Miejskie powietrze czyni wolnym #2

<- Część I | Część III ->


Chriss otworzył usta ze zdziwienia. Nie wiedział po co tu jest potrzebny, ani tym bardziej, dlaczego go tak energicznie przywitano. I zrobił to najwyższy urzędnik w całej republice. Chyba każdy, kto przybyłby ad hoc w takie miejsce zareagowałby dokładnie tak samo.

Przyglądanie się jednookiemu żołnierzowi dłużyło się. Chriss rozumiał ten mechanizm. Cisza, jaką celowo podtrzymywał doża, miała zdezorientować go. Sprawić, by poczuł się niepewnie. Wagner postanowił wziąć udział w tej grze. Pomimo faktu, że już wcześniej wyraził zaskoczenie, dalszą część partii zdecydował się rozegrać, jakby to on sam rozdawał karty. Przybrał dość normalny wyraz twarzy i oczekiwał na ruch od strony doży.

– Zapraszam do pokoju obok, panowie – odezwał się w końcu Sorill i wskazał na zgrabne, hebanowe drzwi po jego lewicy.

Nie czekał aż Czarny Kaptur zabawi się w lokaja, otwierającego drzwi. Pchnął je i żwawym krokiem wszedł do przytulnego pomieszczenia o skąpym wystroju. Za prostokątnym stołem stało dwóch przygarbionych jegomości w słusznym wieku. Pochylali się nad mapą rozłożoną na stole. Żołnierz rozpoznał ich bez większych trudności. Francis Orweld i Gustaw Nauestad zasłynęli z szeroko zakrojonych akcji charytatywnych skupionych wkoło kościoła Hilen, opiekunki zdrowia i miru domowego. Na szlachetne uczynki stać ich było za sprawą obrotu bronią i pancerzem w faktoriach handlowych rozmieszczonych w całym Cesarstwie Ingradyjskim.   

– Panowie – zaczął doża odwracając się profilem do Wagnera i Oldberga. – Jesteśmy w komplecie. Mości Nausestad, zechcecie zacząć?

Wagner spojrzał kątem oka w stronę mężczyzny, którego wywołał Sorill. Pomimo, że widział go po raz pierwszy w życiu, dokładnie tak sobie go wyobrażał. Przy kości, o pucowatej twarzy i łysinką na głowie. Typowy obraz kupca, do którego już przywykł, nawet będąc w wojsku.

– Dziękuję panie – Nausestad pokornie ugiął się w pas. – Na sam przód garść informacji. Rozpoczynamy wojnę handlową z republiką – kupiec machnął ręką. – Upraszam o wybaczenie. Z księstwem Norithoru. Nie mogę się przyzwyczaić do Bękarciego Księstwa… W każdym razie ród Camperezza rośnie niebotycznie w siłę i teoretycznie, jako nowa szlachta nie powinien parać się handlem, gdyż to zjawisko bezbożne, plugawe et cetera, et cetera… Być może nowej szlachcie przystoją takie zmiany – pokręcił zrezygnowany głową. – Bez względu na to familia, a obecnie ród książęcy Camperezza, szkodzić będzie Najjaśniejszej Republice w sposób niepomierny.

– Jako stronnicy cesarza – uzupełnił Francis Orweld.

– Nie inaczej, Francis, nie inaczej – zgodził się Nausestad.

Na twarzy Chrisa pojawił się lekki uśmiech, gdy słuchał słów kupca. Zdał sobie nagle sprawę, jak polityka zmienna jest. Nic dziwnego, że jego ojciec zerwał zaręczyny z panną Siletto, skoro mocno mieszała mu w planach. To dość zabawne, pomyślał nagle wojskowy, spoglądając mimochodem na rozłożoną mapę, że nagle, po dziesięciu latach poza granicami swojego domu, zacząłem myśleć o współżyciu małżeńskim. Ewidentnie się starzeję. Po chwili jednak wrócił do słuchania Neustada.

– Dlatego mości doża – Gustaw znów zbił pokłon w stronę najwyższego urzędnika – powodowany mądrością przystał na nałożenie na cis, rudę żelaza, krzemionkę i wełnę cła zaporowego. Transfer towaru do stolicy, a potem dalej na północ, rozciąga się przez terytorium Modris gdzie cło będzie pobierane. Ponadto książę Arnold Ottarstein z Ostreich i książę Veron z marchii Walsberg wyrazili chęci do nałożenia podobnych ceł – Nausestad zaprezentował na rozłożonej mapie poziomią linię ziem, na których będzie obowiązywały regulacje. – Towary z południowych księstw, choć tanie, zrównają się z cenami naszymi, dzięki czemu nasi stronnicy militarni, zwiążą się z nami i  handlowo. Osłabi to ekonomię Norithoru, ale i Kelrad, stolicy.

