Po drugiej stronie lustra cz. IV


<- Część II
I | Część V ->


 Nazajutrz Tomas Vouter skrył się w bibliotece uniwersyteckiej stanowiącej część kompleksu akademickiego. Przed wiekami, gdy wyspa Kel stanowiła ostatnią fortecę elfiego władania jakimkolwiek terytorium, w miejscu biblioteki stała świątynia. Powiadali, że i nestorowie nie znali imienia bóstwa, któremu oddawano tu cześć. Wiadomym pozostaje, że gdy hufce ludzi wtargnęły do świątyni obalili posągi, a żywe elfy przetransportowali do nowo utworzonego getta w mieście Rad. Wnętrza świątyni zawierały kodeksy, manuskrypty, katalogi, indeksy, księgi hagiograficzne i elementarne zaklęcia magiczne. Zdobywcy rychło dokonali gruntownej selekcji zbiorów piśmienniczych. Potem płonęły stosy ksiąg. A wraz z nią kultura starsza od ludzkiego rozumu. Gdy ognie zgasły, tropiono tak zwanych demonologów, bałwochwalców, kozojebców i inkubów. Jakby nowopowstałemu miastu Kelrad za mało było żaru i żalu. Ci, którzy skrycie żałowali ofiar pogromu, wyjednali u króla Daggo I pokój. Apelowano o rozsądek, o miłosierdzie, zrozumienie i tolerancję. Skutkiem tamtych próśb był Wieczysty Pokój. Elfom pozwolono osiedlić się w grodach cesarstwa. W gettach. Z dala od rozsądku, miłosierdzia, zrozumienia i tolerancji. Potem król Daggo II postanowił odświeżyć starą, cudem zignorowaną budowlę. Biblioteka i wiedza schowana w jej murach trwały. Choć nikt nie pamięta lub pamiętać nie chce o jej korzeniach. Zaś biblioteka, jak z dawna, obserwowała i gdyby tylko mogła, zaśmiałaby się nad naiwnością swych wizytatorów.

Za murami biblioteki nieboskłon oblewał mieszkańców miasta przyjemnym słońcem. Morze spienione falami, burzyło się za sprawą zachodniego wiatru. Wyspa Kel, odgrodzona od części lądowej wysokim na trzydzieści sześć stóp murem, broniła się przed gołotą i ludźmi mniej szlachetnymi z urodzenia. Ponieważ zdaniem mieszkańców wyspy, Kel stanowiło osobne miasto. Niektórzy posuwali się w tym stwierdzeniu dalej twierdząc, że co tam miasto! Państwo! Wbrew tym stwierdzeniom wyspa nie mogła funkcjonować bez pozostałych dzielnic. To druga część Kelrad produkowała i handlowała. Wyspa Kel świeciła blaskiem przepychu. Na północ od bramy wejściowej Kel, Bramy Eo, wzdłuż linii murów, rozciągały się gospody, domy uciech, sklepy z wyszukanymi precjozami. Tamtejsi kupcy zwykli reprezentować rody senatorskie parające się kupiectwem, jakby na przekór tradycji szlachty północnej, dla której handel był czymś odpychającym. Dalej, gdy ulica zwijała się łukiem ku zachodowi, przechodzień trafiał na pierwsze zabudowania uniwersytetu. Wpierw Archiwum Koronne, gdzie składowano dokumenta, edykty, kodeksy i rozporządzenia. Opodal archiwum, konkretnie po drugiej strony brukowej ulicy, stał kościół Jurastiona, opiekuna mędrców, filozofów, braci studenckiej, ale i jurystów, bakałarzy, guwernantów oraz retorów. Dalej, za ceglanym murem rozciągał się Uniwersytet Cesarski ze słynnym Akacjowym Parkiem na czele. Żacy zwykli przezywać urokliwe miejsce Pachnącym Bajzlem. Nocami odbywały się tam hece i figle właściwie dla studenckiego przezwiska. Noclegownie tudzież akademiki, ukryte za uniwersytetem, kościołem Jurastiona i archiwum obfitowały w atrakcje. Ktoś grał na waltorni, inny wybijał rytm na bębenku, ktoś łączył pochodzenie kolegi z profesją nierządnicy, ktoś dowodził, że wypije dwie flasze wina na raz. Ktoś odparł, że czyn ten skończy się poważnym pawiem. I miał słuszność. Ci, którzy dyskutowali recenzowali wdzięki koleżanek studentek. Uniwersytet, bowiem był koedukacyjny, rzecz nie do pomyślenia w Norithorze czy w Ereslau. Inni gawędzili o przyjęciach, występach cyrkowców na zeszłym jarmarku, ktoś opowiadał niewybredne dowcipy, inni zaś mówili o bójkach. Mało kto mówił o nauce.

