Filmy… animacje fantasy w Japonii

Nie da się ukryć, że rynek animacji ma się w Japonii dobrze (patrz, mój wcześniejszy felieton na stronie www.abyssos.eu), o ile nie rewelacyjnie. Na każdą porę roku wydawane jest ponad dwadzieścia produkcji, ale tylko nieliczne z nich można uznać za warte obejrzenia. Oczywiście, autorzy starają się jak najbardziej rozreklamować swoje „perełki”, nie mniej, ostateczny efekt powodzenia należy i tak do widza. Wracając do myśli przewodniej, większość produkcji, które serwują twórcy to seriale o tematyce fantastycznej, począwszy od modern, future, tradycyjnej, a skończywszy nawet na MMORPG(a jak!). Porównując tę tendencję do tego, ile seriali fantastycznych wychodzi na zachodzie, można stwierdzić, że rynek japoński znacznie dominuje na tle ilościowym. Bo jeśli chodzi o jakoś… to, jak wspominałem wcześniej, jest różnie.

Chciałbym czytelnikom tekstu zaprezentować kilka co ciekawszych produkcji z kraju kwitnącej wiśni, które w swoim gatunku mają zapis fantasy. W tym momencie trzeba zaznaczyć, że nie będę opiniował animacji, które wychodzą poza standard tradycyjnego fantasy, czyli heroic, dark etc. Pierwszym powodem, dlaczego zdecydowałem się na takie podejście jest właśnie mnogość serii o tematyce fantastycznej. Gdybym miał zaprezentować produkcje bez wewnętrznego rozgraniczania, wyszedłby z tego galimatias oraz masa tekstu(a jak wiadomo, ludzie nie przepadają za zbyt długimi artykułami). Drugim powodem jest zainteresowanie człowieka zachodu raczej tradycyjnym fantasy, jaką pisał Howard czy Tolkien. Stąd, możliwość obejrzenia japońskich produkcji z tegoż znaku może zdobyć uznanie i pomóc w zwalczeniu wewnętrznego „fuj” w stosunku do anime. No i w końcu, trzecim powodem(bardziej prozaicznym) jest to, że pozostałe gatunki fantastyki chciałbym omówić na łamach innego tekstu.

Nim też zacznę opisywać serie, chciałbym zaznaczyć, że nie mam zamiaru ich recenzować, a przedstawić raczej osobiste przemyślenia na ich temat. Fabułę i świat przedstawiony omówię w zalążku, dając czytelnikowi możliwość samo zapoznania się z produkcją. Wybrane przeze mnie obrazy niekoniecznie też muszą stanowić, że są to moje ulubione serie. Włączę w to również produkcje, które jakiś cudem zdobyły (niesłusznie? Nie mnie oceniać…) popularność, nawet w Polsce. Po prostu: są to serie, które wywołały u mnie jakieś szczególne emocje, niezależnie od ocen i wyników oglądalności.

No to jedziemy.

SPICE AND WOLF

Zacznę szczerze i bez żadnych cudactw: seria kupiła mnie od razu i uważam ją za jedną z lepszych produkcji nie tylko fantasy, ale także anime w ogóle. Historia o wędrownym kupcu, którego towarzyszką podróży jest przebiegła pogańska, wilcza bogini może stanowić dla wielu przedwczesny alarm, że jest to romans. Nie da się ukryć, że ten wątek jest ciągnięty, nie mniej produkcja nie podkreśla tego cały czas, a daje mu się rozwinąć naturalnie. Z resztą, postaci są naprawdę przekonujące, świetnie napisane, a co za tym idzie, żywe. I pomimo faktu, że akcja posuwa się bardzo wolno, to dzięki rozmowom między dwojgiem podróżników ciężko jest się nudzić. Atut serii stanowią nie tylko postaci, ale może przede wszystkim, świat przedstawiony. Jest to nic innego, jak odpowiednik europejskiego średniowiecza, który wyszedł z czasów pogaństwa, zapatrując się w wiarę jednego boga. Ale, nie o sprawy religijne tutaj chodzi, tylko o konstrukcję. Jest realistyczna, jakby się znalazło w jednym z takich średniowiecznych miast. Wydarzenia skupiły się oczywiście na handlu (a coście myśleli? Główny bohater to kupiec, nie wojownik!). I przyznać muszę szczerze: w żadnym europejskiej serii fantasy nie widziałem tak dobrze rozpisanego jego mechanizmu! Zależności popyt- podaż, intrygi gildyjne, szukanie okazji, a nawet podstawy maklerki! Dla wielu może się to wydawać nudne. Jeśli tak, sugeruję im zaryzykowanie obejrzenia Spice and Wolf, by się przekonać, że na podstawie ekonomii można napisać naprawdę świetną historię, odchodząc już od rewelacyjnych postaci. Bardziej zaintrygowanym, powiem, że nie ma co się zastanawiać, tylko brać się za oglądanie!

