraźnie kobietę.

– To, że masz zupełnie inne talenty, niż te, które na siłę starasz się w sobie wykształcić- odpowiedziała wyraźnie spokojna Tha’litanka nie zmieniając cały czas pogodnego tonu głosu- powiedz, kto tu kogo oszukuje, Kasparze Thave? Czy raczej powinnam powiedzieć Fiodorze Discinusie.

Wypowiedzenie jego prawdziwego nazwiska wprawiło mężczyznę w jeszcze większe osłupienie i szybką analizę sytuacji. Faktycznie, wraz z przybyciem do Nowej Nadziei nadał sobie nowe nazwisko, by zerwać zupełnie z przeszłością. Ale to, że ktoś mimo wszystko wynalazł tę informację świadczy o tym, że komuś bardzo na nim zależy. A co gorsza, był to Tha’litanin, poza kilkoma wyjątkami, rasa raczej wroga ludzkiemu gatunkowi. Być może to wiązało się z chęcią zemsty za grzechy przeszłości. Nie, gdyby tak było, wybrano by zupełnie inny sposób na jego eliminację, a nie w Parku, gdzie jest duża ilość świadków. Musiał być jakiś inny powód. Ale by się o nim dowiedzieć, człowiek będzie musiał zagrać w otwarte karty:

– Skoro już znasz moje prawdziwe nazwisko, może dosyć tej maskarady i powiesz mi wreszcie, o co chodzi, kobieto?

– Nie tutaj, za dużo uszu- powiedziała kobieta, wręczając mu wizytówkę i uśmiechając się.- Proszę, przyjdź do restauracji „Kryształowe Echo” dzisiejszego wieczoru. Tutaj masz adres, a także na kogo masz się powołać. Mam nadzieję, że się zobaczymy jak najszybciej.

Po chwili kobieta odeszła błyskawicznym krokiem, nim Kaspar zdołał zadać pytanie. Wołał za nią, by wróciła, lecz ta bardzo szybko zniknęła w tłumie. Mężczyźnie nie pozostało nic innego, jak tylko z powrotem wrócić do swojego zajęcia, wcześniej jednak zerknął jeszcze na wizytówkę. Gdy skończył ją czytać, otworzył jeszcze szerzej oczy. I w jednej chwili wziął wszystkie zarobione dzisiaj pieniądze, schował gitarę do futerału i błyskawicznie zdecydował się wrócić do domu.

*

– Kaspar Thave- powiedział najbardziej uroczystym tonem mężczyzna do kelnera, który zajmował się sprawdzaniem listy zamówionych stolików.– Mam umówione spotkanie z panią Ali’sal Usi’nthar.

Kelner rasy ludzkiej miał wyraz twarzy, który nie wskazywał żadnych emocji. Był już dość wiekowy, co było widać po siwiźnie na głowie, zmarszczkach na twarzy i krótkiej, przystrzyżonej brodzie. Ubrany był jednak dość nowocześnie, bowiem w krótką, białą togę i czarną muszkę, o przywierających do ciała czarnych spodniach i wysokich butach. Na piersi miał złotą plakietkę, sygnalizującą wykonywaną przez niego profesję.

Na początek zlustrował przybyłego gościa od stóp do głów. Na szczęście, Kaspar zdołał odnaleźć jeszcze jakieś bardziej eleganckie ubrania w swojej norze, chociaż należały one raczej do stylu współczesnego retro. Ubrany był w wysłużony już smolisty smoking, białą koszulę, zapinaną na guziki i zapinki przy rękawach, spodnie dopasowane materiałowo i kolorystycznie do narzuty, a także na szybko wypastowane i wylakierowane buty. Ubrany w ten strój może i mógłby budzić lekki uśmiech zażenowania pośród współczesnego trendu mody, lecz wciąż był uznawany za elegancki i przystępny. Stąd też, gdy lustrujący go mężczyzna skończył swoją obserwację, przesunął po ekranie dotykowym w celu sprawdzenia rezerwacji. Po chwili, w podobnie bez emocjonalny sposób odezwał się do Kaspara:

– Pańska towarzyszka już czeka. Stolik numer czterdzieści, najbardziej przy oknie. Pomóc Panu czy też sam Pan trafi?

– Myślę, że sobie poradzę- odpowiedział pewnie mężczyzna, zaszczycając starca jeszcze jednym spojrzenie, by ruszyć dalej.

Oczywiście, ta pewność siebie była raczej ułudą, ponieważ Kaspar po raz pierwszy, od czasu przybycia na Nowej Nadziej, znajdował się w dzielnicy Kryształowej. Prócz tego, że nie znalazłby tu żadnego patronatu, to dokładnie legitymowano każdego, kto wydawał się być obcy w tym miejscu. Prócz standardowego sprawdzania numeru identyfikacyjnego, pytano o cel wizyty, sprawdzano zawartość ewentualnego bagażu lub nawet skanowano stroje. Gdy wydawał się czysty, puszczano go wolno, lecz jeśli znalazła się jakaś niepoprawność wobec paragrafu, osoba chcąca się dostać do dzielnicy, była odprowadzana na pobliski posterunek miejscowej gwardii albo z powrotem do bram dzielnicy.

Jednak, Kasparowi udało się przejść bez żadnych problemów przez kontrole. Duża w tym zasługa zaproszenia od Tha’litanki. Patrząc na mapę, w końcu dotarł do „Kryształowego Echa”, gdzie miało się odbyć spotkanie. Stolik numer czterdzieści, wedle numeracji, powinien znajdować się po lewej stronie od kelnera sprzed wejścia. Kaspar, idąc w jego stronę, spoglądał kątem oka na innych gości. W większości byli to ludzie, ubrani w elegancje szaty z meszu, rzadziej z innych materiałów. Wszyscy zachowywali się dla Kaspara fałszywie dystyngowanie. Każde słowo, które toczyli w stronę swojego rozmówcy zdawało się być przesiąknięte jadem, a odpowiedź była równie jadowita. Ale nic dziwnego: w biznesie, gdy chce się coś ukraść należy kłamać. Po chwili, znalazł stolik numer czterdzieści, a przy nim, jego towarzyszkę.

Ali’sal Usi’nthar, jak się przedstawiła Tha’litanka, która zaczepiła go na ulicy, ubrana była w typowo ziemską modę, czyli w czarną suknię z dekoltem oraz wyciętymi plecami, buty na obcasie oraz w korale z pereł. Swoje białe włosy zaczesała w gruby warkocz. Gdy tylko ujrzała Kaspara, wstała z miejsca i z uśmiechem na twarzy podeszła do nie go, wystawiając do przodu rękę:

– Już myślałam, że się zgubiłeś w dzielnicy, mój drogi.

Mężczyznę nieco nie przypadły do gustu słowa kobiety. Przyjęła założenie, że się znają od dawna, a on musiał tańczyć, jak ona mu zagrała. Jednakże, biorąc pod uwagę, że zdawała się znać jego przeszłość, zdecydował się przyjąć jej taktykę. Wyciągniętą rękę kobiety ucałował wedle założeń etykiety sprzed lat:

– Bynajmniej. Posiadam wrodzoną orientację w terenie i nigdy się nie gubię.

– Czy w przestrzeni kosmicznej także?- Tha’litanka zadała pytanie tak nagle, że Kaspar nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Ja…

– Och, jakie to nie miłe z mojej strony, że wciąż nakazuję ci stać. Proszę, spocznijmy i zamówmy coś do jedzenia i picia.

Ali’sal uśmiechnęła się jeszcze szerzej niż wcześniej, zasiadając na swoim miejscu. Kasparowi coraz bardziej pękała żyłka. Miał wrażenie, że kosmitka z nim pogrywa, celowo cały czas go upokarzając, by wykazać, kto ma kartę przetargową.  Postanowił robić jednak dobrą minę do złej gry i usiadł naprzeciwko niej.

– Mają tu świetne dania z kuchni ziemskiej– Tha’litanka znów zaczęła mówić, biorąc do ręki menu z ekranem dotykowym.- Szef kuchni poleca dzisiaj steki po amerykańsku, a do tego koniak Napoleon, pięć gwiazdek.

– To zamów to, „moja droga”- ostatnie słowo Kaspar podkreślił bardzo chłodno, błyskawicznie zamawiając ten stek oraz koniak.- I może wreszcie powiesz mi, po co mnie tu zaprosiłaś i odegrałaś farsę.

Pierwszy raz jesteś na randce z kobietą, Kasparze?- westchnęła, odkładając kartę z daniami, również zamawiając stek i koniak.- Nie wiesz, że należy być w takich sytuacjach cierpliwym, by nie popsuć pierwszego wrażenia?

– Bywałem na randkach z kobietami- odpowiedział zimno człowiek, spoglądając na twarz Tha’litanki.- Jednakże żadna z moich partnerek nie zaczepiła mnie na ulicy, mówiąc, że zna moją przeszłość.

– A skąd ta spekulacja, że znam twoją przeszłość, Kasparze? Czy wolisz jednak, bym mówiła do ciebie Fiodor?

– Pozostanę przy Kasparze. Fiodor Discindus przestał istnieć wraz ze wszystkimi aktami wraz z przybyciem do Nowej Nadziei. Jednak zdaje się, że w jakimś celu przetrwała w aktach Wygnańców.

