Dusigrosz (recenzja)

Drożący prąd? Drożejąca woda? Drożejące artykuły spożywcze? To są problemy typowego Polaka, który ma na utrzymaniu rodzinę lub młodego studenta polonistyki lub socjologii, który zaczyna wkraczać w dorosłość. Nie da się ukryć, że by dzisiaj przeżyć trzeba być niezwykle gospodarnym, a niekiedy, bardzo oszczędnym. Ale niektórzy to już przesadzają.

François Gautier ma szczęście w życiu: ma mieszkanie, ma pracę jako skrzypek w orkiestrze, niezłą sumkę na koncie bankowym, pozwalającą mu żyć ponad swój stan. Ale cóż z tego, skoro bohater filmu „Dusigrosz” woli zachowywać się jak typowy Szkot i oszczędzać na każdym korku. Po co kupować keczup, skoro przeterminowana w 2006 roku tubka cały czas nadaje się do spożycia. Po co marnować prąd, skoro są latarnie za oknem, które go dostarczą światło za darmo. Po co kupować artykułu skoro można podwędzać od sąsiadów i z miejsc publicznych np. papier toaletowy. Nie da się ukryć, François to skąpiec, znienawidzony przez sąsiadów oraz kolegów z pracy, nie mniej, zdaje się, że to mu kompletnie nie przeszkadza. Dobrze mu się żyje i co złego może się stać? A na przykład, że do orkiestry dołącza młoda, atrakcyjna wiolonczelistka, czująca miętę do bohatera, uczulona na wszelkie możliwe, tanie dania. Albo nagle, przed skrzypkiem pojawia się dziewczyna, będąca efektem użycia przeterminowanej prezerwatywy sprzed lat, ogłaszająca się jego córką i chcąca zamieszkać z tatusiem, który wedle słów matki jest hojnym filantropem. Czy sytuacja wymusi na Françoisie zmianę swojego zachowania?

Nie da się ukryć: Francuzi mają niezwykły talent do komedii. Wielu z nas pamięta klasyki choćby Louis de Funès, jak serię o żandarmie czy Fantomasie, czy bardziej współczesne, jak „Francuski Pocałunek” czy niemal kultowy już u nas „Asteriks i Obelisk: Misja Kleopatra”. Opierają się one często na absurdzie lub też klasycznej pomyłce, ale to jest ich cecha szczególna, którą ciężko nie kochać. „Dusigrosz” to przedstawiciel tego pierwszego typu komedii. Nieprawdopodobne wręcz skąpstwo jest tak niemożliwe, że śmiało można by go postawić na jednym podium ze Sknerusem McKwaczem jeśli chodzi o kreację postaci. Oboje są porównywalni zarówno w kwestii oszczędzania, a także zarabiania: wszędzie szukają sposobu by coś zyskać, jak najmniej wydając. Tylko w przeciwieństwie do kochanego naszego kaczora, François poprzez relacje z córką i wiolonczelistką zmienia się. Nie jest to jednak transformacja typowo hollywoodzka, a dopiero wstępny proces. Nie można wyzbyć się nagle charakteru i przyzwyczajeń, jak nas często przekonywało do tego Hollywood , można jednak podjąć kroki, by to zmienić. Ten realizm w abstrakcji jest czymś, czego w kinie często brakuje i choćby z tego powodu można uznać „Dusigrosza” za film nie tyle co wielki, co z pewnością nietypowy.

