Nic o nas bez nas. Uwierzmy w to

Wszystko wskazuje na to, że Europa jaka ukształtowała się po II wojnie światowej odchodzi w zapomnienie. Wyraźnie widać trendy prawicowe i nacjonalistyczne. W dużej mierze posłuch zyskują również populiści. Czy to oznacza, że europejskie społeczeństwa są naiwne? Otóż nie! Jest to sygnał dla establishmentu jak mocno oderwał się w głoszonych poglądach od społecznych oczekiwań. Poparcie zyskują więc te ugrupowania, które przynajmniej stwarzają pozory wsłuchiwania się w głos ludu.

Trzecią siłą polityczną w Niemczech staje się ugrupowanie Alternatywa dla Niemiec. W jej programie można znaleźć hasła eurosceptyczne, konserwatywne, liberalne i antyimigranckie. Im bardziej radykalne są jej założenia, tym większe jej sondażowe poparcie. Nasi zachodni sąsiedzi mają coraz bardziej dość polityki wielokulturowości serwowanej im przez kanclerz Merkel.

Jeszcze większe powody do niepokoju mają rządzący we Francji. Wszystko wskazuje na to, że wkrótce w tym jednym z największych europejskich państw do władzy dojdzie prawicowy Front Narodowy. Partia kierowana przez Marine Le Pen obwinia imigrantów o bezrobocie wśród rodowitych Francuzów, domaga się deportacji nielegalnych uchodźców i zaostrzenia kontroli granicznych. Socjaliści i konserwatyści trzęsą w posadach, a ich sojusz podczas wyborów regionalnych z 2015 roku mówi jedno – zrobimy wszystko bylebyśmy nie oddali władzy prawicowcom. Ich umiarkowanie i brak realizacji społecznych oczekiwań będzie ich zapewne kosztował utratę władzy. Większość francuskich publicystów i komentatorów nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Marine Le Pen obejmie ster władzy. Poprawność polityczna się kończy.

Podczas tegorocznych wyborów parlamentarnych Słowacy powiedzieli „tak” dla nacjonalistów z Partii Ludowej. Mimo, że wybory zdołała ponownie wygrać centrolewica kierowana przez premiera Fico to wynik skrajnej prawicy budzi nie lada sensację. W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że nasi południowi sąsiedzi od dawna zmagają się z problemami mniejszości narodowych.

Nie inaczej jest na Węgrzech, gdzie nie słabnie poparcie dla eurosceptycznego i konserwatywnego Fideszu kierowanego przez premiera Orbana. Wydarzenia związane z tzw. uchodźcami z Bliskiego Wschodu, nad wyraz umocniły wieloletnie rządy tego pana. Węgry jako pierwsze uszczelniły granice i wybudowały na nich mury z drutów kolczastych. W tym całym zamieszaniu osłabienia doznał skrajnie prawicowy Jobbik. Jego poglądy przejął dotychczas umiarkowany Fidesz i to on zdołał najwięcej ugrać w tym całym galimatiasie.    Wszystkie omówione kraje wchodzą w skład Unii Europejskiej, którą to targają wewnętrzne zawirowania. Z jednej strony wciąż nierozwiązany jest spór o Grecję, jej ewentualne bankructwo i opuszczenie przez nią strefy euro. Z drugiej przyszłe referendum odnośnie wystąpienia Wielkiej Brytanii ze struktur zjednoczonej Europy. Co prawda premier David Cameron uzyskał od liderów europejskich oczekiwane ustępstwa, ale nie zmieniło to zapatrywania Brytyjczyków. Odmienne zdanie względem premiera prezentuje nawet wielu ministrów i czołowych polityków rządzącego ugrupowania. Sytuacja staje się napięta. Unia Europejska zdaje sobie sprawę z faktu, że wystąpienie z jej struktur tego wyspiarskiego kraju pociągnie za sobą niewyobrażalnie negatywne konsekwencje. Przez długi okres czasu wydawało się, że nic gorszego Unii Europejskiej nie może się przydarzyć. Mylono się. Nierozważna wypowiedź kanclerz Niemiec Angeli Merkel sprowadziła do Europy milionową falę imigrantów z Bliskiego Wschodu i północnej Afryki. Pojawił się konflikt odnośnie ich relokacji, a strefa Schengen coraz bardziej jest zagrożona. Narody europejskie w kwestii tzw. uchodźców zdecydowanie różnią się od swoich przywódców i sprzeciwiają się ich przyjmowaniu. Nikt jednak z tym zdaniem się zbytnio nie liczy.