SWORD ART ONLINE

Pomimo usilnych starań, naprawdę ciężko mi się jest przekonać do tej serii. Doskonale zdaję sobie sprawę, że uznawana jest obecnie jako jedną głównych serii fantasy w Japonii, nie mniej mam wobec niej jakieś wewnętrzne „fuj”. Fabuła przypomina mi „Matrix” braci (ups, rodzeństwa już) Wachowskich: ludzie podłączają się do specjalnych urządzeń, by grać w gry MMO. Jednak, w pewnym momencie, twórcy robią psikus i nie dają możliwości wylogowania się do rzeczywistości. O ile sam pomysł jest intrygujący, to już moim zdaniem, akcja nie jest szczególnie dobrze poprowadzona. Główny bohater jest oczywiście jedną z najsilniejszych osób w tym świecie, więc nie ma dla niego żadnego wyzwania, ale tak poza tym, nie ma żadnego charakteru. Jest herosem i to wszystko. Oczywiście, ma swoją wybrankę, która też jest silna, nie mniej, mam wrażenie, że jej jedyną rolą w serii jest bycie damą w opresji. Ironia, co? Zaskakująco mało dowiadujemy się o świecie, w którym nasi bohaterowie zostali zamknięci. Przyjąć można, że jest to zwyczajna klisza świata fantasy, z tym, że bez magii, za to z elementami RPG (typu pojawiające się statystyki nad głowami itd.). Tak poza tym- nic. Więc należałoby się spytać: skąd taka popularność? Wynika ona prawdopodobnie z eskapizmu. Wielu chciałoby porzucić dawne życie i stać się naprawdę postacią z gry. Nie mówię tutaj o wcielaniu się w postać z MMO, ale realistyczne wzięcie udziału w takiej grze. Jak to się mawia, mokry sen każdego „geeka”, który może się niedługo (o zgrozo!) spełnić, gdyż trwają już prace nad faktycznym urządzeniu, wzorowanym na tym z serii, pozwalającym na wzięcie udział w takiej przygodzie. Cóż, u mnie nie znajdą kupca, podobnie jak seria wiernego fana. Ale kto co lubi.