– Zaś my zyskamy na obrocie cisem, wełną i konopiami na wschodnich rubieżach cesarstwa – dodał Orweld. – Oraz Marchii Północnej…

– …o ile ceny za węgiel, żelazo, siarkę i glinę wydobywaną w Marchii Północnej stanieją – kontynuował korpulentny handlarz. – A na to głowa rodu Wagner przystać nie chce…

Podporucznik słuchał z uwagą kupców. Pomimo faktu, że nie był obyty z arkanami handlu jak tutaj zebrani, potrafił dość błyskawicznie analizować fakty. Dla nikogo nie było tajemnicą, że Republika Modris stanowiła główny szlak handlowy do stolicy i dalej i każdy potencjalny towar musiał przejść przez te ziemię. Nałożenie ceł zaporowych przez republikę i otaczające Norithor księstwa wprowadzi stolicę w problem, gdyż nawet gdyby chciał kupować towary dalej w swoim państwie satelitarnym, straci więcej niż gdyby kupował od Republiki Modris. Christofferowi aż zakręciło się w głowie. Odzyskał trzeźwe spojrzenie na świat w chwili, gdy wspomniano o Marchii Północnej i jego ojcu. Zapaliła mu się w końcu lampka o co tu może chodzić i w końcu, po dłuższym milczeniu zabrał głos.

– Nie ma co się dziwić, skoro to są materiały, które potrzebne są do kucia oręża. Poza tym, obecnie sytuacja na północy jest moim zdaniem dość niepewna, by faktycznie prowadzić tam politykę handlu surowizną. Chyba, że mój ojciec podał inny powód, dlaczego nie przychyla się do propozycji rady.

– Nie powiedział nic – rzucił opieszale Sorill. – Dlatego, Christofferze, chcieliśmy byś uczestniczył w tym spotkaniu. Z twoim zacnym ojcem kontaktujemy się drogą listowną, a jak sam się domyślasz nie jest to kontakt wygodny. Mimo utrudnień zdążyliśmy wysondować, że margrabia Namüel, jak to się mawia prosto, kręci nosem. Od początku kupował surowce ze swoich terenów od spółek górniczych i wydobywczych pochodzących z Modris. Już wtedy nie był zadowolony z takiego stanu spraw. Obecnie, gdy twój ojciec, zdołał wykupić większość akcji tamtejszych faktorii stał się… – urwał na chwilę kręcąc głową – monopolistą.

– A gdzie monopol – rzekł Oldberg – tam nie ma konkurencji.

– Zaś bez konkurencji mamy do czynienia z wysokimi cenami – wnioskował Sorill.

– I wkurwionym margrabią – skwitował Nausestad.

Chris spoglądał kolejno na każdego przemawiającego mężczyznę. Miał wrażenie, że był przytłaczany każdą informacją, która wychodziła z ust urzędników. W końcu mówili mu o rzeczach, które były częścią polityki handlowej, która od kilkunastu lat nie była już jego domeną. I dałby się wrobić jak dziecko w niemalże każdą intrygę ekonomiczną, która szyją wielcy tego miasta. Przyjął więc na razie w myślach pozę “nie ma chuja, nie zgadzam się”, ale w ruchach i słowach wykazywał jakiś przejaw zainteresowania i szacunku wobec urzędników.

– Znam podstawy ekonomi, a także charakterek magrabii Namüela, więc zdaję sobie sprawę, jaki musi mieć to wpływ na wasze interesy, panowie- powiedział w końcu wojskowy, a zaraz potem zadał pytanie, które chodziło mu po głowie od dłuższego czasu.- Nie mniej, wciąż nie rozumiem, jaką w tym wszystkim mam odegrać rolę?

Podporucznik mimo wszystko, mógł się domyślać, że będzie jeleniem, ale wolał usłyszeć, w jakie piękne słowa ułoży to doża i reszta kupców. Smętna gęba Nausestada nie napawała wojskowego dobrymi przeczuciami. Orweld mlasnął i wypuścił głośno powietrze.