Nie mniej ciekawie jest za oceanem gdzie toczą się prawybory przed wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych. W szranki stanęło kilkoro polityków Republikanów i Demokratów. Wszystko wskazuje, że nominację tych pierwszych uzyska nieszablonowy miliarder Donald Trump, który jest jawnym przeciwieństwem dotychczasowej polityki swego kraju. Sprzeciwia się przyjmowaniu imigrantów, domaga się zwiększenia swobód obywatelskich i gospodarczych, chce wzmocnić pozycję Stanów Zjednoczonych na scenie geopolitycznej. Jako jedyny ma odwagę mówić, że obecnym prym na świecie wiodą Rosja i Chiny i w jego mniemaniu należy to zmienić. Z drugiej strony o nominację Demokratów stara się dwóch polityków tak różniących się od siebie jak kapitalizm od socjalizmu. Hilary Clinton to była Pierwsza Dama USA, mocno powiązana jest z panującym establishmentem i wpisuje się w prowadzoną retorykę polityczną. Z kolei Bernie Sanders to socjalista mający polskie korzenie. Domaga się on wzmocnienia praw socjalnych pracowników, zwiększenia podatków dla najbogatszych i zbudowania Stanów Zjednoczonych na wzór państw skandynawskich. Wydaje się, że większe szanse w tym starciu ma Hilary Clinton, ale pojedyncze wyniki z prawyborów o niczym nie przesądzają. Amerykańska zawierucha pokazuje, że społeczeństwo domaga się zmian w obowiązującym porządku. Zwycięży ten kto będzie bardziej radykalny i populistyczny. Jeżeli do ostatecznego boju staną Clinton i Trump to naprawdę wszystko się może zdarzyć. Czeka nas naprawdę ciekawa i gorąca jesień za oceanem.

W tym całym światowym zamieszaniu październikowy wybór Polaków i postawienie na Prawo i Sprawiedliwość nie powinno budzić zaskoczenia. 8 lat rządów koalicji Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego dobitnie pokazało jak wyniszczająca i wyjaławiająca jest władza. Polityka ciepłej wody w kranie działała krótko. Nierozwiązane problemy się nawarstwiały, dola życia poprawiała się nielicznym. Brakowało zdecydowania na reformy. Kraj popadał w spiralę zadłużenia. PiS doskonale zdołał wyczuć panujące w kraju nastroje. Obiecał nadbudowę przywilejów socjalnych, opodatkowanie zagranicznych sieci handlowych i banków. Ogrom społeczeństwa obawiał się także przyjmowania przez Polskę imigrantów z Bliskiego Wschodu, osób obcych nam religijnie i kulturowo. Inaczej uczyniły kraje zachodnie i dziś borykają się z ogromnymi problemami tożsamościowymi, ale także chociażby wysoką przestępczością. Partia Jarosława Kaczyńskiego obiecała, że imigrantów do Polski nie przyjmie. Kłamała. Rząd Beaty Szydło mimo początkowego sprzeciwu, zgodził się na ustalenia swojej poprzedniczki Ewy Kopacz. Imigranci w Polsce będą. Ekipa rządząca zapewniła więc, że przyjadą jednak tylko te osoby, które przejdą pozytywną weryfikację przez służby specjalne. O zgrozo czegoś takiego nie podjął się nawet izraelski MOSAD. Z przedwyborczych obietnic PiS-owi udały się właściwie tylko obietnice. 500 zł na „każde” dziecko jakby okazało się nie na każde, podatek dla zagranicznych sieci okazał się być dla wszystkich (również i polskich) jednakowy, a banki ciężar fiskalny w dużej mierze przerzuciły na klientów. Na domiar złego zdemolowano Trybunał Konstytucyjny, a mnogie i liczebne manifestacje uliczne zaskoczyły chyba wszystkich. Ekipa rządząca zawładnęła media publiczne, a w państwowych i rządowych spółkach zapanował nepotyzm, kolesiostwo i partyjniactwo. Nie takiej „dobrej zmiany” oczekiwali Polacy i ci lepszego i gorszego sortu.

Konkludując na naszych oczach zmienia się otaczający świat. Każdy z narodów oczekuje czegoś innego, ale każdy z nich daje wyraz swojemu niezadowoleniu. Oderwanie się rządzących elit i wszechobecna poprawność polityczna niszczą narodową tożsamość, poczucie ważności, honoru i dumy swoich obywateli. Najważniejsze, aby każdy z nas potrafił wyciągać wnioski, był krytyczny wobec przekazów medialnych i samemu obserwował otaczającą rzeczywistość.


Landmine

Tekst powyższego artykułu znalazł się w numerze 3 (#1 2016) kwartalnika Abyssos.

Facebook Comments

Dodaj komentarz