– Ha, więc i ty wiesz kim naprawdę jestem– odpowiedziała radośnie kobieta, acz przerwała na chwilę rozmowę, gdyż kelner przyniósł koniak. Gdy odszedł, kontynuowała.- Myślałam, że cię zaskoczę swoją profesją.

– Osobiście nie mieliśmy przyjemności, ale słyszałem o twoich działaniach na Alfa Centauri. Byłem tam. Uratowaliście nam wtedy życie, nie dopuszczając do walki.

– To bardzo ważne miejsce dla naszych ras, prawda?­ –zakosztowała koniaku. –Ale nie jesteśmy tu by wspominać historię sprzed lat. Więc tak, wiem kim byłeś. Porucznik Floty Solarnej, wnuk słynnego Averiusa Discindusa, zwycięzca spod Syriusza, gdzie jednym okrętem pokonał korzystając z anomalii solarnych pięć niszczycieli Cesarstwa. Odznaczony złotą gwiazdą. I nagle słuch o nim zaginął, gdzieś w gwiazdozbiorze Lutni. Wraz ze zniknięciem, skasowane zostały wszystkie dane o tej osobie. Jakby nie istniała. A teraz siedzi przede mną jego duch,  popijający koniak.

– Gdybym był duchem, nie bardzo byłbym w stanie pić– mruknął Kaspar, odkładając kieliszek.– Nie mniej, masz mnie. Teraz co? Zaciągniesz mnie do floty, pod sąd wojenny? Będziesz chciała mnie oddać Cesarstwu, by zrobili ze mnie przykład? A może po prostu sprzedasz piratom jako niewolnika i kartę przetargową?

– Szkoda byłoby stracić taką osobę dla prozaicznych celów- odpowiedziała kobieta, opierając głowę o dłoń i uśmiechając się ciepło. –Wolę złożyć ci propozycje dołączenia do mojej załogi. Wikt, opierunek i równy podział w nagrodach za misję.

– I jeszcze opieka lekarska i płatny urlop z możliwością wzięcia go na żądanie- zakpił Kaspar, spoglądając spode łba na kobietę. – Proszę o wybaczenie, ale poznaliśmy się dzisiaj, straszyłaś mnie znajomością moich dawnych dziejów po to, by teraz złożyć Mi propozycję pracy? Czy tak zawsze robią Tha’litanie.

– Zazwyczaj nie proponują, a biorą to, co chcą. Ach, idzie nasze jedzenie- ucieszyła się Ali’sal, gdy kelner podał im steki i życzył po francusku smacznego.- Merci beaucoup. Owszem, proponuję Ci pracę, byś nie musiał się martwić, czy danego dnia będziesz miał co do garnka włożyć. Tak, zdaję sobie sprawę, dlaczego nie podejmiesz uczciwej pracy tylko będziesz szukał takiego zarobku gdzie twoja przeszłość nie będzie rozgrzebywana. Chcesz zacząć tabula rasa. Źle trafiłeś. Nowa Nadzieja to enklawa, gdzie ludzie muszą sobie radzić i bazować na swoich doświadczeniach, a nie na możliwości zaczęcia czegoś od nowa. Aby tu żyć godnie trzeba przybyć już będąc kimś. Więc tak, daję ci możliwość zaczęcia czegoś nowego w swoim życiu, nie rozdrapując przy tym dawnych ran.

– Wszystko pięknie ładnie, pani Usin’thar- zaczął Kaspar, kosztując steku. Faktycznie, smakowało rewelacyjnie, jednakże wielkość porcji nie szła w parze z jakością.- Ale wciąż nie rozumiem skąd te nagłe pokłady altruizmu, by mnie znaleźć i przyłączyć do swojej załogi. O co tu chodzi.

– O dług, Kasparze, o dług- odpowiedziała Tha’litanka, odkładając na chwilę sztućce i wpatrując się w mężczyznę. – Moja rodzina jest coś winna twojemu pradziadkowi. A skoro już nie żyje, podobnie jak większość z twojej linii, spada to na ciebie.

–  Mojemu pradziadkowi? – Kaspar po raz pierwszy poważnie się zdziwił, że aż oparł sztućce o talerz.- Jaki znowu dług? Po raz pierwszy o czymś takim słyszę. Opowiedz mi o tym…

– Nie teraz-powiedziała nagle poważnie Ali’sal, sięgając ręką pod stół.

Nie mam czasu na twoje gierki. Mów albo odchodzę od stołu- powiedział zbuntowany Kaspar.

– Mówię poważnie. Spójrz szybko przez swoje ramię. Widzisz tych ludzi?

Mężczyzna rzucił szybkie spojrzenie za plecy. Oprócz radośnie rozmawiających ze sobą osób, dostrzegł zbliżającą się grupę niebieskoskórych La’ów, ubranych w garnitury szyte z meszu. Wszyscy co do jednego byli łysi. Dedukcja byłego porucznika zdawała się mu mówić, że idą w stronę ich stolika. Spojrzał na Ali’sal.

– Kolejni dłużnicy z przeszłości?- zapytał pół dowcipem.

– Coś w ten deseń- odpowiedziała spokojnie Tha’litanka zabierając rękę spod stołu.– W razie czego, sięgnij pod stół. Przygotowałam coś, gdyby rozmowa poszła nie tak.

Kaspar powoli ściągnął dłoń na dół i pomacał blat stołu. W pewnym momencie zauważył, że do stołu przymocowany jest pasek z kaburą z pistoletem. Podniósł spokojnie głowę w stronę kobiety i spytał tylko:

– Wiedziałaś?

– Podejrzewałam- odparła krótko, pozwalając sobie na krótki uśmiech, gdyż niebieskoskórzy mężczyźni byli już prawie przy nich.

Jak przewidziała Ali’sal, La’owie faktycznie podeszli do nich. Mężczyzna mógł się im dokładnie przyjrzeć. Była ich czwórka, wszyscy ubrani w eleganckie garnitury. Wśród nich była również jedna kobieta, która ewidentnie nie czuła się dobrze w tym stroju. Mieli ukrytą pod marynarkami broń, prawdopodobnie skompaktowaną, by nie dało się jej szybko zauważyć. Ale nie dla czujnego oka byłego oficera floty. Grupa stanęła nad nimi, lecz nim się odezwali, Tha’litanka pierwsza zabrała głos:

– Proszę o wybaczenie, szanowni państwo, lecz to stolik dla dwojga i nawet mimo prób, nie zmieścimy się wszyscy.

– Dowcipna, jak zawsze– odparł sympatycznie jeden z nich, nie robiąc żadnych gwałtownych ruchów.- Nie jesteśmy tu jednak by jeść i pić.

– Więc co, powspominać stare czasy, Oll?- zapytała Ali’sal, wyciągając lusterko i poprawiając nosek.- Mów od razu o co ci chodzi, jestem w trakcie randki.

– O to, byś poszła z nami- odpowiedział krótko niebieskoskóry, wciąż nie dając się sprowokować docinkom Tha’litanki.- Nie rób scen, wiele osób patrzy.

– I będziesz miał zamiar zabić ich wszystkich, La’u?- zapytał w końcu Kaspar, dokańczając swojego drinka.- To nie są stalowe getta, gdzie siły obrony planetarnej nie ingerują. Jeden strzał i zleci się co najmniej dwa tuziny gwardzistów.

– Których łatwo przekupić– odpowiedział krótko Oll, nie tracąc rezonu.- Nie o ciebie chodzi, ziemianinie, więc siedź i kończ swój obiad.

– Zapłaciłeś gwardzistom, by nie ingerowali?– spytała Ali’sal, odkładając na bok lusterko.

– Nie trzeba nam odpowiadać na to pytanie- odpowiedział nagle inny La’u, który do tej pory milczał.

– Macie rację, bo i tak dużo to wyjaśnia– odparła spokojnie wygnana, kiwając do byłego wojskowego.

W tym momencie Kaspar przewrócił stół w stronę porywaczy i schował się za nim, zanim napastnicy wyciągnęli swoje pistolety. Zaraz obok niego pojawiła się Ali’sal, która wyciągnęła zza podwiązki kompaktowy pistolet, załadowany plazmą solarną. La’owie zaczęli ostrzeliwać ich kryjówkę zwykłymi nabojami. Wszyscy obecni w restauracji gwałtownie wstali z miejsca, starając się uciec z lokalu albo znaleźć bezpieczne schronienie poza strzelaniną. Kaspar sięgnął po broń, która była przy stole. Niestety, był to kompaktowy Tooth II. Odbezpieczył go i wyliczał w myślach ilość pocisków wystrzelonych przez przeciwników. Zmniejszone Groundy, każdy po 7 nabojów. Ładowanie magazynka na około 10 sekund dla wprawnego strzelca. Wystarczy. Wyliczył ilość strzałów i po chwili wychylił się zza aluminiowego stołu. Jeden z La’ów trzy metry od niego miał się właśnie schować za stół, by przeładować. Kaspar wysłał w jego stronę dwa pociski. Jeden trafił w ramię, drugi przeszedł szyję. Wojskowy nie zdążył się jednak nacieszyć śmiercią przeciwnika, gdyż właśnie jeden pocisk trafił w niego, odstrzeliwując mu kawałek dolnego ucha. Jęknął z bólu i schował się szybko za osłonę. Ali’sal zdążyła dopiero odbezpieczyć swój pistolet. Broń Tha’litan była bardzo powolna, ale niezwykle potężna, to też w chwili, gdy kobieta była gotowa do oddania strzału, wychyliła się i nie musiała szukać żadnego czystego celu na strzał, tylko strzeliła w najbliższą osłonę, w której czaił się wrogi strzelec. Wiązka plazmy poleciała w tamtą stronę, przebijając się przez aluminiowy blat i trafiając strzelca pociskiem o temperaturze ponad trzydziestu tysięcy stopni Celsjusza, zabijając na miejscu i lecąc dalej. Broń Ali’sal błyskawicznie się przy tym przegrzała i musiała odczekać znów dłuższą chwilę, nim ponownie odda strzał.