Główna arteria wyspy, kierująca w kierunku zachodnim, prowadziła wzdłuż znakomitych posiadłości senatorskich ogrodzonych wysokimi murami, na których parlamentarzyści umieszczali swe herby. A także i straż osobistą, stale taksującą przechodni.

Wszystkie te budynki musiały ustąpić Pałacu Cesarskiemu, do którego wrót prowadziło sto i piec marmurowych schodów. Sąsiadujący z pałacem Leawentyn, siedziba autokefala, dopełnia splendoru tego miejsca. Oba pałace, zasadniczo nie różniące się w swej konstrukcji, łączył Ogrójec Cesarski. Sławny dzięki mnogim i bogatym przyjęciom odbywającym się pośród dębów, wierzb płacących i akacji posadzonych tak, by róże, chryzantemy, datury, bukszpany i bluszcze, cieszyły oczy bywalców swym urokiem. Oba pałace, przypominające raczej twierdze, górowały nad wyspą Kel, połyskując spiczastymi wieżami w świetle słońca. Dla gapiów, wyselekcjonowanych rzecz jasna, miały stanowić sygnał o potędze majestatu. Dla gołębi, mew, kormoranów, a nawet albatrosów, sygnały te były niezrozumiałe toteż przedpołudniami ustawicznie obsrywały połyskujące wieże. Na południe od Bramy Eo, dłużyła się ulica z eleganckim rynsztokiem w kształcie półkola na środku. W swoim czasie elfy wybudowały sieć kanalizacyjną, do budowy której społeczeństwo ludzi przekonywało się z niemałym trudem. Idąc wzdłuż rynsztoka, przechodzień mógł wstąpić do którejś z wyszukanych tawern, pierwszorzędnych zamtuzów, wysublimowanych klubów, niemych świadków rodzących się intryg, aliansów i stronnictw. Każdy jeden, posiadający zacne nazwisko albo i lepiej wypchany trzos, mógł spędzić co najmniej wesoło czas na tej ulicy. Biedni tam nie mieli czego szukać. W ogóle nie wpuszczano ich na Kel. Elfów, krasnoludów, mnichów, kramarzy i cyrkowców też.

Docierając do początku odpływu rynsztoka, przed oczyma malował się senat. Niektórzy łączyli zarzewie ścieku z pobliskim miejscem zgromadzeń, wykłuwając z tego analogię. Senat, dość wymownie, prezentował się mizernie na tle Pałacu i Leawentynu. Co więcej, Pałac Cesarski, bezczelnie zdaniem senatorów, rzucał cień około południa na prostokątny budynek. Z tyłu, między Cesarskim Ogrójcem, a budynkiem senatu stała biblioteka. Biblioteka, z której to pewnie przypadkiem, nie zerwano fasady ornamentowanej motywem sterczącej na gałęzi sowy w centralnym punkcie ozdoby. Sowa posiadała wyłupiaste trzeszcza i trzymała w dziobku gałązkę wawrzynu. Ci, którzy znali ów symbol słusznie doszukiwali się w nim Merwego – elfiego patrona mędrców. Ale tych było zbyt niewielu, by ktoś zwrócił uwagę na fasadę. A potem ją rozbił.
W tymże przybytku Tomas wyczekiwał Karla. Lubił to miejsce. Nie posiadał z nim szczególnych wspomnień, lecz zapach starych ksiąg i powietrze ciężkie od kurzu wprawiały go w lepszy humor. I ta cisza… Zmącona jedynie astmatycznym sapaniem marszałka Ulifa Raiznera pochylającego się nad O duszy pogodzie, autorstwa Rispodelha I, ojca obecnie panującego.

Odchrząknięcie. Tomas, spoglądając przez ramię, zobaczył Karla opierającego się o półę z posegregowanymi alfabetycznie woluminami. Z kieszeni wydobył drewnianą fajkę z długim, prostym ustnikiem. Cichutki jak kot, skwitował w myśli żak. Ciekawe ile już tam stoi…

– Najciemniej pod latarnią? – Weiss zapytał niskim, ochrypłym głosem zerkając kurzym okiem na marszałka. – Nie przeszkadzajmy jegomości. Chodźmy. Weź te księgi i przejdź do alkierza.