– Dobrze, ja to powiem – zaczął niechętnie. – Twój wielce szanowny ojciec z pieczołowitością dogląda spraw rodu Wagner i pomnaża jego majątek, ale… Na bogów… Ale szkodzi tym samym miastu. Zagadnienie jest szersze aniżeli sprawy finansowe i zależy nam na dobrych relacjach z margrabią. Na północy Kelrad, na południu Norithor. Sytuacja geopolityczna Modris przypomina położenie gładkiej dziewki – kupiec podrapał bulwiasty nos. – Jegomość z przodu i jegomość z tyłu ostrzą sobie na nią miecze. Jeśli wiesz o co mi chodzi.

Nausestad zachłysnął się winem. Doża Sorill z wymalowaną na licu ojcowską troską oklepał plecy grubego kupca.

– Bój się bogów, Francis – rzekł, gdy odzyskał dech w piersi. – Ty jak coś powiesz, to klękajcie narody…

– Moim zdaniem to całkiem zgrabna metafora – wtórował Orweldowi doża.

– Tak czy inaczej, Chriss… – Francis Orweld podjął sztywno. – Chcielibyśmy, abyś wpłynął na ojca. Tak by…

– Tak by, do ciężkiej choroby, stał się na powrót patriotą – dokończył buńczucznie Nausestad. – Oddanym i płomiennym patriotą.

– Mój pułkownik zwykł mawiać w takich momentach “Może i jest patriotą, ale bogowie, dajcie mi kompanię, a nie idealistę, do kurwy nędzy”, z wybaczeniem szanownego towarzystwa- nie mógł się powstrzymać od tej docinki wojskowy.

Wewnątrz siebie dusiło go pragnienie, by wybuchnąć gromkim śmiechem na słowa kupców i najwyższego urzędnika. Wiedział jednak, że nie spotkałoby się to ze zrozumieniem towarzystwa zasiadającego na tej naradzie, dlatego wolał podsumować to krotochwilą o mało wysublimowanym smaku. A ta przynajmniej mogła się spotkać z aprobatą choćby rajcy Orwelda. Bo już tarzanie się po podłodze, płacząc od rechotu raczej nie byłoby dobrze przyjęte przez żadnego z urzędników.

– Sprawa jest jeszcze trudniejsza niż szanownemu zgromadzeniu się wydaje- zaczął szczerze Chris, nie chcąc tworzyć iluzji dumy i szczęścia.- Wraz z moim odejściem do armii cesarskiej dziesięć lat temu nie rozstaliśmy się z ojcem w pełnej zgodzie. Minęła już co prawda ponad dekada od tego wydarzenia, ale wciąż… nie wiem, jak się zapatruje mój płodziciel na moją osobę. Zwłaszcza, że nie otrzymywałem żadnych listów z domów w trakcie służby. To pierwsza sprawa. Druga rzecz, to odległość. O ile mi wiadomo, to Pan Oldberg wspomniał, że mój ojciec wyjechał już do Północnych Marchii finalizować transakcje. Raczej w ciągu jednego dnia nie znajdę się na Harpich Szczytach, by mu wbić do głowy, że źle robi. I w końcu po trzecie… –

Tutaj Wagner cmoknął i się lekko uśmiechnął. – Wybraliście chyba złego Wagnera, panowie. O ile to wiem, moi bracia są bardziej pod ręką i znacznie bardziej przekonujący w kontekście zmian kierunku wiatru handlu anieżeli ja. Skąd więc taka decyzja, by mnie tam posłać?

Po słowach Chrissa nastała cisza. Jednooki zauważył, jak doża zerknął wrogo w kierunku trzymającego się na uboczu Czarnego Kaptura.

– Nie ja zbierałem wywiad, panie – odpowiedział sugerująco tajemniczy mężczyzna.

– Być może masz rację – Sorill zwrócił uwagę z powrotem na wojskowego. – Może czas leczy rany i pański ojciec nie byłby skory do gniewu, ale to kwestie domysłów. My potrzebujemy racjonalnych zadań.

Urwał, by stuknąć dwukrotnie o blat stołu. Wagner pojął, że w jednej chwili koncepcja planu doży runęła, jak marzenia mężów o bezstresowym pożyciu małżeńskim.

– Istotnie – podjął ponownie – zbyt daleko do Harpich Szczytów, by ryzykować potencjalną stratę czasu na rozdrapywanie starych, familijnych ran – oparł się o blat przebierając na nim rytmicznie palcami. – Czy mówi panu coś nazwisko Selitto?

– Mój panie, czy to aby roztropne, by… – Wtrącił się Orweld. Zamilkł, gdy doża energicznym gestem dłoni nakazał mu milczenie.