LOG HORIZON

Pamiętacie idee SWORD ART ONLINE o zamknięciu w grze? Cóż, zdaje się, że Japończycy bardzo lubią ten motyw, bo kolejna produkcja na mojej liście jest bliźniaczo do niej podobna. Jednak w przeciwieństwie do poprzedniczki, ta została zrobiona jak należy. Przede wszystkim, to zasługa bohaterów. W pierwszej kolejności, naprawdę ich znienawidziłem. Pogodzenie się z faktem, że znajdują się w grze, nie znając nawet powodu, nie napawa optymizmem. Ale im dalej w las, tym zdałem sobie sprawę, że skoro nie wiedzą jak się wydostać, to należy kształtować to, co się posiada. A to właśnie zaczęli robić zamknięci w tym świecie. Zaczęli kłaść podwaliny pod struktury państwowe, uspokajać co bardziej buntujące się jednostki, tworzyć gospodarkę. W pewien sposób, to przykład, jak należy tworzyć państwo z chaosu. Czy dobry, nie wiem, mnie przekonał. Inna kwestia, to świat przedstawiony. Byłem zaskoczony, jak udało się twórcom stworzyć coś tak prostego, ale jednocześnie tak złożonego. Założenia były proste: skoro to MMORPG, to są wszystkie elementy tego typu rozgrywki: NPC, potwory, miasta i państwa. Nie mniej, z racji faktu zamknięcia graczy, wszystko zaczęło się zmieniać. Bohaterowie Niezależni zyskali osobowość i nagle zaczęli uznawać bohaterów graczy (wybaczcie za terminologię RPG) jako osobną frakcję, która może być wroga lub nie. Poruszono też temat, czy BN może zostać BG, co jest dla mnie ciekawą formułką psychologiczną, biorąc pod uwagę, że to gra. Kwestia potworów też jest interesująca: zastanawiano się, skąd u licha, bierze się złoto z pokonanego monstrum?! I powiem wam: nie, nie Siara im dał. Kwestia miast i państw odnosi się znów do podziałów wewnątrz graczy: w końcu nie zawsze wszyscy się muszą lubić i trzeba negocjować. Ufff… rozpisałem się, ale wiele aspektów wymagało szybkiego opisania. I tak ominąłem wiele rzeczy. Nie mniej, serię polecam, mimo kilku poważnych zgrzytów, bo nie znajdzie się nigdzie indziej na rynku wizualizacji gry MMORPG lepszej niż LOG HORIZON.

SLAYERS

Odpocznijmy trochę od gier. Tej serii chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Znana w Polsce jako „Magiczni Wojownicy”, była puszczana w telewizji w latach 90-tych i mogła podbić serca wielu widzów, gdyby nie Dragon Ball. Nie mniej, przygody rudowłosej czarodziejki z kompleksem małego biustu, znalazły sobie fana pewnej grupy ludzi( w tym piszącego tekst). Przede wszystkim, serię warto zapamiętać za bohaterów, którzy w dość świetny sposób parodiowały typowe schematy postaci fantasy. Mamy: rudowłosą czarodziejkę, przewrażliwioną na swoim punkcie i niszczącą wszystko dookoła ognistą kulą, przygłupiego wojownika z potężną bronią, obrończynię sprawiedliwości, która nic nie może obronić z powodu członków swojej drużyny, tajemniczego mężczyznę, który uznaje się za paskudnego, co mu nie przeszkadza mieć grupę swoich oddanych fanek i nieogarniętej kapłanki, podkochującej się w wojowniku. Ten kontrast świetnie jest widoczny, gdy podstawia się książki wydane w tym okresie. Świat przedstawiony jest nie jest za bardzo rozbudowany. Stanowi raczej mało istotne tło (w końcu i tak wszystko ruda zniszczy), ale żyjące i mające sens. O ile oczywiście uznamy, że to parodia. Innym aspektem jest humor: obecnie nieco tendencyjny i operujący na schematach, ale wciąż aktualny, biorąc pod uwagę, jak mocno zakorzenił się heroic fantasy w umysłach wielu ludzi. Obejrzenie „Magicznych Wojowników” właśnie z perspektywy parodii takiego trendu może być interesującym doświadczeniem, a także dobrym momentem na przypomnienie sobie tej serii. A nawet nie to, nic się nie stało. Wysłuchiwanie krzyków nieobdarzonej przez naturę czarodziejki może również stanowić świetnie spędzony czas.

KONO SUBARASHII SEKAI NI SHUKUFUKU WO!