Vouter przeszedł pomiędzy działem 930/40 a 940/41 wzdłuż liter G i H. Skręcił w dział Apologie monarchii, potem w szerszą alejkę między kategoriami tematycznymi aż dotarł do alkierza znajdującego się obok działu 921/01, znanego, jako Zgubne wpływy republik. Tam, jakby mający za nic konsekwencje, rozpalał fajkę Karl Weiss. Oparł się o parapet prostokątnego okna. Trwał w bezruchu, jak nigdy nieściągana z regału książka.
– Bardziej gotowi nie będziemy – Vouter odstawił książki na parapet. – Rudriger Ossel doniósł, że klan Grodderów dostarczył barykady. Krasie wykonały podobno popisową robotę. Co dalej? – Żak przymknął oczy. – Sprawy finansowe zostały domknięte. Przypilnował tego Sebastian Gelz. Powiada przy tym, że faktury, zlecenia przelewów, ogólnie ruchy pieniądza, zostały skrzętnie poukrywane. Na wszelki wypadek. Za siedem dni przy Bramie Eo około wieczora zaczną gromadzić się studenci. Victor Dauhwald stwierdził, że chętnych na pikietę jest sporo. O tym jednak wiemy póki co tylko ty, Victor, Rudi i Sebastian. Nikt więcej. Niektórzy pytali o broń…
– I co?
– Victor dementował pogłoski o rzekomej walce zbrojnej – Vouter wykrzywił nieładnie usta. – Durna ta nasza brać studencka. W ogóle nie domyślna. Gadatliwość ma w pakiecie. Moutart węszy niestrudzony i obawiam się, że jego długie konfidenckie uszy, mogły usłyszeć za wiele. Źle się stało. Nie docenialiśmy tej pierdoły donoszącej naczelnikowi. Tymczasem nasz mości pan ze Stalervek bierze na spytki co jakiś czas jakiegoś nieszczęśnika. Wypytuje, grozi, pluje, anonsuje o rychłym wydaleniu z uczelni. Wyspą Mort straszy.
– Straszy – Weiss zaciągnął się potężne. – Co proponujesz?
– Nic! – Tomas odwrócił się od okna i przetarł oczy. – Znaczy, sam nie wiem. Francesco nie kłamie. Nie fabrykuje dowodów. Ot, donosi i ma cham z tego złoty róg. Gdyby go tak zaraza przemogła…
Żak zerknął na Karla Weissa. Student zauważył w jego obliczu coś czego nie potrafił odczytać.
– Chcesz mu coś zrobić? – Obniżył głos. – Prawda?
– Co?
– Chcesz go zabić. Zgadza się?
– Przestań pleść, Vouter – Weiss obruszył się wściekle. Zbyt wściekle. Zbyt teatralnie. – Mów co dalej.
– Dobrze, już dobrze. Nie chciałem cię obrazić. Victor ma interesującą koncepcję. Przekupi odźwiernych z Bramy Eo, którzy przepuszczą pikietujących w kierunku Miasta. Wojsko i straż miejska nie będzie mogła nas rozproszyć tak jak poprzednio.
– W teorii. W praktyce może wszystko – Karl wypuścił dym przez nos.
– Nie wiem… Nie wydaje mi się, że naczelnik zdecyduje się na masakrę tuż przed pospólstwem z Miasta. Jasne, arystokracja z wyspy Kel nie znosi studentów. Ale tamci? Spoza wyspy? Zobaczą, że władza atakuje lud. Szybciutko zapomną, że brać studencka co rusz chędoży córy kupieckie, bije się w czeladnikami..
– Istotnie. Być może masz słuszność.
– Przygotowane barykady służyć nam będą jako ochrona. Nie spodziewam się bezpośredniego ataku, ale spodziewam się prowokatorów.
– Gada się, że poprzednio znaleźli się tacy – starszy żak wlepił wzrok w posadzkę.
– Stąd pomysł o minimalizacji podjętych działań. Szybka zbiórka, rozpoczęcie pochodu…
– Poczekaj, Tomas – Karl odwrócił się do okna pozwalając, by promienie słońca drażniły jego twarz. – Co jeśli pospólstwo z Miasta ruszy z buntem? Lud ma pewne wątpliwości, co do polityki wewnętrznej naszego umiłowanego cesarza. Pamiętasz sprawę cenzora Glauca? Bogowie… To był jedyny urzędnik podatkowy cieszący się sympatią ludzi. Cholera wie dlaczego. Co z nacjonalizacją zakładów produkcyjnych? Że też nie wspomnę o tej dziwnej modzie z fryzowaniem zbyt długich włosów.
– Istotnie – zgodził się student. – Nazbierało się tego, ale Rudi, Sebastian i mości Gelz uważają, że nie ma innego wyjścia – zawahał się. – Ja… Ja sam uważam podobnie. To…
Vouter złapał się na ekscytacji. Obiecywał sobie rozsądniej racjonować emocje w rozmowach z Weissem. Uśmiechnął się szczerze.
– To może się udać.