– Oczywiście, że mówi- odpowiedział Chris, wypuszczając powietrze z ust i lekko się uśmiechając.- Chyba z resztą wywiad mości doży, a co za tym idzie pan również, doskonale zdaje sobie sprawę, jak w dalekiej przeszłości rody Selitto oraz Wagner były ze sobą w dobrych relacjach, do tego stopnia, że byłem zaręczony z córką głowy rodu, Eweliną. Obecnie zdają się być zausznikami Camperezzów, czyli stoją po stronie cesarskiej. No i moje zrękowiny również stały się już mitem na rzecz innego absztyfikanta ze wspomnianego wcześniej rodu. I, o ile mnie pamięć nie myli, zajmowali się surowizną z kopalni metali. A także stoją w opozycji do innych familii elekcyjnych.

Skierowany wzrok doży na pana Orwelda przedłużał się. Chriss zauważył jak stary kupiec zrezygnowany wzruszył ramionami.

– Wszystko to prawda i tylko prawda – potwierdził Sorill delikatnie kiwając głową. – Camperezzowie, jako ród przedsiębiorczy…

– … skurwesyński, pełen parweniuszy i hochsztaplerów – raczył uzupełnić Gustaw.

– Dziękuję – westchnął mało zdziwiony doża. – Słusznie sugeruje pan Nausestad, że Camprezzowie to zdrajcy. Otworzyli bramy Norithoru podczas buntu i wpuścili lojalistów do miasta. W zamian za to otrzymali herb, splendor, tytuły, ziemię, tedy wszystko to, co czego potrzebuje szlachta.

– Syfilisu nie było w pakiecie – burknął ponownie grubawy kupiec. – To w stan szlachecki wnieśli w posagu.

– Gustawie, w każdym rodzie są osoby, które mają kiłę… To nie… – Próbował mitygować Francis.

– Tak czy inaczej nowi władcy Norithoru pragną położyć łapę na Modris, na co zgody nie ma – doża twardo wrócił do meritum. – Z rodem Selitto nic nie poradzimy. Wybrali tak, a nie inaczej, zaś my nie możemy pozwolić, by nasza pozycja osłabła – uniesiony palec ku górze wskazał na północno-wschodni kraniec mapy. – Harpie Szczyty. Spółki Wagnerów, spółki Camprezzów, jak się okazuje. Oni coś knują, a my musimy dowiedzieć się co. Chcielibyśmy byś ostrożnie wybadał sytuację w familii Selitto. Wobec ciebie nie będą mieli podejrzeń, Chriss…

Milczenie kupców wydało się kłopotliwe. Mężczyzni raptem wpadli w konfuzję, Fracis Orweld rozpoczął nawet kontemplację podłogi. Podejrzenia jednookiego kierowały się w stronę ewentualnych kontaktów handlowych ojca. Wagnerowie i Camperezzowie w przeszłości prowadzili wspólne interesy. Całkiem intratne, o ile Chriss pamiętał.

– Trzeba sprawdzić – milczący do tej pory Czarny Kaptur odezwał się paskudnym głosem – czy Hektor Wagner nie zwąchał się za blisko z Camperezzami… Proszę pana.

– Dzięki, nie wiedziałem- odpowiedział po chwili konsternacji Chriss, pozwalając sobie na spojrzenie: “Czy ty uważasz mnie za aż tak niedorozwiniętego?”.

W odpowiedzi mężczyzna skinął mu głową z wrednym uśmiechem.

Zasadniczo, bardzo mu się ten pomysł nie podobał, by mieszać się w zatargi zwaśnionych rodów i sojuszników. Nigdy nie był biegły w polityce, zwłaszcza dotyczących handlu, a teraz nie dość, że proponowali mu maczanie się w tym brudzie, to jeszcze na zasadzie szpiega. Szpiega, który będzie  przeciwko własnej rodzinie. W pewnym sensie to zdrada. Ale… z drugiej strony, skoro ojciec się do niego nie odzywał, podobnie jak bracia, będzie mógł im odpłacić piękne nadobnie. By jednak to się stało, musiał wiedzieć, czy mu się to w ogóle opłaci. Nie chciał być instrumentem, tylko dołączyć do muzyków. Ale na swoich zasadach, jako skrzypce prowadzące.

