Po drugiej stronie lustra, cz. III

<- Część II | Część IV ->

 


Tomas nic nie rozumiał.

Odkąd zaczął się wykład profesora Vendoma Tasartira, oryginała z długimi siwymi włosami oskarżonego o nie dwu a trzylicowość, wpatrywał się w Karlin Kuzeck. Żakowi imponowały wydane policzki dziewczyny, jej migdałowe, typowe dla Atrynijczyków, oczy. Imponował mu jej również jej tył. Jędrny, zgrabny, wesoło kołyszący się podczas chodu. Studentowi nie przeszło nawet przez myśl, że wczoraj zachwalał nieobowiązkowe wykłady. Dziś w myślach figlował z Karlin na sposoby, przez które trafiłby na stos. Pomyślał o Emili i zarumienił się doszukując się w swych imaginacjach zdrady.

– …zatem natura magna cosmos wykracza poza naszą, choć koherentną, naukowość w stopniu nie tyle, co znacznym, a trudnym do zdefiniowania.  Obserwujemy zjawiska, do których społeczności prymitywne zwykły wznosić modły. Napomknę jeno zdawkowo o przypływach, w których to nasi majores widzieli akt połykania wody przez jakieś bóstwo, zaćmień solarnych tłumaczonych gniewem boskich bytów… Z biegiem dziejów nauka odkryła prawidłowość determinującą wszystek spraw. Za sprawą kosmicznych katastrof powstają nowe byty, nad wyraz często nie zrozumiałe dla nas. Odkrycia elfich filozofów sprzed pięciu wieków, po przełożeniu na imperspiel, rzuciły novum lumen na pojmowanie wszechrzeczy. Podczas kolizji dwóch ogromnych ciał, giną pojemniejsze, które znalazły się w orbicie większych. Czy mamy tedy do czynienia z chaosem? Paralela rzeczywistości człowieka i rzeczywistości magna cosmos wypada alarmistycznie.

Srał pies wykład – westchnął w duchu. – I tak łajno rozumiem.

Tomasowi zdawało się, że śliczna jak niebiański byt dziewczyna, zerka co rusz na niego. Może przypadkiem? Wydało mu się nawet, że posłała mu uśmiech. Nie mógł nacieszyć duszy jej delikatną twarzą. Wyobrażał sobie jak ze zmrużonymi oczami nadstawia mu się w sekretnych pokojach. Nie mógł wyrzucić ze swych marzeń Emili przyłapującej kochanków na figlach. O kant rzyci rozbić monogamię, cholera… – psioczył w duchu.

– Czy też należałoby dokonać abolicji subiekcji, badań, dociekań? Wykluczone. Empirycznym wynikiem zestawionej pracy badaczy jest wniosek, że pozornie małe byty, są przyczynkiem rozwoju. A zatem z prostej subiekcji zradza się twór mający w przeszłości dalszej bądź bliższej odnieść zaskakujące rezultaty. Tłumaczy to poniekąd ekspansję rasy homo sapiens, która na tle właściwości i atrybutów høye älva, mam na myśli elfów, zwycięża.

Zapragnął pomówić z nią. Ale nie wiedział o czym. I jakimi słowami się zwrócić. Przecież kochał Emilie i w żadnym wypadku nie chciał jej zamieniać na rzecz seksualnych marzeń. Mimo to Tomas chciał, aby Karlin przemówiła do niego. Przyznała, że pożąda go jak heretyk odkupienia i podobnie jak heretyk rozpala ją wizja metod zadośćuczynienia grzeszków.  A potem rzuciła się, rozerwała koszulę, zrzuciła spodnie Tomasa i zrobiła jedyną rzecz, jaką kobiety dobrze robią ustami. Tomas ugryzł się w język. Czuł do siebie wstręt skoro w myśli cytuje Aleksandra z Reuxerh, znanego śpiewaka i świntucha.