***

Hukanie sowy niepokoiło Edgara. Skąd jakieś przebrzydłe ptaszysko znalazło się w kaplicy bóstw? Znak? Omen jakiś? Księżyc bynajmniej nie srebrzył się na firmamencie od dawna, a Edgar o ile dobrze pamiętał, sowy wyruszały na łowy późną porą.
Rozmowa z ojcem Dietrichem, opiekunem kaplicy poświęconej Eo i Jego Dzieciom rozdrażniła alumna. Poświęcone miejsce wymagało doraźnej i stałej opieki. Edgar zwykł ochoczo wypełniać swoje obowiązki, co wprawiało niejednego i niejedną w lepszy nastrój. Brać studencka nierzadko śmiała się zeń, że wymienia nocniki bóstw, czyści zapaskudzone od wosku dewocjonalia i wyjada słodkości ofiarowane Hilen lub Pryterowi. Edgar, jako alumn i zarazem żak, za nic miał próżnicę studentów. Znosił cierpliwie szykany, zaś w duchu obiecywał, że gdy zostanie kapłanem będzie zadawał surowe pokuty braci studenckiej. Profilaktycznie. Wszystkim.
Usłyszał czyjś chód. Tej okazji nie mógł przepuścić Łatek. Piesek Edgara odziedziczony po doktorze Hauserze. Począł szczekać głośno i nieprzyjemnie. Zwierzę darło się z zawziętością godną komornika przy posłudze windykacyjnej.
Zza rogu wyłonił się Karl Weiss.
– Cicho Łatek! Cicho bądź! – Wydawał komendy Edgar. Na próżno. – Sza, psie!
– Cześć Edgar – rzucił Karl obserwując Łatka zbliżającego się do jego nogawki. – Już ci! Zmykaj! – Warknął i zamachnął się na psiaka markując rzut.
Fortel podziałał. Pies spokorniał i uciekł za Edgara. Alumn parsknął, ale wnet zmarkotniał.
– Cholera, mam nocne czuwanie – rzekł Edgar. – Zawsze to samo. Muszę zamknąć gdzieś Łatka, ale pewnikiem nasra w jakimkolwiek schowku.
– To może uwiąż go gdzieś na dworze? – Zaproponował Karl obserwując jak kundel znowu obwąchuje jego but.
– Raczej nie. Ktoś mi go jeszcze ukradnie albo otruje. Tak, tak. Doktor Hauser, choć był autorytetem w swej dziedzinie, nie cieszył się popularnością wśród żaków. Był surowy, nie stronił od konfliktów. Ktoś mógłby zechcieć otruć Łatka z zemsty.
– To głupie.
– A czyż ludzie nie są wolni od głupoty?
– Masz rację.
Karl zamiast znów zamarkować rzut, schylił się i pogłaskał żywo psa.
– Mogę się zaopiekować Łatkiem jeśli chcesz.