– Myślę, że mógłbym się tego podjąć, ale nim to, chciałbym się dowiedzieć, dlaczego ja, a nie któryś z moich ambitniejszych braci?- zaczął dość niewinnie, ale potem pozwolił sobie na bardziej pewny uśmiech.- To po pierwsze. Po drugie: awans na pułkownika, posiadłość o powierzchni stu arów, dwadzieścia hektarów własnościowych z polami, pastwiskami i lasami, na czas trwania misji 500 denarów: 100 w gotówce, 400 na lokacie bankowej, po misji pensja o wysokości 100 denarów miesięcznie na dwa pokolenia z czystej linii ode mnie, a do tego 10% upust cen na wyroby i surowiznę pochodzących od rodzin członkowskich rady do końca życia, pod zaprzysiężeniem u najwyższego kapłana Tradara.

Wraz z narastającą kupką warunków kolejno kupcy Orweld, Nausestad i Oldberg, wyrażali swoje zdumienie. Pierwszy psioczył, drugi obsobaczył Chrissa, trzeci zmówił pacierz do Skrupulatności Tradara. Gdy nadszedł kres wyliczanki doża położył ręce na blacie stołu i wypuścił głośno powietrze.

– Panowie kupcy… Wyjść – polecił twardym głosem. – Oprócz ciebie – zwrócił się do Czarnego Kaptura.

Mężczyźni posłusznie spełnili żądanie Sorilla, grzecznie kłaniając mu się na odchodne.

– Cesarz zwykł wieszać za podobne żądania – doża jak na przekór wypowiedzi, uśmiechnął się. – Wyższej szarży ci nie dam, w Najjaśniejszej Republice tytułów się nie kupuje… A przynajmniej chciałbym w to wierzyć.

Obszedł blat stołu i zbliżył się do jednookiego po czym złożył swą rękę na jego ramieniu.

– Chętnie spełniłbym twoje warunki. A nawet zrobił wyjątek dla stopnia pułkownika, lecz zrozum – przerwał i zdjął rękę z wagnerowego ramienia – takie zmiany gruntowe, finansowe i ekonomiczne, mówią wiele. Czy wiesz, że nim zaczyna się jakikolwiek konflikt zbrojny to na przód mówią nam o tym liczby? Tak, tak. Ekonomia. Wahanie rynków, destabilizacja, niemożność pogodzenia się ze złą koniunkturą, a dalej wymuszanie cen, narzucanie ceł i wszelkie próby regulacji rynku prowadzą do katastrofy. Zważ czego żądasz: nieruchomości, dóbr, wyrobów i upustów. To by pokazało naszym wrogom, że coś czynimy. Że wykonujemy ruchy. A naszym przyjaciołom, że próbujemy regulować rynek dzięki temu dziesięcioprocentowemu upustowi. Czy wiesz jak prędko rodziny członkowskie rady by nas opuściły?

Powracający za stół Kersil Sorill zapukał dwa razy w blat.

– Proponuje zatem zakwaterowanie na czas misji w zamtuzie Mirra i płomień, sto denarów zaliczki i czterysta denarów po wykonaniu zlecenia. To wszystko, co mam do zaoferowania – skwitował władca. – Nie musisz odpowiadać teraz. Idź i użyj życia na balu, a gdy ten zakończy się, poznamy obaj twą decyzję.  

Chriss wysłuchał co miał mu do powiedzenia doża. W tym momencie miał ochotę trzasnąć drzwiami i wrócić gdzieś na północ, gdzie nie było żadnej polityki rodowej, ani tym bardziej zdrady w stosunku do własnej rodziny, do czego namawia go teraz Kersil. Nie ma zamiaru godzić się na to, by dostać jakieś marne grosze w stosunku do kroci, którą zarobią wielkie rody. Nawet gdyby go włączyli do kółeczka, nie wykazywałby żadnego zainteresowania, gdyż bardziej dla niego zajmujące są militaria. Rzucił jeszcze tylko spojrzenie w stronę najwyższego urzędnika i kiwnął głową, nie dając mu żadnej odpowiedzi. Gdy tylko doża puścił jego ramię, ukłonił się zgodnie ze zwyczajem i skierował się w stronę drzwi. Tam się zatrzymał i obrócił na pięcie:

– Wciąż jednak nie dostałem odpowiedzi na pierwsze pytanie- dodał jeszcze podporucznik, wpatrując się w twarz Sorilla.- Dlaczego ja?

– Jesteś stąd, ale jednocześnie jesteś obcy – odpowiedział doża posyłając żołnierzowi szczery uśmiech.

– Zdaje się, że tak naprawdę nigdy nie byłem „stąd”- odparł jeszcze wojskowy, raz jeszcze kłaniając się i wychodząc z sali.


Michał J. Sobociński;

P. R. Ofiarski


<- Część I | Część III ->

Facebook Comments

Dodaj komentarz