– Dla rozluźnienia, niechaj pilne audytorium, zechce wysłuchać legendy Statek Perfatheiha, elfiego żeglarza, legendarnego założyciela miasta, na ruinach którego, powstał Norithor. Elf Perfatheih po swych licznych przygodach i oryginalnych zwycięstwach nad myrmidonami, dopełnił życia u boku wybranki serca i licznego potomstwa. Pełni gratia et amor współplemieńcy postanowili zachować statek Perfatheiha na pamiątkę. Przez fatalny wpływ słonego wiatru i ostrego południowego słońca, kolejne części statku ulegały korozji a zmuszeni elfowie poczęli wymieniać nienadające się na pokaz, dla wrażliwego na estetykę oka, części. Początkowo wymieniono rumpel, stewę, potem maszty aż w końcu nie ostało się nic z oryginalnych komponentów statku sławnego podróżnika i zdobywcy. Zrodziło się pytanie czy aby statek, przy którym ziomkowie Perfatheiha zwykli palić kadziła i składać kwiaty, był tym samym, na którym elf zdobywał swą sławę? Czy może differentia specifica pozostaje bez znaczenia a liczy się symbol oraz…

Podobno grywa w teatrze akademickim – snuł dalej. – Może wybiorę się tam z Emilą?  Nigdy tam nie chadzałem, a mówią, że niekiedy jakieś aktorce cycek ucieknie spod sukienki.

Student poczuł, że ogarniające go marzenia, rujnują jego koncentrację. Zapatrzył się na dziewczynę i westchnął ciężko. Bolały go nogi i krzyż, gdyż wedle zwyczaju studenci na wykładach stali.

Poczuł czyiś łokieć.

– Psst, Tomas – syknął żak z garbatym nosem. – Co z tym Weissem? Mieliśmy się naradzić podczas wykładu. Tymczasem wyglądasz jakbyś śnił na jawie. I to o czymś zbereźnym bo uśmiechasz się jak jakiś łasuch na myśl o pączkach.

O, słusznie – przyznał w myśli Tomas. – Zabrałbym ją na pączka, potem w Ogrody Teodora, a potem…

– Vouter, psia jucha, ocknij się, kretynie! – Garbaty nos zrobił się czerwony.

– Sza panowie! – Sterczący z przodu Edgar złożył palec na ustach. – Słyszycie jakież herezje prawi ten uczony.

– …w wyniku transcendencyjnych zdarzeń o charakterze polityczno-społecznym elfy stopniowo odchodziły od monarchii ukonstytuowanej oświeconymi prawami. Nie pozostaje wiadomym czy odejście od kultu władcy i transformacja legitymizująca jego rządy, nie była spowodowana pojawieniem się pierwszych związków plemiennych na południowych terytoriach obecnego państwa kelradzkiego. Kroniki i annały elfich historyków klarownie wykazują, że zmiany ustrojowe zaszły w królestwie elfów po pierwszej, dodam że przegranej, wojnie z plemionami południa.

– Sam bądź cicho, Edgar – warknął inny żak z przekrwionymi oczami, o bladym, zmęczonym licu. – Gówno pojmujesz, a słuchasz pilnie jakbyś miał w polemikę z profesorem wchodzić.

– Sam gówno wiesz – odburknął Edgar i odwrócił się na pięcie.

– Cicho bądźcie wszyscy – obudził się nagle Tomas urywając fantazje w momencie, gdy Karlin zajeżdżała go jak gniadosza. – Weiss chce dołączyć do naszej sprawy. I pali się do roboty. Z tymże do krwawej roboty.

– I słusznie – skwitował blady żak. – Ma w tym najsłuszniejszą słuszność.

– Victor… – jęknął Tomas wiedząc, do czego zmierza sąd nad słusznościami.

– Dajcie spokój – wtrącił garbaty nos. – Victor całą noc u elfów gościł.

– Co tam u nich?

– Pomogą nam jako my pomagaliśmy im – powiedział ten nazwany Victorem i ziewnął potężnie. – Siły mają przetrzebione, ale uwaga. Jutrzejszego dnia do Kelrad zjeżdżają się ich ziomkowie z Gromvek, Tellamel, z Norithoru, a także zasymilowane rodziny z Middenvatten. To heca, co? Tacy są zasymilowani, że płaczą pod murami wyspy Kel – parsknął żak. – Tak czy inaczej gadałem z nimi do brzasku. Kiedy dzwon św. Grosswalda przegonił noc i obwieścił nadejście dnia, zakończyłem pertraktacje. Tak jak mówiłem. Dołączą do nas. Fundusze zostały zgromadzone. Co z bronią, Rudi?