W tym czasie do sali przybiegło jeszcze dwóch niebieskoskórych, uzbrojonych tym razem w karabiny maszynowe, z których błyskawicznie zaczęli strzelać w stronę stołu Ali’sal i Kaspara.

– Jaki teraz plan, pani gotowa na wszystko?- spytał ironicznie mężczyzna, obwiązując sobie ucho urwanym rękawem od swojej koszuli, słysząc, jak pociski odbijają się cały czas od aluminiowego blatu ich stołu.

– Dziwne, że masz czas dowcipkować, jak ci odstrzelili ucho- odgryzła się Ali’sal, przestawiając rodzaj ognia w jej pistolecie.- Wyczerpię całą energię, ale wystrzelę za około minutę potężną wiązkę, która spowoduje mały wybuch, który pochłonie wszystko na obszarze dwóch metrów. Do tej pory musisz zestrzelić Olla i jego kumpla.

– O ile wytrzyma osłona- powiedział, gdy jeden z pocisków właśnie przeleciał przez ich zasłonę.- Materiał się już męczy.

– Dasz radę- odpowiedziała tylko Ali’sal, oddychając głęboko, próbując się skupić.

Kaspar nie miał zamiaru dyskutować w takiej sytuacji. Miał jeszcze siedem strzałów, które musiał zagospodarować, by unieszkodliwić dwie osoby przy ogniu zaporowym. By to zrobić, musiał zmienić miejsce. Po swojej lewej stronie miał około metra do marmurowej kolumny. Metra dalej od niej, następną. Zdecydował się je wykorzystać. Odliczył dwie sekundy i przeturlał się w stronę kolumny. Na szczęście strzelcy nie byli na tyle szybcy, by uchwycić jego zmianę pozycji, jednak jeden uzbrojony w karabin natychmiast zaczął ostrzeliwać kolumnę, jak Kaspar się już tam znalazł. Miał jeszcze czterdzieści sekund na załatwienie Oll’a. Wstał z przykucnięcia i wyjrzał bardzo szybko zza kolumny, by zbadać sytuację. Dwa pociski przeleciały mu koło twarzy, ale zdążył zauważyć, że przywódca grupy La’u miał się właśnie przesunąć, a dzierżący karabin musiał właśnie przeładować magazynek. Saber II, stary model, o dużym kalibrze, ale za to długim czasem przeładowania. Kaspar wziął dwa głębokie oddechy i odpychając się plecami od kolumny, zrobił duży krok w lewo i wystrzelił trzy pociski, by potem znaleźć się przy drugiej kolumnie. Dwa trafiły w coś metalowego, trzeci jednak przeszył ciało La’u w jakimś witalnym punkcie, gdyż Oll padł na ziemię i zawył z bólu. Kaspar spojrzał w prawo, na Ali’sal. Ta wciąż czekała, a stół był prawie cały dziurawy. Kobieta również zerknęła na mężczyznę i cztery razy otworzyła i zamknęła pięść. Wojskowy w ten sposób zdał sobie sprawę, że miał jeszcze dwadzieścia sekund na załatwienie ostatniego niebieskoskórego. Jednakże obsługujący karabin zdążył przeładować i zacząć strzelać. Kaspar znalazł się w beznadziejnej sytuacji. Miał tylko cztery pociski, ogień zaporowy na sobie i nie wiedział, gdzie się znajdował ostatni z ludzi Oll’a, który uzbrojony był w pistolet. Na domiar złego, na lewo od niego było koło pięciu metrów wolnej przestrzeni, bez żadnego miejsca na osłonę. A kolumna po prawej wytrzyma bardzo mało. Liczył każdą sekundę. Zerknął tylko szybko zza kolumnę. Dwie postacie szyły cały czas z Saberów, w tym jeden w jego stronę. Nagle jednak, strzelający w niego przerwał ostrzał. Starał się wyciągnąć magazynek i założyć z powrotem. No tak, Saber II często się zacinał. Wykorzystał to, by znaleźć ostatniego uzbrojonego w pistolet. Jak się okazało, wycofywał się w stronę La’ów, którzy dzierżyli karabiny. Miał jeszcze pięć sekund, nim Saber II załapie z powrotem magazynek. Wychylił się i strzelił ostatnie cztery pociski w stronę przeciwnika. Wszystkie celne, zabijając go na miejscu. Zaraz potem schował się znów za kolumnę, ale nie trwało to długo, gdy nagle usłyszał krzyk Tha’litanki:

– Nie patrz!

Kaspar nie dość, że nie patrzał, to jeszcze padł na ziemię. Dobrze znał moc plazmy solarnej, by wiedzieć, że ciepło śmiało mogło zwalić go z nóg nawet z takiej odległości. Ali’sal poczekała, aż jej przeciwnikowi skończy się amunicja. Wzięła głęboki oddech i strzeliła prosto w swój cel. Normalna wiązka plazmy solarnej poleciała by dalej, jednakże teraz Tha’litanka rozgrzała pocisk do takiego stopnia, że przy uderzeniu imploduje. Co prawda tylko na dwa metry, ale z obszaru spalane jest wszystko, poza kryształami solarnymi, które są w stanie przetrzymywać taką energię. Tak było i tym razem. Pocisk trafił strzelca w brzuch i całe ciepło implodowało w tym punkcie na obszar dwóch metrów, pozostawiając po sobie popiół. Fala gorąca była tak silna, że wpływała również na dalsze obiekty, nie spalając, ale krusząc bądź przewracając. Szczęśliwie kolumna, przy której leżał Kaspar nie przewróciła się na niego, lecz ta, która była obok nie wytrzymała uderzenia energii i skruszyła się.

Mężczyzna wstał na nogi, od razu szukając Ali’sal. Zauważył, że stół, za którym była ukryta został odrzucony przez falę kilka metrów do tyłu, podobnie jak inne stoliki blisko nich. To właśnie z tego stosu nagle podniosła się Tha’litanka, cała pokryta kurzem i z rozczochranymi włosami. Kaspar nie czekał, tylko podbiegł do niej, by pomóc się wydostać, odsuwając stoły.

– Nic ci nie jest?- spytał się kobiety, gdy już cała wstała na nogi.

– Nie złamał mi się paznokieć, więc chyba wszystko w porządku- odparła, pozwalając sobie na krótki uśmiech, lecz zaraz potem jej twarz nabrała bardziej poważnego wyglądu.- Musimy stąd znikać. Na dole pewnie ochrona obiektu zajmuje się resztą ludzi Oll’a, więc musimy wykorzystać moment, by się stąd wymknąć.

Kaspar nie miał zamiaru zadawać pytań w tym momencie, gdyż wciąż liczyły się sekundy. Ali’sal włożyła pistolet za podwiązkę i zaczęła wraz z byłym wojskowym przeszukiwać salę w poszukiwaniu dwóch pistoletów, z których strzelali ludzie La’u. Gdy już je znalazła, podała jeden Kasparowi, który zaczął się przeprawiać przez zniszczoną salę. Zdawał sobie sprawę, że nieświadomie wziął udział w zdemolowaniu jednego z najdroższych budynków w mieście i nie było już odwrotu. Jedyne, co mu pozostało, to wiara że uda im się wymknąć stąd niezauważenie.

Gdy wyszli z głównej sali, znaleźli się na piętrze składającym się z rzędów kolumn oraz marmurowych stopni, prowadzących na parter, czyli do miejsca, w których trwała właśnie strzelanina między niebieskoskórymi, a ochroną obiektu. Kilka osób stało również na piętrze, strzelając z lepszych pozycji. Byli na tyle zajęci, że nie zauważyli dwójki przybyłych właśnie ludzi. Ali’sal i Kaspar schowali się za jedną z kolumn, gdyż pociski z broni mogły trafić ich rykoszetem.

– Nie przedrzemy się przez ten ogień!- mężczyzna starał się przekrzyczeć wystrzały z karabinów i pistoletów.- Jest stąd jakieś wyjście ewakuacyjne?

– Jest, ale na dole- odkrzyknęła Tha’litanka, gdy pocisk prawie śmignął jej koło twarzy- Musimy znaleźć sposób, by się tam dostać i tak!

– Pozostaje jeszcze jedna możliwość!- Kaspar wskazał na otwarte okno od zachodniej strony.- Musimy zeskoczyć!

Mężczyzna zaczął powoli poruszać się między kolumnami, by uniknąć rykoszetu. Zaraz za nim, mniej zręczniej, poruszała się Ali’sal, której zniknął zawadiacki uśmiech z twarzy. Kilka razy pocisk otarł się o nią, powodując niegroźne krwawienie w niektórych miejscach.

– Oszalałeś!- powiedziała, gdy spojrzała w dół– Tu jest z pięć metrów. Jak mamy to przeżyć, nie robiąc sobie niczego?!