No to wracamy do RPG. Ta seria o zbyt długim tytule (będę używał wersji skróconej i zaaprobowanej przez twórców: KONOSUBA) była jest i będzie dla mnie zaskoczeniem. Fabuła? Cóż… wyobraźcie sobie, że umieracie i trafiacie pod sąd ostateczny, przeprowadzany przez irytującą, niebieskowłosą postać z anime z dużym biustem, która mówi wam, że jest bogiem. Zamiast zaproponować wam raj lub 100 dziewic , śmieje się z waszego sposobu na życie. Daje wam możliwość reinkarnacji w postaci jakiegoś pomniejszego zwierzaka na Ziemi lub zaczęcie nowego życia jako bohater fantasy. Dodatkowo jest możliwość zabrania jednego, specjalnego przedmiotu ze sobą. Zakładając, że wybierzecie drugą opcję, co byście wybrali? Miecz? Zbroję? No a główny bohater, w ramach zemsty, decyduje się zabrać ze sobą te irytujące bożyszcze. I wiecie co? To wystarczyło… ta seria po prostu mnie kupiła! Mimo tak durnych założeń, dawno nie oglądałem lepszej komedii w świecie fantasy. Duża w tym zasługa właśnie postaci protagonisty. Jest sarkastyczny, twardo stawiającym na swoim i niedający sobą pomiatać jak każdy inny „dobry Japończyk” z anime (wrócimy do tego tematu w przyszłości, możecie być pewni), stanowi kręgosłup tej produkcji. Sekundująca mu bogini stanowi świetny kontrast wobec niego: jest mało zaradna, wiecznie zadłużona i mimo bycia bogiem, nieogarnięta. Prócz tego, mamy jeszcze czarodziejkę-loli, znającą jedno zaklęcie, po którego rzuceniu pada z wycieczenia oraz paladynkę o…hm… dość masochistycznym i perwersyjnym podejściu do przygód. Ogólnie, banda indywidualiów, z którymi biedak, chcąc nie chcąc, musi się użerać. Świat przedstawiony nie jest specjalnie wymyślny: składa się ze znanych klisz, występujących już wcześniej, ale nie oszukujmy się, nie to jest najważniejsze. Najbardziej istotny element KONOSUBY stanowi humor, przez którego ląduję z głową na biurku, nie mogąc wytrzymać ze śmiechu, ja tylko pojawia się nowy odcinek. Jest przepełniony sarkazmem, a na dodatek wyśmiewa klisze znanych zarówno z anime czy nawet RPG („tank”, który przejmuje na siebie ciosy, odnosząc przy tym perwersyjną przyjemność… hmm). Dlatego, jeśli chcecie dobrej i w miarę nowej komedii fantasy, KONOSUBA będzie stanowiła najlepszy wybór.

ROKKA NO YUUSHA

Jeden z dwóch rodzynków na tej liście. Powodem wyróżnienia jest przede wszystkim świat. Bo o ile pisząc o wcześniejszych produkcjach, prezentowano świat fantasy rodem z zachodu, to tutaj, twórcy umieścili akcję w świecie przypominającą Amerykę prekolumbijską. Mamy budowle, nazwy miejsc czy też imiona wywodzące się z południowoamerykańskiego kręgu kulturowego. To dość niespotykane „światotworzenie”, nie mniej można klasnąć za pomysłowość. Inna sprawa fabuła: o ile przez pierwsze kilka odcinków ma się wrażenie, że jest to seria przygodowa(budzi się wielki zły i drużyna musi go zniszczyć. Brakowało mi tylko Fronczewskiego mówiącego „Przed wyruszeniem w drogę, należy zebrać drużynę”), to gdzieś na etapie czwartego epizodu historia zmienia się o 180 stopni i staje się kryminałem, godnym dobrych sesji RPG. Jeśli chodzi o bohaterów, seria również nie ma czego się wstydzić. Protagonista mówi o sobie, że jest najsilniejszym człowiekiem na Ziemi, nie mniej, jest to jedynie samozwańcza teoria z jego strony. Reszta (no, poza jednym czy dwoma wyjątkami) również stanowi barwne tło wydarzeń, a na dodatek, są one dość realistycznie skonstruowane. Jeśli miałbym szukać jakiś wad, powiedziałbym, że twórcy mieli za mało czasu, by faktycznie rozwinąć dobrze akcję i zaprezentować nam, co miało być dalej. Jest jakby reklamówką nowelek i nic poza tym. Cóż, nie pozostaje nic innego, jak tylko miło wspomnieć serię i liczyć albo na drugi sezon (prawdopodobne) lub czekać na wyjście książeczek (w Polsce już mniej, ale nie traćmy nadziei).