– Co z bronią? – Garbatonosy nazwany Rudim zdziwił się. – A co ma być? Nie ma?

– Ty się chyba z małpą na rozum zmieniłeś, Rudriger – szydził Victor. – Edyktem cesarz zabronił nosić elfom broń, a także ją skupywać i gromadzić. Pewnie, że na wschodzie państwa zdążają się grupy najemnych elfów, ale chyba nie sądzisz, że w stolicy to prawo nie będzie respektowane? Fundusze zostaną przekazane do banku Gelzów w Modris, zaś bank zobowiązał się do zakupu i przekazania nam oręża.

– Zaraz… – Rzucił Tomas.

– Czekaj, daj dokończyć – Victor wciął się żakowi. – Sebastian Gelz, ten z dialektyki, jest blisko skoligacony z Joachimem Gelzem. To do niego należy większość aktyw banku. Dokona transferu oręża. Tak obiecywał.

– Obiecanki pisanki. Nawet pokolorowane zbuki wyglądają ładnie – mruknął Rudriger. – Skąd pewność, że zwyczajnie chędogo nie ukradnie całej kwoty?

– Rodzinie? Rodakom swoim?  Przecie nasi ojcowie zrazu by do dupy mu nakopali rozumu!

– No, ale jakiś interes ten Gelz musi mieć. Nie pokładam wiary w taką bezinteresowność.

– Nie ma czegoś takiego jak bezinteresowne uczynki. Nawet, jeśli ktoś robi to dla dobra ogółu albo nie wiem… Własnej satysfakcji, to ma w tym interes. Co by dogodzić ciału, duszy, a bywa, że i temu i temu. Ale dość filozofii.  Zarobi na transakcji finansowej – westchnął zrezygnowany Victor. – Elfy z Middenvatten oficjalnie zakładają lokatę w banku spółdzielczym Gelzów. Wszystkie opłaty, w tym podatki, zostaną pobrane.

– Zaraz, na cyce św. Matyldy! – Żachnął się Tomas Vouter zwracając chwilowo na siebie uwagę audytorium. – Przepraszam… – wyszeptał pod nosem.

– … oraz pozostałe wymienione przesłanki wskazują, że transformacja społeczeństwa o silnej kulturze i wysokiej cywilizacji, odbywa się kosztem słabszego oponenta. Takoż Cesarstwo, odbiwszy rajdy ludów Barbaricum musiało dokonać recepcji swego jestestwa. Słusznie tedy powzięto wykorzenienie kultury ludów dzikich zza limesu tak, aby ich kultura i obyczajowość nie skalała naszej. Wspominałem wcześniej o konflikcie potężnych dwóch ciał niebieskich, w którym giną, jakby rykoszetem, byty mniejsze. To, proszę państwa, nieuniknione. Nie możliwe jest odseparowanie spraw wielkich od spraw małych. Tedy barbarzyńcy z północy, pobici zbrojnym ramieniem ojca naszego cesarza, przegrali w tym astralnym zderzeniu. I choć dalej kąsają, posiadając broń w dłoni, nie mogą zwyciężyć, gdyż było by to zaprzeczeniem porządku wielkiego kosmosu.

– Jaka broń? Jakie banki, do kurwiej maci? – Warczał zdecydowanie ciszej Tomas. – Mówiłem, by się wstrzymać? No mówiłem, kurwa, czy nie? – Żak chwycił bladego studenta za rękaw. – Rozniosą nas, tak jak poprzednio. Fundusze miały zostać poświęcone ulotkom, pikietom, a nie jakiemuś chędożonemu powstaniu. Może jeszcze balistę kupcie? A co! Jak się bić to z rozmachem!

– Tomas… – Zaczął łagodnie Rudriger drapiąc się po garbatym nosie. – Po co te nerwy?  Brać studencka skrzyknięta, fundusze gotowe…

– Mogiły też? – Odparł Vouter. – Z wojskiem tak bardzo chcecie iść w belladonowe tańce?

