Lud w mackach absurdu

Ostatnie wydarzenia zza Oceanu chyba najlepiej spuentował na twiterze powszechnie znany prawnik i ekonomista Robert Gwiazdowski, który napisał „Najtrudniej z konsekwencjami demokracji jest się pogodzić obrońcom demokracji”. Wystarczyło włączyć pierwszy lepszy kanał o zgrozo nazywany informacyjnym, aby odnieść wrażenie, ze Hilary Clinton ma wygraną w kieszeni, a pytanie nie brzmiało czy zostanie prezydentem, ale z jaką przewagą. Ot i stało się!! Szok, łzy i niedowierzanie. 45. prezydentem USA został jednak człowiek, który jak przystało na biznesmena wsłuchał się w głos ludu i swoją osobę ukazał w świetle produktu, na który było zapotrzebowanie. Amerykanie chcieli stać się na nowo wolnymi obywatelami z pełni zagwarantowanymi w konstytucji prawami. Wreszcie dotarło do nich, że zamknięto ich w klatce, z której można było już nie odlecieć. Nie dali wiary w zmanipulowane sondaże i poszli za głosem serca. Nie wiadomo tylko, czy w tym przypadku dobre chęci odniosły zamierzony skutek. Zwycięzca Donald Trump obiecał bowiem dosłownie prawie wszystko czego domagał się tłum. Stał się więc de facto jego zakładnikiem. Należy sobie postawić pytanie, czy zdoła doprowadzić do radykalnych zmian, o których wspominał w kampanii wyborczej, czy jednak spojrzy na kraj jako państwowiec? Na chwilę obecną nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie.

Donalda Trumpa, Wiktora Urbana, Jarosława Kaczyńskiego i pewnie wielu innych dzisiejszych polityków łączy to, że dla osiągnięcia władzy, splendoru i profitów byli w stanie obiecać społeczeństwom wiele, nie bacząc przy tym na finanse, porządek prawny, obowiązujące normy. Politycy winni w pierwszej kolejności dbać i zabiegać o interesy państwa i narodu, a nie kalkulować jakie decyzje należałoby podjąć, aby odnieść kolejne wyborcze zwycięstwo i nadal kurczowo trzymać się władzy. Wymiana elit jednych na drugich niczego nie zmieni. Potrzeba zmian, które odczuciu wielu powinny zmierzać ku monarchii, ale nie stanowej, czy konstytucyjnej, ale absolutnej. W dodatku król nie mógłby być wyłaniany w drodze elekcji, ale należałoby doprowadzić do mechanizmów wprowadzających monarchię dziedziczną. Troska króla o swoich podwładnych będzie o wiele większa niż polityków, a to dlatego, że chociażby nie będzie on uczestniczył w bieżącej polityce, ulegał wpływom grup nacisku i obywateli, którzy w wielu sprawach podobnie jak politycy spoglądają na świat przez pryzmat swego wygodnictwa. Król będzie widział kraj i naród perspektywicznie, a należy pamiętać, że dzisiejszy stan państwa wymaga radykalnych reform, bez których nie będzie się poprawiał. Polski problem polega jednak na tym, że już od dynastii Jagiellonów mieliśmy w kraju monarchię elekcyjną, w której kandydaci zwyczajnie jak nasi współcześni politycy, kupowali szlachtę obietnicami i przywilejami. Istniejący porządek prawny i ustrojowy próbowali co prawda zmienić Wettynowie i Konstytucja 3 Maja z 1791 roku, ale państwo było wówczas już za słabe. Skoro więc jako naród polski nie mamy kandydata to jak go wyłonić? Otóż monarchia musi powstać na drodze rewolucji, pozytywnej dyktatury, mędrca stanu i państwowca, który zdecyduje wziąć na swoje barki trud funkcjonowania kraju. Piękne są te słowa i rozważania, ale niestety pora oderwać się od pisania i spojrzeć przez uchylone okno, a tam wciąż demokracja…

Nie przypuszczałem, że tak łatwo będzie mi się w stanie pożegnać z demokracją. Ostatnie wydarzenia z Polski, ale także z Europy i zza Oceanu tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że dziesiątki lat lewicowo-liberalnej papki doprowadziły społeczeństwa na skraj przepaści. Podstawowe hasła demokratycznych standardów można streścić w słowach „o wszystkim decyduje wola większości”.


Landime

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 4 (#1 2017) kwartalnika Abyssos.

Facebook Comments

Dodaj komentarz