HAI TO GENSOU NO GRIMGAR

Obiecuję, to już ostatnie anime z cyklu MMORPG, o którym będę mówił. Naprawdę! Więc, zapewne wielu z was jest ciekaw, dlaczego wrzucam tutaj kolejną serię tego typu? Cóż, najważniejsza różnica w stosunku do poprzednich polega na realności tej produkcji. Ale nie uprzedzajmy faktów: ponownie ludzie, pozbawieni wspomnień z przeszłości (uwielbiam tę kliszę… jest taka… pomysłowa) trafiają do świata gry i mają, jako nowoprzybyli, obowiązek dołączenia do struktur wojskowych, by zwalczać zagrożenie. Ich pierwsza misja kończy się fiaskiem. A polegała ona na zabiciu dwójki goblinów. Dla jednej osoby: problem. Ale dla szóstki… No właśnie… Świat jest brutalny i bezlitosny. Jeden błąd można przypłacić życiem, a nawet nabawić się traumy. Nie ma tutaj mikstur wskrzeszenia, trzeba polegać jedynie na własnym sprycie i umiejętnościach. A trzeba jeszcze jeść, pić, prać, kupować takie rzeczy jak bielizna etc. Tego wszystkiego muszą się nauczyć bohaterowie. A stanowią oni różnorodne osobowości: z jednej strony są osoby dojrzałe, ewidentnie dorosłe, ale są także rozpieszczone dzieciaki, które nie do końca mają pojęcie o życiu. Zazwyczaj, taki układ jest drażniący, ale tutaj to działo po prostu świetnie. Trzeba poznać swoje mocne i słabe strony, by stworzyć dobrą grupę. Miło się właśnie ogląda, jak bohaterowie, którzy wcześniej się nie znali, docierają do siebie, a także, jak rozwija się ich charakter (w końcu przygody kształtują go odpowiednio, a nie, że jest się tą samą osobą od początku do końca). Dziwnie to zabrzmi, ale po raz pierwszy, dostrzegłem, że cisza w anime może tak świetnie budować napięcie i nastrój. Za to jeszcze bardziej u mnie zapulsowała. Seria była wyświetlana stosunkowo niedawno, bo w sezonie zimowym i pomimo bardzo powolnego tępa akcji, trzymała cały czas w napięciu. Jedynie szkoda, że to jedynie początek historii, bo prawdopodobnie stanowi kolejną reklamówkę nowelki. Trzeba mieć nadzieję, że produkcja sprzeda się i będzie decyzja o kręceniu kontynuacji.