– Akurat bogowie wiedzą, że prawda jest po naszej stronie. Nie godzi się, by studenta sądził starosta albo rada miejska. Tak mówią prawa i obyczaje – powiedział spokojnie Victor uwalniając rękaw z uścisku Tomasa. – Edgar może potwierdzić.

– Ciekawe, co na to Weiss – zastanowił się Rudi.

– A on co ma do rzeczy?

– On zna się na rzeczy, Tomas – dodał wartko Victor. – Nie bocz się. Taka jest prawda. Jest odważny jak ogar, sprytny jak ryś i nie chodzi o to, że stwarza takie pozory. Nie, nie. To…

– Dla większego rozeznania pozwolę sobie o dalsze odniesienia do mego traktatu Analogia zderzeń niebieskich, jako fundament polityki imperialnej – profesor prawił mocym, czystym głosem. – Składowe operacje…

– Jutro porozmawiamy na ten temat przy okazji spotkania – przerwał twardo Vouter. – Teraz dajcie posłuchać – żak odwrócił głowę w kierunku uczonego. – To wszystko jest niezwykle interesujące…

***

Pokój numer 23 wystrojem przypominał klub dla ludzi stanu określonego, jako majętny. Nie oferował, co prawda ekskluzywnych napoi, wystawach potraw i figli dostarczanych przez wyszukane kurtyzany. Utrzymany w fuzji beżu i szkarłatu budował atmosferę konspiracji. I słusznie, gdyż zebrani mieli do zaprezentowania pomysły, przeznaczone tylko dla ich wąskiego gremium. Siedzieli w rozłożystych fotelach zachowując ciszę zgromadzeni w koło sosnowego stolika.

Ależ mi się chce szczać – jęczał w myśli Tomas Vouter. Siedząc na przeciwko Karla Weissa, czuł jak jego wzrok wpija się w tomasowe oczy. Poczuł dłoń Emilii na ramieniu. Dziewczyna od pierwszego spotkania w noclegowni z Karlem wydawała się Tomasowi nieobecna. Nie fizycznie. Przecież zabawiali się radośnie co wieczór w szatni obok kapliczki. Ale potem dziewczyna odpływała myślami gdzie indziej zaś Tomasa irytowało, że nie znał portu, do którego jego ukochana dobijała. Zamyślił się.

– Victor Dauhwald – powiedziała zniecierpliwiona długą ciszą Emila wskazując na Victora. – To jest Rudriger Ossel. Edgara Valchoosa już znasz.

– Dzień dobry, panowie – Weiss skinął grzecznie głową w ich kierunku.

– Sebastian Gelz – dziewczyna wskazała na chudego żaka o wyłupiastych, małych oczach. – Nasz pośrednik finansowy.

– Miło mi – Gelz poradnie wstał i skłonił się Weissowi. – Dużo o tobie słyszałem, szanowny kolego.

Tomasowi nie podobało się spotkanie. Nie mógł się skoncentrować, a na domiar wszystkiego jego koledzy kłaniali się starszemu żakowi jak przywódcy.

– Mało nas – podjął Weiss, gdy Gelz usiadł.

– Tutaj jest nas mało – zgodził się Tomas. – Wyciągnęliśmy wnioski z twojego buntu i postanowiliśmy nie powoływać licznej rady. Łatwiej jest kontrolować się nawzajem – dodał wodząc wzrokiem po zgromadzonych. – Ponadto mamy pewność, że żaden z nas nie zdradzi.

– Chociaż ten szpicel Moutart – rzucił cicho Rudriger Ossel – wypytuje każdego przy okazji o nasze spotkania w pokoju socjalnym. Edgar, zobacz lepiej czy nie podsłuchuje, gnój parchaty, pod drzwiami.

– Bez zbytków, panowie – rzekł Victor unosząc rękę do góry. – Sebastianie, przedstaw szczegóły operacji finansowej.