Postać Françoisa to swoiste mistrzostwo świata. Założeniem filmu było przedstawienie go jako typowego odludka, stroniącego od kontaktów międzyludzkich. Stąd też jego zachowania mogą niektórych mierzić, nie mniej, są dość zrozumiałe, jeśli dokładnie się przyjrzymy jego otoczeniu. Widać jednak, że jest człowiekiem, nie robotem i z czasem, gdy coraz częściej przebywa wśród ludzi, budzą się w nim ludzkie odruchy, zwiastujące jakąś zmianę. Mimika oraz reakcje Dany Boona, aktora który wcielił się w tytułowego dusigrosza, są tak naturalne, jakbyśmy nie oglądali filmu, tylko naszą własną rzeczywistość. Partnerują mu przez film dwie kobiety. Valiere, młoda i ambitna wiolonczelistka nie była postacią jakąś szczególnie rozbudowaną: jej celem było być obiektem westchnień Françoisa, ślicznie się uśmiechać, a także powodować powody do zmiany, ale nie będąc jej bezpośrednią przyczyną. Tę część zarezerwowano dla Laury, jego nieślubnej córki, granej przez młodziutką Noémie Schmidt. W chwili, gdy pojawia się na ekranie wraz z głównym bohaterem, tworzą jeden z najbardziej komicznych duetów od czasów Geoffreya Rusha i Colina Firtha z „Jak zostać królem”. Jest to kobieta silna, niebędąca specjalnie przesadzona, a przy tym również zachowująca ludzkie odruchy. To ona był tą siłą, która przez większość filmu kierowała Françoisem, czy mu to się podobało czy nie, nawet, jeśli robiła to nieintencjonalnie. Pozostała część obsady to tło, będące po prostu powodem do gagów.

A skoro już przy nich, warto omówić ten aspekt, w końcu „Dusigrosz” z założenia miał być komedią. Żarty opierają się na sytuacja, rzadziej na konkretnych dialogach, do których kino już nas przyzwyczaiło. Często można było się ich spodziewać nim padły, co nie zmienia jednak, że mimo, że pachniały lekko stęchlizną, to jednak byłby wciąż jadalne i smakowały niczym świeżo podany posiłek. Duża w tym zasługa reżyserii i scenariusza, które idealnie wyczuwały moment, by wrzucić dowcip i nie przeciągając go za długo. Scen, w których można było paść ze śmiechu było naprawdę sporo i trzymały mniej więcej równy poziom. Co prawda, pod koniec filmu więcej było dramatu, któremu mógłbym zarzucić na wskroś hollywoodzkie podejście, jednak spadał oto na widza niczym deus ex machina, atakując w niespodziewanym momencie, że zamiast stwierdzić, że to odgrzewany kotlet, naprawdę szło się wzruszyć.

Jeśli chodzi o zdjęcia, mamy tutaj do czynienia z filmem klasycznym pod tym względem: brakuje fajerwerków komputerowych, ale efekty specjalnie nie miały być kwintesencją filmu. Można powiedzieć, że były zrobione rzetelnie, ale niczym szczególnym nie powaliły widza. Jedyne na co trzeba zwrócić uwagę w tej kwestii to ujmowanie w kadrze postaci: kamerzysta doskonale wiedział, jak należycie złapać ruchy i reakcje postaci, by nadać im efektu komizmu i dramatu. A skoro film opowiada o skrzypku, nie mogło też zabraknąć muzyki. W wielu momentach filmu słyszeliśmy kompozycje klasyczne, głównie na instrumenty smyczkowe. Powalającą sceną była chwila, gdy główna postać musiała się spieszyć i w panice zagrała w niezwykle błyskawicznym tempie  „Cztery pory roku” Vivaldiego, a wedle słów jednego z muzyków w filmie, zagrano całość w 12 minut! Nie będę ukrywał, chciałbym to zobaczyć na żywo.

Podsumowując, „Dusigrosz” to film niezwykle energiczny, trzymający równy poziom, przy którym każdy znajdzie coś dla siebie. Humor jest genialny, gra aktorska mistrzowska, a fabuła, choć znana, trzyma widza cały czas w napięciu. Jeśli szukacie filmu, przy którym się zrelaksujecie po ciężkim dniu za jakieś marne grosze, to właśnie komedia Freda Cavayé jest stworzona dla was.

Paweł R. Ofiarski

Facebook Comments

Dodaj komentarz