– Ty zaczęłaś, to teraz kończ!- odpowiedział, stając na framudze- Metr w bok jest stróżówka! Jak do niej doskoczysz zostaną ci trzy metry, a zejście z takiej wysokości nie powinno być już śmiertelne! Pójdę pierwszy, a ty mnie osłaniaj.

Kaspar nie miał żadnych trudności w doskoczeniu do stróżówki. Z dużą precyzją pojawił się na dachu budynku, by potem zsunąć się w dół, nie robiąc sobie nic. Ali’sal miała jednak większe problemy. Zwlekała dość długo ze skokiem, by w końcu jednak zbierając się na odwagę i wskoczyła na stróżówkę. Lądowaniu towarzyszył jęk bólu. Kobieta położyła się na dachu, prawdopodobnie skręcając sobie coś w nodze.

– Nie trać czasu!- Krzyczał Kaspar z dołu, rozglądając się wokół, czy nikt się nie zbliża. – Ześlizguj się! Złapię cię, tylko się przeturlaj! Zaufaj mi!

Ali’sal nic nie odpowiedziała, tylko wykonała polecenie mężczyzny. Sturlała się z dachu, zaczynając spadać. Kaspar z trudem złapał kobietę w locie, jednakże ciężar przy takiej prędkości spowodował, że nie wytrzymał równowagi i upadł na ziemię, nie mniej tak, by kobieta była na nim. Tha’litanka jęczała jeszcze bardziej z bólu, jednakże przeturlała się na bok, by pozwolić mężczyźnie wstać z miejsca. Trzymając cały czas pistolet w ręce, pomógł wstać Ali’sal, która z trudem się poruszała. Położył sobie jej prawą rękę na prawym ramieniu i w usta Tha’litanki włożył zwinięty kawałek materiału ze swojej koszuli, by nie krzyczała za dużo, starając się wraz z nią opuścić Dzielnicę Kryształową, najlepiej bocznymi uliczkami.

Nie przeszli jednak nawet pięciu minut, gdy przecięcie dwóch uliczek zajechał czarny pojazd kołowy, z którego wyskoczył ubrany w skórzany płaszcz La’u o czerwonych włosach i kolczykach w nosie, celujący w Kaspara z pistoletu. Były wojskowy pociągnął za spust, jednakże ręka Ali’sal szarpnęła jego ramię w dół, przez co mężczyzna trafił w ziemię. Wypluła szmatę i powiedziała tylko, sycząc z bólu:

– Spokojnie, swój człowiek.

– Lady- zaczął niebieskoskóry kosmita, podbiegając do mężczyzny i kobiety.– Musimy się spieszyć, ludzie Oll’a mogą być zaraz za nami.

– Do auta- odpowiedziała tylko Ali’sal, wpatrując się w Kaspara.- Tam będziemy bezpieczni.

Mężczyźnie nie trzeba było dwa razy powtarzać. Od razu podszedł do samochodu, pomagając iść Tha’litance. Najpierw ją, jako pierwszą wrzucił do auta, by potem samemu wsiąść. W tym czasie do szoferki wszedł także La’u, ruszając z piskiem opon.

Kabina pojazdu przypominała dawne limuzyny. Miały przyciemniane szyby oraz dwie duże, skórzane kanapy w kolorze beżowym, podobnie jak cała kolorystyka pomieszczenia. Na jednej kanapie siedział on i Ali’sal, ale na drugiej dwójka zupełnie innych osób, Tha’litanin oraz ludzka kobieta.

– A wy kim jesteście?- spytał dość głupio, spoglądając na dwójkę.

Nim usłyszał odpowiedź poczuł ukucie na szyi i dziwną senność. Po chwili, zasnął na kanapie.

*

            Trzask upadających narzędzi spowodował, że Kaspar powoli zaczął się przebudzać. Do zupełnego wyrwania ze snu zmusiły go jednak jakieś kobiece krzyki, które zdawały się być kierowane do osoby, która opuściła narzędzia. Trudno było to ocenić mężczyźnie, gdyż średnio znał język japoński. Gdy otworzył oczy, musiał je mocno przymrużyć, gdyż na jego twarz świeciło bardzo mocno światło, które po chwili jednak zgasło. Zamiast niego pojawiła się twarz starszej kobiety, której kolor skóry zdawał się przypisywać ziemskie pochodzenie z dalekiego wschodu. Miała siwiejące już czarne włosy, zaczesane w kok i okulary na nosie.

– Obudził się wreszcie, co?- zagaiła niezbyt miło kobieta, odchodząc od Kaspara.

Kaspar, wstał z łóżka, na którym leżał. Był rozebrany do slipek, zaś jego ucho oraz szyja były zabandażowane. Siadając na łóżku, rozejrzał się dookoła. Zdawał się być w jakimś laboratorium medycznym, o czym mogły sugerować liczne aparatury służące do przeprowadzania operacji, narzędzia lekarskie, a także niesamowita sterylność. Poza nim, była jeszcze starsza japonka, która odezwała się do niego. Ubrana była w kitel z symbolem pszczoły na lewym ramieniu oraz czerwonym krzyżu na prawym. Ściągała właśnie silikonowe rękawiczki, które wrzucała do jakiegoś pojemnika.

– A więc tak, panie Thave- zagaiła od nowa, jak gdyby przyszedł do niej z własnej woli. – Żadne zakażenie od plazmy nie dostało się do ciała. Utrata krwi była niewielka, chociaż na dłuższą metę mogłoby się to skończyć osłabieniem organizmu, ale nie śmiercią. Jednakże z tym uchem nie można nic zrobić, chyba, że zupełnie je amputujemy i wydrukujemy nowe.

– Hę?- jęknął głupio Kaspar– Cieszę się, ale co ja tu robię, gdzie są moje rzeczy i co do cholery się dzieje?

Gdy mężczyzna zadał ostatnie pytanie, kobieta podeszła do niego i pociągnęła za ranne ucho. Spowodowało to ból, na który Kaspar odpowiedział cichym jękiem.

– Z szacunkiem, młody człowieku, mówisz do głównej medyk załogi- powiedziała, puszczając gwałtownie jego ucho i sięgając po małą latarkę- Jesteś na pokładzie fregaty „Hand of Glory”, należącej do Lady Kapitan Ali’sal z koterii Usi’nthar, a dokładniej mówiąc, w lazarecie, w którym rządzę ja, doktor Sakamoto Nagase. To ja wstrzyknęłam ci środek usypiający, gdy wszedłeś do samochodu z naszą kapitan. Uprzedzając twoje pytania, nie zrobiłam tego, byś nie patrzał, dokąd jedziemy, tylko dla twojego zdrowia. Będąc nieprzytomny, jeszcze w aucie mogłam zbadać, czy pojawiły się pierwsze symptomy zakażenia plazmą od Tha’litan. Sądząc po ranach na ciele- lekarka włączyła światło, by sprawdzić reakcję źrenic Kaspara.- Nie był to twój pierwszy raz, prawda?

Kaspar nie zaprzeczył. W dawnych czasach, gdy rasa ludzka nie uznawała jeszcze plazmy jako czwartego stanu skupienia, wierzono, że ma jedną formę. Jednak, jak się okazało, rodzajów plazm było wiele, podobnie jak gazów, cieczy czy ciał stałych. Wiele z nich było niezwykle niebezpieczne, gdyż poddane silnemu promieniowaniu. Nawet Tha’litanie, którzy byli uodpornieni na radiację, uznawali, że nie jest bezpiecznie bawić się z „czystą” plazmą. Dlatego trzymali ją w kryształach solarnych. Zdali sobie jednak sprawę, że użyta jako broń, będzie skuteczna.  Kaspar, gdy jeszcze służył w wojsku, miał często do czynienia z przeciwnikiem cesarstwa uzbrojonego w lance na bazie kryształów solarnych, a także efektem jego działania. Niektóre po prostu przeszywały żołnierza, inne wywoływały dodatkowo mutacje na ciele człowieka. Ich rodzaje były zależne od samego organizmu. Czasem, gdy żołnierz stracił rękę, to nagle ją odzyskiwał, a w innym przypadku wyrastały na miejscu straconej ręki cztery inne. Raz działało to nagle. Innym efekty pojawiały się po roku albo nawet dekadzie. Szczęśliwie, jeśli udało się to szybko zdiagnozować, można było nie dopuścić do mutacji. Tak było w przypadku Kaspara. Jako oficer miał prawo do pierwszeństwa w badaniach. Był trafiony trzy razy. Wszystkie trzy były niebezpieczne dla niego, ale zdiagnozowane i usunięte. Pozostały po ich usunięciu ohydne szramy na brzuchu.

– Nie był, ale z tego co zawsze wiedziałem, to aby plazma zmutowała w organizmie, musi być bezpośredni kontakt- stwierdził, przypominając sobie dawne nauki z akademii wojskowej.

– Wojna wywołuje rewolucję w sposobach zabijania- odpowiedziała doktor, zabierając światło z oka wojskowego.- A lady kapitan jest wierna zasadzie, że najlepsze efekty uzyskuje się, gdy coś przychodzi niespodziewanie. Stąd jej plazma nie musi dotknąć bezpośrednio ciała. Wystarczy, że promieniowanie z jej broni będzie blisko otwartej rany. A twoje ucho, chłopcze, nie należało do całych w tym czasie.