– Chętnie – żak rozsiadł się wygodnie w fotelu. – Elfom zakazano kupować broń, a także gromadzić się w oddziały najemnicze. Mimo zakazu cały czas słyszymy o donosach z północy i wschodu państwa o tego rodzaju grupach. Nie jest tajemnicą, że broń elfom dostarczały familie kupieckie z Norithoru, Zephir a także z Modris. Sytuacja zmieniła się po poprzednim buncie, podczas którego okazało się, że elfy nie dość, że uzbrojone poprawnie to posiadały nawet wyszkolone kadry – urwał na moment, by zwilżyć przełyk łyczkiem wina. – Duże kontrakty zaczęły przechodzić przez cenzorów, a nielegalne zakupy rekwirowane do Arsenałów Cesarskich. Zdobywszy kontakt z elfami i uzyskawszy ich pomoc w trakcie tej walki, dekret o zakazie sprzedaży broni stał się problemem. Całe szczęście, że kolega Victor obmyślił obejście – Gelz z uznaniem schylił głowę w kierunku Dauhwalda. – Jak wiecie, bo przecież sam w o tym powiedziałem, mój krewniak Joachim, zgodził się na szwindel.

– Dlaczego sami nie przyjmiemy od elfów pieniędzy a potem nie kupimy broni? – Zapytał wprost Karl.

– Bo światem rządzą pozory. Dopóki kłamstwo nie spali się światłem prawdy, samo jest prawdą – odpowiedział Victor przecierając oko.

Tomas zauważył, że taka odpowiedź przypadła do gustu Karlowi. Zaklął w duchu.

– Nie do końca się zgadzam z taką tezą, ale niech będzie – kontynuował Sebastian. – To poważne przedsięwzięcie i nie możemy ryzykować porażki. Nie znam handlarza bronią, który paliłby się do pomocy nam, żakom. Mój krewniak takich zna. To raz. Dwa. Tysiąc denarów modriskich waży… Sam nie wiem ile waży, lecz to kupa kruszcu. W mig ktoś by się rozeznał w naszych zamiarach. A kupując broń na własną godność zdradzilibyśmy się szybciej niż w pierwszym przypadku.

– Prawda – zgodził się Karl.

– Stąd ród Glyssileth z Middenvatten założy lokatę w banku Gelzów. To nie wzbudzi podejrzeń. Nasz bank oferuje znakomite oprocentowanie dla funduszy kupieckich. Bank za te pieniądze zakupu broń: pałki okute żelazem, toporki, miecze, cepy..

– Po co? – Zdziwił się Tomas.

– Do obrony – odpowiedział bez zwłoki Gelz. – Mamy się bronić tak jak poprzednio?  Ciskać w wojsko kamieniami i kostką brukową? – Zwrócił się chyłkiem do Weissa. – Uch, bez urazy…

– Nic się nie stało. Cieszę się, że wyciągacie eksperiencję z moich błędów – odparł łagodnie Karl.

– Victor – Sebastian Gelz poprawił się w fotelu. – Nie zdradziłeś się elfom? Nie podawałeś swej prawdziwej godności?

– Nie jestem głupcem. Przedstawiłem się im pod innym nazwiskiem – żachnął się student. – Elfy w dalszym ciągu nie wiedzą, że ma familia Dauhwald posiada tartaki i torfowiska na wyspie Mort. I niech tak zostanie.

– Istotnie – Weiss pokiwał głową. – Doszły mnie takie słuchy podczas – teatralnie szukał myśli – urlopu w tamtym miejscu. Hufce robotnicze to w znakomitej większości załogi elfie. Trochę krasnoludzkich, mniej więźniów politycznych. Dauwaldowie prowadzą tam intratny interes.

– Interes – Victor pokiwał głową – to interes.

– Trzeba było wysłać do elfów kogoś innego – rzucił nagle Rudriger. – Dużo ryzykujemy wybierając na kontakt z Glyssliethami, Victora Dauhwalda.

– Dajcie spokój – Victor machnął prawicą. – Poszło gładko. Nie ma o czym mówić.

Natura dyskusji nie zadawalała Voutera. Czuł, że wraz z przybyciem Karla, jego koledzy ugną się pod autorytetem żywego męczennika. Gotowi są zrobić z niego jakiegoś dyktatora. Herszta jakiegoś… – głowił się Tomas.