***

Ulice wyspy Kel były najlepiej strzeżonym miejscem w całym Cesarstwie. Magister Francesco Moutart mijał co chwila pięcioosobowe drużyny mężczyzn z imponującymi glewiami, w kolczych koszulach z pysznie wyeksponowanymi tabardami ze znakiem jelenia o płonących niebieskim ogniem oczach. Posyłali magistrowi nieufne spojrzenia. Moutrat czuł się dziwnie. Musiał zaliczyć wizytę u Brückera, potem u Henricha ze Stalervek. Naczelnik pewnie chce spijać mą niedole jako ostatni, pomyślał. Już ja mu się zrewanżuję!
Wszedł na Czarci Plac, gdzie wedle starej opowieści, elfy miały uprawiać niegdyś kult magii. Dla magistra samo oddawanie się sztuką magicznym było czymś nienaturalnym a co dopiero hołdowaniu jej. Na Placu w ołowianej klatce, zgodnie zaleceniem sądu, zwykło umieszczać się zwłoki skazańców, którym udowodniono posługiwanie się magią. Nieszczęśnicy ci pochodzili bez wyjątków z rodów arystokracji oraz patrycjuszy. Dla biedniejszych kryminalistów miasto Kelrad przewidziało pospolite szafoty na lądzie lub w dalszym ciągu popularne piki na bramach. Tym razem ołowianą klatkę zajmowały zwłoki cenzora Glauca Orgera rodem z Neusalz. Francesco Moutart doniósł łaskawie na niego, gdy popisywał się znajomością rozprawki O pochodzeniu bogów nieznanego autora. Wzięty na inkwizycję cenzor przyznał się, że modlił się do nielegalnych bóstw oraz korzystał z magii w sprawach prywatnych i zawodowych. Plugawił błogosławieństwa boga Prytera, w celu powiększania popularności wśród prostego ludu. Sprawa zakończyła się śmiercią urzędnika. Padł również cień wątpliwości w stosunku do religijności Trybuna Ludowego Joachima z Casetheim, który pragnął bronić Orgera przed sądem. Wkrótce wszczęto nowe postępowanie, zaś miejscowy kat zarobił na nowe rękawice.
Moutart wiedział, że dobrze zrobił. Prawo jest prawem i choćby było najdotkliwsze musi być egzekwowane z surowo. Tylko dlaczego, mimo rygoru kar, ludzie dalej kroczą drogą występku? Magister sądził, za profesorem Brückerem, że wina leży po stronie upadku autorytetów i ogólnej deprawacji rasy ludzkiej przez wpływ obcych ras. Właśnie, Brücker, zadumał się magister. Stary pierdziel wykorzystuje mój afekt do sukcesu. Nie jestem zboczeńcem, ale też nie posiadam koneksji dających mi dostęp do gotówki. Młody naukowiec począł zachodzić w głowę jak stary profesor dowiedział się, że Moutart posługuje w Małej Syrence. Zawsze nosi maskę, używa innych pachnideł oraz odzieży. Nawet bajzelmama nie znając jego prawdziwego imienia mówi mu per Gwizdeczek. Lecz nie to było istotne. Brücker złożył mu obietnicę, że obsadzi go na etacie kancelarzysty w Instytucie Dialektyki.
Francesco Moutart dziękował bogom za zbiorową mądrość, która popchnęła senatorów do obsadzenia wszystkich ulic wyspy Kel, latarniami. Ale nawet w najbardziej cywilizowanej enklawie Cesarstwa, za którą Moutart miał Kel, nie obeszło się bez psich kup. Mało brakowałoby nowiutke pantofelki przeszłyby chrzest. W przypływie gniewu zaczął rozglądać się. W świetle latarni dopatrzył, jego zdaniem szczurołapa, który wesoło gwiżdżąc szedł z jakimś kundlem. Usiadł na murku niedaleko Małej Syrenki i zaczął nabijać cybuch fajki wydobytej z kieszeni. Magister postanowił zwrócić mu uwagę.
– E! Panie! Co pana pies tak tu sra?!
Nieznajomy zignorował pytanie, co zamieniło gniew magistra we wściekłość. Podszedł bliżej, czujnie na psa. Niepotrzebnie. Kundel ułożył się pod stopami szczurołapa i począł lizać się tam gdzie tylko czworonogi potrafią.
– Mówię coś do ciebie – walnął mężczyznę śliną uchodzącą wraz ze słowami. – Patrz na mnie, jak do ciebie mówię!
Spojrzał. Moutrat znał te szare oczy odcedzone od współczucia i miłosierdzia.
– To ty?!
Pies zaniepokojony nagłym okrzykiem zaszczekał. Magister zwrócił uwagę na kundelka i rozpoznał w nim Łatka. Chciał krzyknąć znowu, ale poczuł jak zimna stal urywa jego akcje serca.

<- Część III | Część V ->


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 4 (#1 2017) kwartalnika Abyssos.

Facebook Comments

Dodaj komentarz