MAOYUU MAOU YUUSHA

Odnotowanie tej serii jest dla mnie punktem honoru. Nie dlatego, że była jakoś szczególnie istotna w historii anime czy też wyróżnia się jakimś szczególnym aspektem. Dla mnie był to po prostu teatr utraconych szans. Seria, która miała być dla mnie następcą Spice and Wolf, a tymczasem okazała się… no właśnie czym? Miksem serii ekonomicznej, przygodowej i romansu? W sumie, to by pasowało. W każdym razie, akcja zaczyna się w chwili, gdy główny bohater decyduje się zabić królową, która rządzi światem demonów. Ta, zamiast stanąć w szranki, chce, by dołączył do jej misji zbliżenia światów ludzi oraz wspomnianych pomiotów piekieł. Sposobem na to jest rozwinięcie ludzkiej gospodarki. I na tym aspekcie skupia się główna część serii: demonica (o rozmiarze biustu wprawiającą w kompleksy niejedną gwiazdę porno) pokazuje na przykładzie jednej wioski, jak należy użyźniać ziemię i uprawiać ją w taki sposób, by się nie męczyła, proponuje wprowadzenie nowych roślin jadalnych do jadłospisu (ukłon Japończyków dla Bony Sforzy? Hm…) czy pokazuję, jak potrzebna jest edukacja wszystkich warstw społecznych. Innymi słowy: ten aspekt został pokazany naprawdę świetnie i jest obrazem zmian w Europie w okresie XV i XVI wieku. Nie mniej, potem twórcom zachciało się serii przygodowej i wprowadzili na siłę wątek konfliktu. I w tym momencie seria straciła dla mnie swoją wartość, gdyż przerabiamy znowu kliszę typowego fantasy. Względem bohaterów trudno jest cokolwiek powiedzieć: odgrywają swoje role, to wszystko. Nawet nie nadano im konkretnych imion (główny bohater nazywa się po prostu… Bohater). Ale to, co zniszczyli bohaterowie, ratuje świat. Konflikt między światem demonów, a światem ludzi jest alegorią do walk chrześcijaństwa z islamem, z tą różnicą, że w serii obie nacje raczej nie są w stanie koegzystować ze sobą. Poza tym, mamy, jak wspomniałem wcześniej, Europę renesansu, czas, gdy wprowadzano nową technologię i idee myślowe. Ach, gdyby pozostawić tylko ten wątek, a nie wplatać weń zbędne elementy przygodowe, można byłoby uzyskać naprawdę świetną produkcję. Tymczasem, jest tylko dobra. Cóż, czekam dalej i nie tracę nadziei, że w końcu pojawi się godny następca Spice and Wolf.

GATE: JIEITAI KANOCHI NITE, KAKU TATAKAERI

Pamiętacie, jak mówiłem, że skupię się na seriach wyłącznie fantasy? Cóż, to była półprawda. Wyjątkiem jest ta seria, znowu o zbyt długim tytule, by w pełni go wymówić (ograniczę się do używania tylko pierwszego członu nazwy, czyli GATE). O co chodzi? Otóż, wyobraźcie sobie, że nagle w Tokio pojawia się brama, wychodząca ze świata fantasy, a z niej cała armia niemilców prosto z bestiariuszy i kart książek z tradycyjnej fantastyki. I… dostają srogi łomot od Japońskich Sił Samoobrony (dygresja, Japonia nie ma wojska, tylko właśnie taki twór, co i tak nie przeszkadza, by być 11 najsilniejszą armią na świecie). Jako, że ze sprawiedliwości musi się stać zadość, dowództwo wysyła siły ekspedycyjne, składające się z panów i pań w moro, którzy mają obowiązek zemsty, jak i też zbadania nowych ziem. Według mnie, taka konstrukcja „światotworzenia” to było dość ryzykowne posunięcie. Nie jest łatwo utworzyć taki świat, gdzie otwarcie jest w stanie koegzystować zarówno żołnierz uzbrojony w karabin maszynowy, jak i wojownik z łukiem. Nie mniej, tutaj się to udało. Pokazano relacje polityczne, jak prowadzi się działania eksploracyjne w celu zarówno walki i niesienia pomocy, ale przede wszystkim: wzajemną fascynację. W końcu jaka byłaby nasza reakcja, gdybyśmy zobaczyli prawdziwego elfa albo czarodzieja ze świata fantasy? I odwrotnie: jakby zareagował zwykły mieszkaniec świata Śródziemia, gdyby staną przed nim żołnierz z naszych czasów? No właśnie… Niestety, o ile konstrukcji świata mogę powiedzieć w samych superlatywach, to już o bohaterach niekoniecznie. O ile protagonista, porucznik JSS, osoba zafascynowana fantastyką, okazał się być świetnie napisany, bez (spodziewanych przeze mnie) „otakuzacji”, to towarzyszące mu postaci (same kobiety, a jakże by inaczej…), poza jednym wyjątkiem, nie są specjalnie intrygujące. Niektóre elementy są klimatyczne, ale i przy tym trochę głupie (jak na przykład „Cwał Walkirii” Wagnera, puszczany z głośników helikopterów przy ataku na miasto, mówi wam to coś?), ale też duża ilość wątków powoduje, że to za mało na tak krótką serię. Cóż, w ramach sezonu zimowego leci właśnie 2 część, która jeszcze zwiększa ilość nowych problemów, więc jest nadzieja na trzeci. Zwłaszcza, że się świetnie sprzedaje na zachodzie. Cóż… Trzymam kciuki!