Po ciele Kaspara przeszedł dreszcz przerażenia. Widział Ali’sal jako dziwną kobietę, która jakimś cudem zdobyła okręt, a teraz szuka załogi. Tymczasem, po tej opowieści nie był już pewny. Nie mniej, rozmyślanie o niej przerwało mu coś zupełnie innego. Syk otwieranych drzwi do lazaretu. W ich ramie pojawił się już znany wojskowemu czerwonowłosy La’u z kolczykami. Wcześniej, ubrany w skórzany prochowiec, zdawał się przypominać łotra, to  teraz, gdy miał na sobie czarno czerwony uniform oraz płaszcz, a także pas z dwoma ciężkimi pistoletami, wydał się Kasparowi przerażający. Czuł się, jakby miał być zaraz boleśnie przesłuchiwany.

– Pani doktor- zaczął poważnym głosem, zakładając ręce za siebie.– Jestem tu, by odebrać gościa Lady Ali’sal.

– Jeszcze nie skończyłam go badać, Naczelniku- odpowiedziała chłodno doktor Sakamoto, ściągając rękawiczki.

– To rozkaz naszej przełożonej. Powiedziała, że nie będzie czekać i, wiernie cytując, „jeśli do tej pory nie zginął, to twardy z niego skurwiel, i już nie potrzebuje niańczenia”- odpowiedział La’u, niewzruszony.

– Będę musiała naszej lady kapitan znów zrobić wykład o odporności ludzkiego organizmu- mruknęła do siebie lekarka, ale na tyle głośno, by mógł to usłyszeć Kaspar.– Dobrze, jeśli taka jest jej wola, pacjent jest wolny. Ubranie znajdziesz w pojemniku po prawej. Nie jest to twoje stare odzienie, ale myślę, że bardziej użyteczne niż tamte.

Kaspar nieco się skrzywił na te słowa, jednakże wstał i nic nie mówiąc, nacisnął przycisk, który otwierał pojemnik. Skrzywił się, gdy zobaczył kombinezon z jakiegoś syntetycznego materiału, podobnych do tych, które noszono sto lat temu. Najpierw włożył nogawice, potem rękawy, by następnie zapiąć się po samą szyję. Wbrew słowom doktor, czuł się niezbyt komfortowo, gdyż strój ewidentnie był na niego za ciasny. Po zapachu wyczuwał, że był poddany bardzo dokładnemu czyszczeniu, przez co był sterylny. Gdy założył jeszcze buty, był gotowy do drogi. La’u otworzył wrota, przez które przeszedł bez żadnego słowa, a za nim podążył Kaspar.

Gdy zasunęły się za nim drzwi, niebieskoskóry jakby odetchnął i powiedział jakby do siebie:

– Stare, wredne babsko.

– Słucham?- spytał nagle człowiek, spoglądając na La’u.

– Sam widziałeś- powiedział jak gdyby nigdy nic, ruszając i gestem ręki prosząc, by Kaspar podążał za nim.– Gdyby nie moja interwencja, pewnie by cię trzymała jeszcze z dwa-trzy dni, by sprawdzić, czy przypadkiem nie roznosisz zarazków, mogących zaszkodzić Tha’litanom oraz La’u. Nie obyłoby się bez lewatywy.

Szli szerokim korytarzem, który był zrobiony cały z aluminiowych płyt, przytwierdzonych do rusztowań za pomocą wkrętów. Po konstrukcji rozpoznał, że jest to okręt, który został zbudowany w stoczniach Federacji.  Gdzieniegdzie były odnogi, które prowadziły do innych pomieszczeń, w których przebywali przedstawiciele trójki ras,  ubranych w czarno czerwone mundury z symbolem pożerającego własny ogon srebrnego węża. Był to znak reprezentacyjny koterii Usi’nthar. Kaspar widział ten symbol w czasie kampanii na Alfa Centauri, gdzie ich brawurowa szarża pozwoliła na zwycięstwo nad kilkoma niszczycielami piratów. Ta pomoc miała sporo kosztować Federację, ale cena warta była za zwycięstwo nad tym kluczowym punktem.

Jeden z załogantów podał nagle La’u jakąś tablicę dotykową i wciąż idąc dalej, przeglądał ją.

– Doktor wysłała twoje wyniki- zagaił Kaspara, spoglądając na niego.- Pozytywne, co można było przewidzieć. Sam wydawałem broń Lady Kapitan i świadomie nie dałem jej do magazynka jakiegoś świństwa.

– Och, to wspaniale– odpowiedział mężczyzna, spoglądając kątem oka na kręcących się po korytarzu załogantów.

– Nie bądź taki spięty, to nie okręt wojskowy, jak mogłoby się zdawać– La’u klepnął Kaspara w ramię.- Nazywam się Othal, dawniej miałem numer 143-532, ale pozbyłem się rodowego kodu, od kiedy wstąpiłem do załogi Lady Ali’sal- podał Kasparowi rękę, a gdy ten zrobił to samo, ciągnął dalej.- Dowodzę naszymi skromnymi siłami zbrojnymi okrętu, stąd wszyscy mnie nazywają Naczelnikiem. Też mnie tak nazywaj, jeśli chcesz. Albo po prostu Othal.

– Kaspar Thave, były porucznik Floty Solarnej- odpowiedział człowiek, odzyskując wyraźnie animusz.- W zasadzie, nie powinno być „marszałek”?

– Mi tego mówić nie musisz. Załoga stwierdziła chyba, że brzmi zbyt ziemiańsko, a biorąc pod uwagę nasza mieszankę rasową, nie wypadałoby używać tego terminu. Tak też został Naczelnik- La’u wzruszył ramionami, ale wciąż nie opuszczał go dobry humor.- Więc to ciebie zwerbowała Lady Kapitan? Muszę przyznać, że w końcu ktoś, kto ma znakomite predyspozycje…

– Hola, hola, Naczelnik- przerwał Kaspar Othalowi, zatrzymując się w miejscu.– Na nic się jeszcze nie zgodziłem. Ali’sal powiedziała mi jedynie, że proponuje mi wstąpienie do załogi, ze względu na dług czy coś takiego. Dalsze próby dowiedzenia się o co chodzi skończyły się strzelaniną z twoimi pobratymcami i uśpieniem mnie. Nie powiem, potraktowaliście mnie jak zabawkę i psa, więc nie jestem pewny, czy chcę się angażować w to dalej.

Wiesz, jak nie będziesz chciał, zawsze czekają na ciebie otwarte drzwi i powrót do tego, co robiłeś wcześniej. Poza tym, to była twoja decyzja, czy włączysz się do walki czy nie. Jedyne, co mogę ci powiedzieć, to że zachowałeś się niczym książę z bajki: uratowałeś kobietę w opresji- Naczelnik uśmiechnął się złośliwie w stronę człowieka

Kaspar nic nie odpowiedział. To, jak postąpił w restauracji dla wielu faktycznie mogłoby wyglądać jak akt rycerski. Obrona niewinnej kobiety przez złymi bandytami, by potem uciec z nią na białym rumaku w stronę zachodzącego słońca. Tymczasem bardziej chodziło mu o ochronę swojej polisy na lepsze życie. Nie ukrywał, propozycja mogła być faktycznie interesująca, lecz forma, w jakiej została ona mu przedstawiona, pozostawia sporo do życzenia.

– Nie jesteś chyba na tyle głupi, by rzeczywiście wierzyć w mój altruizm i heroizm?- odpowiedział Kaspar dość spokojnie, mając wrażenie, że złapał z Naczelnikiem wspólny język.

– Nie mylisz się człowieku. Wiem, że widzisz w tym jakiś swój zysk, ale to tylko poświadcza o tym, że tym bardziej będziesz pasował do Wygnańców– odpowiedział La’u, stając przed windą, przyzywając ją. Po chwili odwrócił się i tym razem twarz miał dość poważną– I jeszcze jedno, jak będziesz rozmawiał z Lady Kapitan, nie używaj jej imienia wśród załogi i oficerów. Pomimo, że nie jesteśmy w wojsku, to jednak ona tu dowodzi i należy jej się szacunek w stosunku do rangi. Zwracaj się do niej więc Lady Kapitan, rozumiemy się?

W chwili, gdy Kaspar pokiwał głową, wrota do windy otworzył się. Gdy mężczyźni weszli do środka, La’u nacisnął poziom drugi i winda od razu ruszyła do góry. Podróż nie byłą długa, gdyż po chwili komputerowy kobiecy głos oznajmił:

– Poziom drugi: kwatery załogi, sala audiencyjna.

Wrota się otworzyły. Na piętrze czekało już dwóch mężczyzn rasy ludzkiej i jedna Tha’litanka, którzy wesoło rozmawiali sobie o innych załogantach. La’u i Kaspar wyszli i w milczeniu skierowali się wzdłuż korytarza. Nastroje pośród znajdujących się na tym poziomie załogantów zdawały się być bardzo dobre. Wzajemne żarty, w miejscu, które miało służyć za kantynę ewidentnie ktoś grał jakiś koncert muzyki irlandzkiej. Były wojskowy, widząc to wszystko był w szoku. Wedle komputera, w tym miejscu miała się znajdować miejsce oficjalnych spotkań z kapitan okrętu, a tymczasem mu to bardziej przypominało internat z akademii. Zawsze miał wrażenie, że Wygnańcy należą do poważnych najemników oraz negocjatorów, a tymczasem, na podstawie tego okrętu, widział w nich bandę nieokrzesanych kadetów. Jeden z nich wręczył Naczelnikowi butelkę piwa, a ten, zamiast go zrugać i wyćwiczyć, wziął flaszkę i ku uciesze zebranych ludzi, wypił do dna. Kaspar usłyszał, jak dwóch pijanych ludzi właśnie naśmiewało się z jego kostiumu. Chciał już podejść i im przywalić, ale w chwili, gdy się wyrwał, poczuł na swoim ramieniu mocne szarpnięcie Othala.