– Nie pojmuję – odezwał się wreszcie. – Co was skłania do wniosku, że będziemy musieli się bronić? Czy metody pacyfistyczne w ogóle nie wchodzą w grę? Edgar, znasz się na prawie kanonicznym. Jak mogą postąpić kościoły? Czy autokefal wstawi się za nami?

– Tak jak poprzednio – Edgar przybrał minę oraz pozę eksperta i pokręcił głową. – Święty autokefal będzie mógł ogłosić wyrazy najgłębszego ubolewania. Co do kościołów to bogowie jedni raczą wiedzieć. Pewne jest, że dostaniemy kapelana ze świątyni Jurastiona. Bóg prawa i sprawiedliwości wie, że racja jest z nami.

– Kościół Walsa też pewnie kogoś przyśle – burknął z pretensją Tomas. – Na poświęcenie naszych grobów.

– Cóż za dramatyzm – rzucił Victor.

– Raczej tragikomedia – odparł nieśpiesznie Tomas. – Karl mówił o uczeniu się na błędach innych. A wam nic nie wchodzi do głów. Stałem poprzednio na barykadach. A raczej na kupie mebli, żelastwa i kamieniach. Widziałem, co oznacza niezorganizowana sitwa buntowników – zwrócił uwagę na Karla zachowującego nienaturalne opanowanie.

– Pies ci w mordę srał, Vouter! – krzyknął wściekły Sebastian Gelz wstając z fotela. – Nawet krasnoludzka kuźnia nie jest tak dobrze zorganizowana!

– Z ta kuźnią to chyba przesada… – wtrącił cichutko Edgar.

– Nieważne! Wiecie o co mi chodzi!

– Pewnie, że wiemy – zgodził się Tomas Vouter. – Proponujesz braci studenckiej pewną śmierć.

Gelz ciężko runął na fotel. Zarzucił nogę na nogę, zaklął plugawie i machnął ręką.

– Budową barykad zajął się cech rzemieślniczy krasnoludzkiego klanu Grodderów. Tu w Kelrad – Rudi zabrał nieśmiało głos. – To nie będzie kupa gówna, a dobre, wzmacniane żelazem ściany działowe. Wytrzymają napór konnicy i pieszych. Gdy lud zobaczy naszą walkę, dołączy do nas.

– Niby dlaczego? – Tomas wzruszył ramionami. – Mają swoje sprawy, a poza tym nie przepadają za nami.

– Zrozumieją, że skoro da się obalić tradycję to można obalić wszystko – Rudi upierał się przy swoim.

– Głupoty pleciesz, drogi kolego. Ludzie nie patrzą dalej niż za horyzont. Co ja gadam! Ludzie nie patrzą dalej jak za własny płot, a ty wymagasz od nich myślenia perspektywicznego? Nie, drodzy bracia. Jesteśmy sami. Elfy nam pomogą, gdyż tak się złożyło, że myślenie abstrakcyjne wychodzi im znacznie lepiej niż nam, ludziom.

Wypełniająca pokój socjalny cisza dala Tomasowi do zrozumienia, że jego argumentacja odniosła małe zwycięstwo.

– Uspokójcie się – poprosiła Emila. – Tomas, powiedz, na co mogą być jeszcze przekazane fundusze przez elfy.

Na to, na co powinny – zaczął krótko. – Informacja, konspiracja, prawnicy, łapówki dla notabli i oficerów… Znacie te koszta. Wiecie, że należy działać ostrożnie.

– Konkrety? – Rzucił Weiss zachrypłym głosem. – Widzę i czuję, że jesteś Tomasie dowódcą. Zresztą, czy nie dowódca zaprosiłby mnie do waszego wewnętrznego kręgu?

I masz rację!  – zgodził się w myśli Tomas. – Jestem dowódcą! Poderwałem wszystkich po klęsce, pokazałem, że można. Że nawet klęski uczą! 

– Dowódca? – Zdziwił się sztucznie żak. – To powiedziane na wyrost – uzupełnił z pokorą w głosie. – Zainicjowałem tę akcję. Rozdzieliłem kompetencje, zebrałem najlepszych.