ODA NOBUNA NO YABOU

Drugi i ostatni już rodzynek, a przy tym ostatnia seria, o której chciałbym szerzej się wypowiedzieć. W tej produkcji przenosimy się do Japonii z okresu wojny domowej w XVI wieku, zwanej… zaraz, Japonii?! Tak, drodzy państwo. Mimo tego, że anime jest wymysłem z kraju kwitnącej wiśni, stosunkowo trudno mi znaleźć jakąś szczególnie dobrą serię fantasy, która wykorzystałaby potencjał samej mistyki tegoż kraju. Najbardziej interesujące jest to, że i w tej produkcji, samej magii nie ujrzymy za dużo i stanowi raczej, a jakże, środek do celu. Dlaczego zdecydowałem się ją wyróżnić? Bo to ona pchnęła mnie w objęcia szerszego zainteresowania się problematyką wojny domowej w Japonii w XVI wieku, zwanej też Sengoku Jidai. Zacząłem czytać na ten temat książki, oglądać filmy dokumentalne powiązane z tą „erą”. No, ale nie rozmawiajmy już o tym i przyjrzyjmy się samej produkcji. Więc jak wspomniałem, mamy wojnę domową… w której, nie wiadomo czemu, ląduje chłopak z naszych czasów, który jest świadkiem śmierci jednego z żołnierzy, którym okazuje się nie kto inny jak Toyotomi Hideyoshi, jeden ze zjednoczycieli Japonii. Chłopak stawia sobie za punkt honoru, by przejąć jego obowiązki i pomóc Odzie Nobunadze rozpocząć proces zakończenia wojny. Problem w tym, że ten wielki wódz jest… kobietą, Odą Nobuną. I większość ważniejszych postaci okresu również należy do płci ponoć piękniejszej. A więc, już wiemy, z czym mamy do czynienia: harem, harem i jeszcze raz harem. Czyli masa wątków romantycznych. Ale przynajmniej(w przeciwieństwie do innych produkcji oznaczonych etykietą „haremówek”) główny bohater nie jest ciućmą, niezdającym sobie sprawy z uczuć, do tego bez charakteru, gdyż przybywa z wiedzą o okresie i dość mocno wspomaga działania naszych bohaterek(co i tak nie przeszkadza mu zbierać manto od swojej…[spoiler]sympatii, Nobuny[koniec, ale mi zaskoczenie]), a na dodatek, nie stoi z boku, ale stara się myśleć i działać(co jest rzadkością w świecie anime) by zaradzić problemom. Ale niestety, o naszych dziewojach nie mogę powiedzieć nic szczególnego, poza tym, że są lalkami, które ładnie się ogląda (oczywiście, należycie podkreślono ich cel w serii za pomocą „uwypuklenia” szczególnych „cech”). Świat to feudalna Japonia z XVI wieku z elementami magii, nie mniej, z przedstawieniem wszystkich najważniejszych wydarzeń z tego okresu czasowego. Posiada więc jakiś walor edukacyjny. Pomimo swojej przewidywalności, serię oglądało się naprawdę dobrze i jeśli ktoś szuka dobrego punktu zaczepienia do rozpoczęcia swoich studiów nad historią Japonii, ODA NOBUNA NO YABOU może być dobrym impulsem. Pod warunkiem, że nie będą wam przeszkadzał wydźwięk haremowy.


Paweł Ofiarski

Facebook Comments

Dodaj komentarz