– Potem mu przywalisz, jak rozmówisz się z Lady Kapitan- odpowiedział La’u, prowadząc go dalej.

W pewnym momencie skręcili w prawo, gdzie Kaspar dostrzegł piątkę ludzi, uzbrojonych w karabiny automatyczne i broń krótką przy pasie, a do tego mundur wraz z kamizelką kevlarową. Na ramionach mieli emblematy rodowe. Gdy tylko obok nich przeszedł Naczelnik, zasalutowali mu. Teraz Kaspar widział, że jakieś elementy dyscypliny zostały zachowane. Szli dalej, gdzie dźwięk muzyki był wyraźnie już zagłuszany. W pewnym momencie stanęli przed olbrzymimi, rozsuwanymi drzwiami w neobarokowym stylu. Przy nich kolejnych dwóch strażników. Ponownie zasalutowali Othalowi. Ten kiwnął do nich i spojrzał na Kaspara:

– Dalej idziesz sam. Lady Kapitan czeka już na ciebie i nie rób gwałtownych ruchów- powiedział Naczelnik bardzo poważnym tonem, a potem wskazał na dwóch strażników.– Jeśli tak nie będzie, ci dwaj panowie wkroczą szybko do akcji i zabiją ciebie jako intruza. Rozumiesz?

– Rozumiem- odpowiedział Kaspar, mrużąc jednak oczy.- Jednakże, jeśli początek rozmowy zaczynamy od gróźb, podejrzewam, że mogą być problemy z pracą dla takiego pracodawcy.

– To nie groźby- odpowiedział La’u, idąc z powrotem korytarzem i machając z tyłu ręką do człowieka.– Tylko obietnica. Powodzenia.

Kaspar spojrzał jeszcze raz w stronę dwóch uzbrojonych załogantów. Swoje karabiny zdawali się trzymać pewnie, a ich postawa wskazywała, że byli dobrze wyszkoleni. Sam jeden, bez broni, były wojskowy mimo wszystko by ich nie pokonał. Pozostało więc zacisnąć zęby i starać się nie prowokować Ali’sal i wysłuchać w końcu do końca, co ma do powiedzenia. Rzucił strażnikowi hasło, że jest gotowy by zobaczyć się z kapitan. Gwardzista kiwnął tylko głową i wpisał kod na klawiaturze przy drzwiach, które otworzyły z sykiem wrota. Strażnik po chwili wrócił na wcześniejsze miejse. Kaspar wziął jeszcze krótki oddech i wszedł do środka, a zaraz za nim, zasunęły się drzwi.

*

            Wnętrze sali audiencyjnej nie przypominało królewskich komnat wizytacyjnych, a bardziej pokój obrad. Na środku znajdował się duży, metalowy stół o kształcie elipsowatym, na którym rozłożone były tablice dotykowe, komputery przenośne oraz napoje, jak woda czy kawa. Wokół niego rozstawione były przytwierdzone do powierzchni metalowe krzesła z czerwonymi poduszkami. Ściany były takie same jak w korytarzowej części okrętu, z tym, że wisiały na nich kolorowe zdjęcia. Kaspar nie zdążył im się jednak przypatrzeć, gdyż bardziej przykuło go to, co widział naprzeciw siebie.

Na wprost od niego stała odwrócona do Kaspara tyłem Ali’sal, która tym razem nie miała na sobie szat Tha’litan czy stroju wieczorowego. Na ramiona miała narzucony czarny płaszcz z srebrnym symbolem jej koterii, a jej białe włosy zaczesała w gruby warkocz. Ręce zdawała się mieć złożone na piersi. Naprzeciw niej zaś był duży hologram, z którego wyświetlał się wysoki mężczyzna o złoto czerwonych szatach oraz krótkimi, białymi włosami, który prowadził ostrą wymianę zdań z Ali’sal.

– Czy ty zdajesz sobie sprawę, w jakie problemy mnie wpakowałaś!?- krzyknął ewidentnie zły, uderzając o coś po drugiej stronie hologramu.

– Jak już, to nas, mój drogi bracie.- odpowiedziała chłodno Tha’litanka, wciąż nie zmieniając swojej pozycji- Oboje siedzimy w tym bagnie od ponad dziesięciu lat. Wiedziałeś, że prędzej czy później nas to spotka.

– Nie mówię teraz o dziedzictwie!- odpowiedział gwałtownie mężczyzna– Mówię o kosztach, które musimy spłacić! Zniszczyłaś podłogę z kryształu solarnego! I do tego w najdroższej restauracji w mieście! Ty wiesz, jakie to są koszta, nie licząc już samego materiału!

Kaspar zdecydował się nie ingerować w rozmowę, ale nie zamierzał się nie przysłuchiwać. Oparłszy się o ścianę, wysłuchiwał dokładne wyliczenie kosztów zakupu kryształów, robocizny, a nawet łapówek, by zatuszować sprawę strzelaniny w ekskluzywnej restauracji. Jak usłyszał sumę, byłemu wojskowemu aż się zakręciło w głowie, gdyż w życiu nie widział takiej ilości pieniędzy, już same słuchanie wprawiało w osłupienie. Ali’sal oczywiście obiecywała pokrycie wszystkich kosztów, jednakże osoba z hologramu szczerze wątpiła w spłatę, skoro konto kobiety jest niemal puste. Tha’litanka odwróciła się profilem do Kaspara i kątem oka go zobaczyła. Ożywiła się nagle i gwałtownie odwróciła do hologramu.

– Porozmawiamy o tym innym razem. Ty myśl, jak to rozwiązać, a i ja może na coś wpadnę, gdy tylko rozmówię się z moim gościem- odpowiedziała nagle, ewidentnie w lepszym humorze.

– Znowu wszystko na mojej głowie- dalej jęczał mężczyzna z hologramu.- Kiedy ty się w końcu nauczysz, że mimo tego, że zasiadam w radzie, to…

Nie zdążył dokończyć, gdyż Ali’sal przyciskiem rozłączyła się z rozmówcą, pozwalając sobie na krótkie zdanie:

– Papa, kochany braciszku.

Zaraz po tym odwróciła się w stronę Kaspara. Mężczyzna teraz dopiero zauważył, że czarny płaszcz był rozpięty, a pod nim znajdował się czarno czerwony mundur. Przy pasie, kobieta miała paradną szablę oraz kaburę z jakimś pistoletem. Zbliżyła się do niego, mocno kulejąc. Gdy już była blisko niego, podała mu rękę:

– W końcu możemy normalnie porozmawiać, wiedząc, że żaden oprych nam już nie przeszkodzi- powiedziała dość oficjalnym tonem.- Zacznijmy więc od początku, tak jak powinno być. Nazywam się Ali’sal Usi’nthar i jestem kapitanem fregaty „Hand of Glory”, reprezentując przy tym koterię Wygnańczą Usi’nthar. To miło w końcu ciebie poznać na gruncie oficjalnym.

– Porucznik Kaspar Thave- podał rękę Tha’litance Kaspar, ukrywając zdziwienie względem nagłej zmiany zachowania Ali’sal.– Dawniej służyłem we Flocie Federacji Solarnej, obecnie na przymusowym zwolnieniu.

– Ładnie powiedziane, poruczniku- oparła z uśmiechem kapitan, gestem ręki wskazując, by usiadł przy stole.- Mam nadzieję, że doktor nie traktowała Cię zbyt szorstko. Szkoda byłoby psuć pierwsze wrażenie.

– Popsuło się już w restauracji, lady kapitan- odparł sucho Kaspar, gdy już usiadł na krześle i spojrzał na Tha’litankę.- Potem już było tylko gorzej. Najpierw mnie uśpiono, potem prowadzono badania bez mojej zgody, odziano w kostium sprzed wieków, a na koniec grożono śmiercią, jeśli nie będę się dobrze zachowywał. Czy o czymś zapomniałem? A tak, dwóch załogantów chciało już mi przywalić, ale to szczegół.

– Rozumiem twoje rozgoryczenie powstałą sytuacją- odpowiedziała niewzruszona kobieta, opierając głowę na dłoniach.- Sam jednak zacząłeś ten szereg wydarzeń, w chwili, gdy sięgnąłeś po broń. Mogłeś po prostu odpuścić i wrócić do swojego dawnego życia. Ale zdecydowałeś się „bohatersko” ruszyć mi na pomoc. Dalej poszło samo. Poza tym kostiumem i załogantami, ale podejmę w stosunku do tego odpowiednie działania.

Gdy usłyszał z ust Tha’litanki ironiczne słowo „bohatersko”, trudno było się z nią nie zgodzić, że w większości był to efekt jego wyborów, że znalazł się w takiej, a nie innej sytuacji. Druga strona leżała jednak po stronie podwładnych kobiety.

– Faktycznie, to, że mnie uśpiono i przebadano miało się okazać właściwe- przyznał rację Ali’sal mężczyzna, prostując się.- Ale groźba tego La’u o moim zachowaniu była nie na miejscu.