Odrobina lukru osłodzi każdego zakalca – uśmiechnął się w duchu student.

– Decyduj zatem – powiedział wolno Rudriger.

– Piekła są pełne gwałtowników – odparł raptownie kościelnym porzekadłem. – Fundusze zostaną przeznaczone na pokojowe rozwiązania.

– Niech te piekła cię pochłoną, Vouter! – Wybuchł Sebastian Gelz po raz wtóry zrywając się z fotela. – Ciebie i to dwoje dziecinne tchórzostwo!

– Pax! Pax między cesarskie! – Wykrzyczał Edgar widząc powstającego Tomasa.

– Bić się tu chcecie?! – Dodał raptem Rudi.

– W dupie mam takie zamysły!  – Gelz nie myślał przerwać. – Środki są, studenci zdecydowani, pomoc od elfów przygotowana, barykady jak się zbuduje to nawet pułk bezbożnych Gryfonów z Atrynii, nie przejedzie. Ale nie! – Machał rękami. – Za mało! Vouter, czy ty wiesz, że taka opcja się nie powtórzy?! O nie, nie…

– Ciszej, na wszystkich świętych! – Syknął garbaty nos. – Moutart pewnie nastawia uszu przy drzwiach…

– Jak dla mnie to może go sięgnąć cesarski edykt O odstępcach natury  – rzekł Victor wieńcząc zdanie śmiechem.

– Pieprzyć konfidenta! Urwać mu jaja i wywiesić w noclegowni! – Ryczał jak wściekły niedźwiedź Gelz. – Dla przykładu, kurwiego syna, wykastrować!

– Karl – odezwała się ciuchutko Emila. – Poradź coś. Błagam.

Vouter przełknął gorzką ślinę. Spojrzenie Weissa na wściekłego Gelza, niecierpliwego Victora i szepcących między sobą Edgara i Rudrigera, uspokoiło wzburzone morze dyskusji. Tomas istotnie nie miał pewności czy to ułuda czy rzeczywiście autorytet Karla Weissa tak działał na żaków.

– Wybaczcie, bracia – rzekł Tomas unosząc ręce w rozjemczym geście. – Nie podobna działać nam jak rzezimieszkom, którym rapt wypacza myśli. Znacie obyczaje naszego rodzinnego miasta. Lud Modris działa jakby trwał w śnie. Jest ostrożny, wyważony a przy tym wyrafinowany. Zupełnie jak Czarne Kaptury. Jak tajne służby. Ogień rzeczywistości zechciał wypalić to, co znane, dobre i bezpieczne. Ale to nie my wznieciliśmy płomienną zawieruchę, nie my chcemy zmian. Poczekajmy, zdajmy się na wyciszony umysł podobny snom.

– To co gadasz to koszmar, Vouter – skwitował Sebastian Gelz.

Emila złożyła dłoń na wątłym ramieniu Tomasa. Żak poczuł rezygnację. Zmęczenie. Znużenie kłótnią. Opierając się o dłoń nie słyszał żadnych dźwięków. Cisza. Słodka cisza. Gdy podniósł głowę do góry spostrzegł, że towarzystwo wpatruje się w Weissa jak w święty obraz. Nim Tomas Vouter zdążył otworzyć gębę, Karl Weiss uśmiechnął się brzydko i skrycie, jakby szpetne wykrzywienie twarzy było widoczne tylko dla niego.

– Świat się kręci nawet kiedy śpimy – powiedział leniwie. – Sytuacje ulegają zmianie, nawet jeśli chcemy zachować ostrożność i konserwatyzm. Masz słuszność, że to my, Tomasie, chcemy utrzymania status quo, a władza nie – stwierdził już twardo. – Toteż wytłumacz mi, jak chcesz utrzymać ten stan rzeczy, kiedy wróg działa, a my śpimy?

– Pójdziemy na pewną śmierć – odparł żak.

– To banał. Nic, co było by oryginalne. Każda śmierć jest pewna zaś niepewny pozostaje los.

– To prawda – zgodził się Tomas.

– Oczywiście, że prawda, jeśli nie próbujesz brać losu we własne ręce.