– Othal pełni rolę osoby odpowiedzialną za siły zbrojne i dyscyplinę w załodze- Ali’sal wpatrywała się w człowieka, nawet nie mrugając.- Musi dbać o swoją reputację przy ludziach. Odpowiedz sobie sam, czy gdy byliście sami, był w stosunku do Ciebie agresywny? Groził ci?

– Masz rację- przyznał Kaspar, krzyżując ręce na piersi, nawet nie musząc się długo nad tym zastanawiać.- Nie mniej, jaki z niego instruktor drylu, skoro na pokładzie dochodzi do legalnych alkoholizacji.

– Po pierwsze, Kasparze. Mogę ci mówić Kasparze, prawda? W zamian jak rozmawiamy w cztery oczy mów mi Ali’sal- szybko spytała Tha’litanka i równie szybko dostała zgodę od Kaspara na używanie jego imienia.- A więc po pierwsze, ta część pokładu, o której zapewne mówiłeś znajduje się na poziomie 2, czyli kwater załogantów. Nie jest to ich miejsce pracy, a wypoczynku. Mają prawo pić, słuchać muzyki czy uprawiać miłość. Po drugie, obecnie dokujemy na planecie, więc dochodzi do rozluźnienia drylu. Nie jesteśmy w trakcie żadnych misji dla koterii, więc ludzie mają prawo do przepustek. Dla niektórych ten okręt to jedyny dom jaki mają, stąd bawią się, póki mogą. Gdy już wrócimy w kosmos sam zobaczysz, że nie dojdzie do takich zabaw, bo będzie to zbyt niebezpieczne dla zdrowia i bezpieczeństwa. Oni o tym doskonale wiedzą. No i po trzecie, pomaga to lepiej utrzymać morale. Jeszcze jakieś uwagi w stosunku do dyscypliny?

Kaspar zaprzeczył. Nie da się ukryć, że w dużej części miała rację, ale wciąż dla niego załoga będzie zbyt rozwydrzona. Nie mniej, po chwili zdał sobie sprawę, że patrzy na to ze złej strony. To nie jest okręt Federacji oraz Cesarstwa, tylko Wygnańców. Z ich załogantami trzeba ostrożniej postępować. W wojsku wystarczyłoby zbuntowanego marynarza postawić przed sąd wojskowy i wymierzyć karę w stosunku do przewinienia. U Wygnańców takie postępowanie mogłoby kapitana zapędzić wypuszczeniem w próżnię.

Ali’sal nalała sobie i Kasparowi po filiżance kawy i mówiła dalej.

– Może w końcu przedstawię ci swoją ofertę, już bez zbędnej ekspozycji, jak to miało miejsce w restauracji. Chciałabym, byś dołączył do mojej załogi w funkcji pierwszego oficera. Przejrzałam dokumenty, które ostały się, gdy jeszcze byłeś Fiodorem Averiusem. Próbowałeś je zatuszować, ale pozostały informacje, które zachowały się w naszych archiwach, choćby o twoich wyczynach przy Syriuszu. Zimna krew, twardo stąpający po ziemi, uparty, a przede wszystkim głos rozsądku przy szalonych decyzjach. No i najważniejsze, bez żadnych zobowiązań, czy to wobec Floty, czy rodziny.

– Przepraszam, że się wtrącę, Ali’sal- przerwał Kaspar, kosztując podanej mu kawy- Na sam początek chciałbym wiedzieć, dlaczego w ogóle o mnie pomyślałaś. I jak natrafiłaś na mój trop na Keplerze. Bo nie wierzę w takie przypadki.

– Pamiętasz, jak ci mówiłam o długu, który moja koteria ma w stosunku do twojej rodziny?- spytała kobieta, odkładając filiżankę na bok.

Wspominałaś coś faktycznie­-przyznał Kaspar, kiwając głową- Coś tyczące się mojego pradziadka.

– Owszem. Dług tyczy się tego, że twój pradziadek, Averius Discindus, oddał w ręce Tha’litan moją babkę, gdy ją znaleziono w systemie Alfa Centauri.

– Zaraz, zaraz!- powiedział mocno zdziwiony Kaspar, wpatrując się w kobietę.- Mówisz o misji Phoenix?

 – Tak­­– odpowiedziała krótko Ali’sal, sięgając znów po filiżankę z kawą i kosztując jej.

Kasparowi, ani żadnemu innemu człowiekowi nie trzeba było przedstawiać tej historii. Misja Phoenix, która miała miejsce ponad sto lat temu, miała na celu odzyskanie okrętu załogowego wysłanego w latach 70 XXI wieku do systemu Alfa Centauri. Miał być to pierwszy lot ludzki poza własny układ słoneczny. Nie mniej kontakt się w pewnym momencie urwał i nie został przywrócony. Trzydzieści lat później pojawiła się nagle wiadomość SOS, której  kod wskazywał na okręt z systemu Alfa Centauri, co mogło oznaczać, że członkowie załogi Phoenixa przeżyli. Wysłano za nim drugi okręt, Eagle, dowodzony przez pradziadka Kaspara, Averiusa Discindusa. Kontakt z Ziemią został zerwany niedługo po opuszczeniu Układu Słonecznego, ale okręt wleciał do sąsiedniego systemu bez żadnych problemów. Faktycznie, załoga Eagle znalazła dryfującego blisko gwiazdy Phoenixa. Wysłano na pokład małą grupę ratunkową, która stwierdziła, że cała załoga nie żyje z powodu wycieku reaktora jądrowego. Wiadomość alarmująca została wysłana 27 lat przed wyruszeniem Eagle, ale z powodu dużej odległości oraz burz solarnych, sygnał dochodził tak długo. W międzyczasie doszło też do walk o panowanie nad okrętem, ale ostatecznie wszyscy i tak zginęli. Drużyna ratunkowa miała już się ewakuować, zabierając wszystkie dane z okrętu, gdy dostrzeżono, że w lazarecie jest zamknięta w komorze jakaś osoba. Tego typu komory były przeznaczone dla przetrzymania życia. Większość była zniszczona, ale jedna pozostała aktywna. Zagrożenie radiacją było zbyt duże, by móc manipulować przy niej na Phoenixie, to zabrano komorę na Eagle. Tam dopiero miało się okazać, że w komorze zamknięta była jakaś kobieta, w śpiączce. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że w danych osobowych Phoenixa zamknięta w komorze kobieta nie widniała. Badania również wykazywały jakieś dziwne anomalie w genotypie, jakby ktoś nagle zmutował. Pośród członków kadry oficerskiej trwały debaty, co zrobić z uśpioną. Jedni chcieli ją wypuścić, gdyż może być niebezpieczna dla załogi, drudzy chcieli ją przebadać. Averius zdecydował jednak dokonać próby przebudzenia. W chwili, gdy do tego doszło, cała kurtyna opadła z wielkim hukiem. Duża odporność na gorąco, inna struktura DNA, dziwaczny język i te przerażające niebieskie oczy na całym oczodole poświadczyły wszystkich zebranych, że mają do czynienia z nową rasą albo gatunkiem rasy ludzkiej, bo zdawała się być podobna ziemianom poza pewnymi szczegółami.  Oczywiście, chciano ją poddać eksperymentom, zrobić sensację, ale przerwał w tym wszystkim okręt samych Tha’litan, którzy przypadkiem natrafili również na ten sygnał i chcieli go zbadać. Okręt ludzki był uzbrojony, ale zdecydowano się na rozmowy między dwoma gatunkami. Okazało się, że rozbił się tu przed dwudziestu lat prom i odebrali wiadomość wysłaną przez Phoenixa jako swoją. Jedyne co chcieli to zwrotu ich przedstawiciela rasowego. Averius miał do wyboru: oddać kobietę albo uciec z nią na Ziemię. Zdecydowano się na trzecia opcję: oddają kobietę, ale okręt Tha’litan leci z nimi na ojczystą planetę ludzi. Tha’litanie przystali na to, ciekawi rasy ludzkiej. Dla ludzi był to pierwszy kontakt z nową rasą, dla Tha’litan z przedstawicielami innego gatunku o tak szybkim rozwoju technologicznym.  Stąd też wydarzenia misji Phoenix mają duże znaczenie zarówno dla ludzki jak i Tha’litan. W ciągu stu lat możliwości technologiczne wzrosły do tego stopnia, że nie podróż między systemami nie stanowiła żadnego problemu. Z czasem jednak wkradały się konflikty i wielu zaczęło dostrzegać Misję Phoenix jako zaczątek pierwszych międzygwiezdnych wojen.

Kaspar był dość zaskoczony, że pomimo tylu dekad, ktoś pamięta o wdzięczności, czy, jak to ujęła Ali’sal, długu. Najwyraźniej, dla koterii Tha’litanki była to poważna sprawa.

– Nie myślałem, że ktoś o tym jeszcze pamięta- odpowiedział bez wyrazu zdziwienia w tonie jego głosu.- Była to aż tak dla was ważna sprawa, że przemierzyłaś pół galaktyki w celu odnalezienia żyjącego jeszcze członka rodziny zbawcy?

– Kto powiedział, że szukałam?- odpowiedziała nagle, pozwalając sobie na krótki uśmiech.- Nigdy nie straciliśmy żadnego z was z oczu. Fakt, że jedynie Averius utrzymywał z moją rodziną jakiś kontakt, a po jego śmierci, relacje z waszej strony się zerwały. Dla mojego rodu była to jednak sprawa honoru, stąd też zbieraliśmy o was informacje.

– Pochodzisz ze szlachty, prawda?- spytał nagle Kaspar, jakby zmieniając temat.

– To dla ciebie takie zaskoczenie?- odparła Tha’litanka jak gdyby nigdy nic.– Połowa Wygnańców z mojej rasy to szlachcice, szóści w kolejności do dziedziczenia i tak dalej. Ale rozumiem do czego zmierzasz. Że tylko szlachta może sobie pozwolić na taką pamiętliwość. Za dużo romansów rycerskich, Kasparze.

– Obiecałaś, że nie będziesz lała wody- skitował krótko mężczyzna, dolewając sobie kawy, chcąc przejąć inicjatywę.- Ale owszem, chodziło mi o to. Więc jak to z wami było.

– Ty zmieniłeś temat, więc teraz cierp- zaśmiała się kobieta.- A co do powodu, zawsze mnie uczono, że jeśli masz u kogoś dług wdzięczności, nie spłacaj go natychmiast, ale przetrzymuj go tak długo, by się tobie opłacił. Jak widać w twoim przypadku, reguła sprawdziła się znakomicie.

– Jak widać- przyznał Kaspar.- Więc nie straciliście nas z oczu. Ale wciąż, moje dane osobowe zostały skasowane. Musieliście się napracować, by mnie znaleźć.

– A to był zwykły przypadek- stwierdziła Ali’sal, prostując się.- Mój brat miał pewne udziały w tej firmie budowlanej, w której pracowałeś. Czasem mu pomagałam w przygotowaniu papierów dla pracowników. Tak natrafiliśmy na ciebie. Analiza zdjęć stanowiła tylko formalność. A skoro akurat potrzebowałam pierwszego oficera, a napatoczył mi się człowiek z odpowiednimi kwalifikacjami, uznałam, że to dobra okazja dla spłaty długu.

– Nie da się ukryć, zdarza się coś takiego.- zaśmiał się Kaspar, ale potem westchnął, wpatrując się w drzwi.- Nie mniej, wciąż mnie dziwi jedna rzecz. Stopień pierwszego oficera. To stanowisko powinno być objęte raczej przez osobę, której ufasz, jest w twojej załodze od dawna, a nie osoba z ulicy, taka jak ja, nawet, jeśli powołasz się na dług.

– Ha, słuszna uwaga!- ponownie zaśmiała się Tha’litanka, poprawiając włosy na głowie.- To też zabawna sytuacja. Widzisz, moja załoga stanowi koktajl specyficznych person, i miała problem ze znalezieniem pośród nich osoby twardo stąpającej po ziemi. Najpierw chciałam by pierwszym oficerem był mój mąż, ale ten stwierdził, że jak będzie EXO, straci podniecenie, jakie mu daje pilotaż okrętu i chce się tym zająć. Zaraz potem pomyślałam o Othalu, ale powiedział, że woli walkę niż władzę nad bandą dziwaków. Nasza medyczka uznała, że jest już za stara, a mistrzyni artylerii, we współ z naszą główną inżynier zaraz zmieniłyby okręt w latającą bibliotekę, do tego z całością wyposażenia statku w stylistyce epoki Edo w Japonii. A reszta, jak mistrz deszyfracji czy kwatermistrz nie nadają się do objęcia takiej funkcji.

– To ty masz tutaj jakiś latający dom wariatów!- Podsumował zaskoczony wypowiedzią Ali’sal Kaspar.- Ja się dziwię, że ten okręt jeszcze stoi, skoro oficerami są takie indywidualności.

– Ale utalentowane indywidualności- dodała jeszcze kobieta, przestając się śmiać i przybierając dość poważny wyraz twarzy.- Każdy z nich to specjalista w swojej dziedzinie, jednakże czasem im odwala, jak to mawia ulica. Stąd potrzebuję kogoś, kto mi pomoże sprowadzić ich na ziemię, gdy zajdzie taka potrzeba. Ha, a nawet po chwilowym zastanowieniu, mogę stwierdzić, że osoba, która nie była wcześniej związana z załogą, może zdziałać więcej, niż gdybym awansowała któregoś z moich oficerów. Namiesza mocno w załodze, ale jeśli będzie to osoba kompetentna, zmieni każdego żołnierza w drużynę, której potrzebuję. Więc jak będzie, Kasparze? Czy zostaniesz moim pierwszym oficerem?

Mężczyźnie, w chwili, gdy zostało zadane to pytanie, przeleciało nagle całe życie przed oczami. Jego edukacja w akademii, służba we flocie, pierwsze zwycięskie bitwy, a także porażki, a wreszcie, to, co ujrzał w gwiazdozbiorze Żagla, przez co spowodowało to jego ucieczkę z wojska na planetę Kepler. Chciał porzucić wojenne rzemiosło i zacząć normalne życie, ale niezbyt mu to wychodziło. Zapożyczał się, starał się rozkręcić tam jakieś interesy, które jednak okazywały się niewypałem. Nawet nie mógł znaleźć normalnej pracy, a gdy już ją znajdował, szybko tracił. Wiele razy winił los, że jest dla niego niełaskawy, ale z drugiej strony, czemu miałby być? Złamał przysięgę wojskową. Doszło w końcu do tego, że musiał żebrać na ulicy poprzez grę na gitarze. Gdy znalazła go Ali’sal i zaproponowała mu powrót do korzeni, miał mieszane uczucia. Jednakże, wiedział też, że był jednym z najlepszych oficerów w marynarce i szkoda byłoby zmarnować te lata jako pracownik w jakieś korporacji lub żebrak. Odpowiedź znał już w restauracji, ale dopiero teraz mógł o tym głośno powiedzieć.

– Tak, zostanę- odparł w końcu z lekkim uśmiechem, wstając z miejsca.- Ale mam dwa warunki. Pierwszy, wciąż pozostanę Kasparem Thave. Drugie, to jest nie zdawanie pytań w sprawie wydarzeń z Żagla, chyba, że sam zacznę o tym mówić. Na takich wstępnych warunkach mogę się zgodzić służyć koterii.

– Szanuję je i się zgadzam- odparła Ali’sal, również wstając i włączając tablicę dotykową.- Ale skoro tak stawiasz sprawę, to chcę, by również i moja przeszłość nie była rozdrapywana. Zgadzasz się na to?

– Oczywiście- przytaknął Kaspar.

– Doskonale!- odpowiedziała już bardziej zadowolona Tha’litanka, podchodząc do niego, wciąż kulejąc, trzymając w ręce tablicę.- Nim dostaniesz te stanowisko, omówmy jeszcze kwestię wynagrodzenia oraz beneficjów.

Całość nie trwała zbyt długo. Płaca za miesiąc służby wynosiła pięć tysięcy exeli plus premie, jeśli będzie dochodziło do walki, posiłki wydawane w kantynie oraz własna kajuta o standardzie oficerskim. Do tego dostęp do zasobów zbrojowni pod nadzorem kwatermistrza, przyzwolenie na noszenie broni, swoboda w poruszaniu się po poziomach, z zachowaniem zasad prywatności. Do tego dochodziły jeszcze kwestie pomniejsze, jak możliwości augumentacji ciała, podziału łupów etc. Wszystko jednak było na tyle dobrze wyważone, że Kaspar nie miał co narzekać. No, może za wyjątkiem braku darmowych drinków w kantynie. Ale nie można mieć wszystkiego.

– Więc jeśli pasują ci zasady, daj zgodę tych dokumentach poprzez linie papilarną- tłumaczyła  Ali’sal, zmieniając raz po raz dokumenty na tablicy- I już wszystko. Właśnie zostałeś mianowany nowym pierwszym oficerem na okręcie. Gratulacje!

– To wszystko, żadnych ceremonii? spytał ironicznie Kaspar, oddając tablicę kobiecie.

– To nie ślubowanie wierności rycerskiej czy też flocie, nikt ci tu nie każe klękać i całować rąk. Chyba, że chcesz, rycerzu- Ali’sal pozwoliła sobie na żart w stosunku do Kaspara,  wyłączając przy tym tablicę i kładąc ją na stole.- Z resztą, nigdy jacykolwiek kapitanowie tego okrętu nie starali się zmuszać załogi do jakiś dziwacznych ceremoniałów.

– Więc nie jesteś pierwszą właścicielką?- spytał mężczyzna, teraz dopiero przyglądając się zdjęciom. Tylko na jednym znajdowała się Ali’sal wraz z załogą.

– Och nie. To dość stary okręt, po licznych renowacjach. Przed jakiś czas służył jako okręt flagowy floty Federacji Solarnej. Oczywiście pod inną nazwą, ale raczej zapisał się w annałach historii waszego tworu politycznego.

Kaspar pokiwał tylko głową ze zrozumieniem, ale zatrzymał się nagle przy jednym zdjęciu i wyszczerzył oczy.

– Chyba sobie żarty stroicie- jęknął mężczyzna.

– Ależ nie, mój drogi poruczniku- odpowiedziała Ali’sal, stając przy Kasparze i również wpatrując się na zdjęcie załogi, która składała się z ludzi oraz jednej Tha’litanki.- Los jest dla ciebie po prostu kapryśny. Witaj na pokładzie fregaty wojennej, model Saber IV, „Hand of Glory”, który dawniej był okrętem eksploracyjnym „Eagle”, dowodzonym przez kapitana Averiusa Discindusa.

Facebook Comments

Dodaj komentarz