– Takiś mądry – Vouter czuł, jak spokój, którego doświadczył przed chwilą, umyka z niego. – A co z odpowiedzialnością? Co powiesz poległym? Ich rodzinom?

– A co powiesz żywym, gdy zapytają: „Mieliśmy środki. Dlaczego nie sięgnęliśmy po nie?” – Karl rychło zripostował pytanie.

Znowu cisza.

– Decyduj się, Vouter – wtrącił gniewie Gelz. – Jak nie ty, to kto inny. Nie jesteś niezastąpiony.

– O czym ty pleciesz, Sebastian?!

– Tomas – powiedziała cichutko Emila. – Może…

– Co może?! Co kurwa może?! – Student tryskał wściekłością.

– To twoja inicjatywa – rzuciła nieśmiało z opuszczoną głową. – Zebrałeś wszystkich w jednym pokoju. Z jednym lustrem. Teraz wszyscy się w nim przeglądamy razem – Emila zerknęła szybciutko na Karla. – Ale… – Zająkała się. – Ale, choć widzimy się w tym samym lustrze, to nie słyszymy się – nagle uniosła głowę i butnie chwyciła Tomasa za dłoń. – Nie. Nie przerywaj mi. Wiem, co chcesz powiedzieć. Przypomnę ci zatem twój pogląd na sprawy pozornie błahe. Sam rzekłeś, że teraz zabiorą nam sądy. A potem sięgną po przywileje, aż w końcu nie zostanie nam nic, co poprzednicy Jego Miłości nam podarowali.

Cisza. Nurtująca uszy cisza.

Wszystko się kończy. Wszyscy chcą mnie opuścić. Wszyscy. Ale ona? – Tomas poczuł chłodny ucisk na klatce piersiowej. – Ale dlaczego? Znalazła mnie na barykadach. Wcześniej w szpitalu. Małego, złamanego, nieistotnego. A jednak… Przyszła. Została. Pokochała. Dała nadzieję, a teraz…

Zebrałeś nas w tym samym pokoju, przy tym samym lustrze. Spójrz na nas. Spójrz na siebie – mówiła dalej.

I co widzę?  Bandę napalonych na bitkę durniów – odpowiedział sobie w myśli Tomas.

– Coś mi się zdaje – zaczął w końcu na głos opierając się na poręczy fotela – że sprawa została przesądzona. Tyle ładnych metafor padło, nawet szczypta patosu się znalazła.

Przełknął głośno ślinę.

– Niech będzie na wasze.

– Cudownie! – Zachwycił się Victor.

– Stul dziób! – Warknął Rudi przyglądając palec do ust. – Moutart wystarczająco dużo się nasłuchał.

– Skąd w ogóle pewność, że nadstawia ucha? – Zapytał Karl.

– Nadstawia to on też i dupy! Hah! – Parsknął Rudi.

– Co prawda, to prawda – potwierdził Victor. – Po twoim bucie, Karl, wojsko powołało specjalną komórkę do spraw żaków. Szukali potem różnej maści szpiclów, którzy w zamian za kilka srebrników, będą informowali naczelnika o wszelkich nowościach i pomysłach – tłumaczył z przekąsem.

– Trochę jak nasze Czarne Kaptury – wtrącił Rudriger zarzucając na kolano nogę. – Stoją pod Akademią Najjaśniejszej Republiki i prowadzą werbunek.

– Za ile strzela z ucha? – Karl zignorował temat kolegi.

– Za trzydzieści – odpowiedział zdawałoby się odprężony Victor.

– I wystawianie rzyci w to wliczone?

– To inna sprawa – pokręcił głową Victor ciężko wzdychając. – Widzisz, Moutart pragnie w przyszłości objąć posadę na wydziale dialektyki. Po zdobyciu tytułu dostęp do pracy Moutarta będzie uzależniony od kaprysu profesora Brückera. A kaprys ma na moutratową rzyć, tedy biedny Francesco użycza mu jej. Podobno mało chętnie – parsknął. – Oto do czego zdolni są ambitni ludzie.


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 3 (#1 2016) kwartalnika Abyssos.

<- Część II | Część IV ->

Facebook Comments

Dodaj komentarz