Baśń o Człowieku – Pan Gad

<- Część poprzednia | Część następna ->


IV. Pan Gad

 Giovanni znajdował sie daleko od miejsca w którym widział Duchy mędrców po raz ostatni.  Wędrował teraz lasem, jednakże nadal znajdował się w górach. Co jakiś czas wydawało mu się, że za nim lub przed nim, lub nawet obok niego wędrują te duchy. Nawet w oddali widział medytujących lub ćwiczących jogę starców. Od tego wszystkiego zaczęło mieszać mu się w głowie. Zapadła noc. Mrok lasu tylko potęgował ciemność. Nasz Wędrowiec jednak nie poddawał się i niestrudzenie wędrował naprzód! I po raz kolejny zdawało mu się, że na polance gdzie księżycowe światło prześwituje przez drzewa widzi Ducha Węża jak gra na bębnach. Giovanni tego nie wiedział, ale odstraszał on złe duchy od niego. Od tego momentu ciągle towarzyszył mu odgłos didgeridoo. Po 3 godzinach obłąkane granie, któregoś z duchów stało się uciążliwe. Mało tego. Komary zaczęły gryźć, w lesie stawało się coraz bardziej gorąco wilgotno i parno. Duszno jak okiem sięgnąć. Zaś droga stawała się coraz bardziej kręta. Giovanni musiał sobie pomagać Wewnętrznym światłem z Wężowego Kostura co tylko przyciągało doń komary. Jednak nie poddawał się i wędrował ciągle wędrował.
Komary z tego lasu, były prawdziwymi pasożytami. Nie żywiły się krwią tylko energią wędrowca. Nie było na nie rady w tym momencie. Ich ugryzienie jest pamiętne i bolesne. Wybierają tylko słabe punkty.

 Po następnych ciężkich chwilach wędrówki zaczęło się rozjaśniać. Ranek przyniósł pewne ukojenie od komarów i swego rodzaju strachu. I jakby didgeridoo ucichło. Wędrował dalej. Czuł się mimo wszystko dobrze, nie potrzebował o dziwo snu. Był naładowany wielkim ładunkiem energii pochodzącej z lasu (mimo, iż komary mu jej nieco zabrały).Wiedział jednak, że będzie w końcu musiał się zatrzymać i przespać. A także coś zjeść, ale tylko w zgodzie ze wskazówkami Węża. Droga zaczęła skręcać, toteż Giovanni skręcił zgodnie z kierunkiem trasy. Nagle zamarł…
Bo otóż przed sobą zobaczył wielkiego, strasznego i majestatycznie pięknego Tygrysa. Tygrys nie zauważył wędrowca, tylko siedział doń tyłem i…płakał. Dziwne to bardzo żeby Tygrys płakał. Wielki kot, wojownik, większy od Lwa. Tygrys który potrafi Lwa – króla zwierząt pokonać. Tygrys mimo wszystko był wyjątkowy. Nie miał typowego umaszczenia jak inne Tygrysy. Był karmelowo-pomarańczowy. Bardzo piękne miał futerko. Ale ten Tygrys siedzi i płacze. Cóż za żałosny widok. Giovanni nie wiedział co robić. Przejść, zawrócić, czy może porozmawiać z Tygrysem. Dziwnie odniósł się do siebie. Postawił się w sytuacji Tygrysa i postanowił do niego przemówić.
– Ach witaj Tygrysie. Piękny dzień dziś mamy. Może zechcesz mi potowarzyszyć w drodze? – co za durna propozycja, pomyślał Giovanni. Ale nic innego mu do głowy nie przychodziło.
Tygrys tylko się odwrócił, obnażył kły, otarł oczy i popatrzył się groźnie na Giovanniego. Wyprostowany już powiedział:
– Czego ode mnie chcesz Człowieku?
– Ach drogi mój Tygrysie. Ma dusza towarzystwa pragnie, zaiste to prawdziwe. A jesteś moją pierwszą istotą materialną którą spotykam na swej ścieżce po tym Dziwnym Lesie, nie licząc uciążliwych Energetycznych Komarów . Znaczy..mam na myśli to, że nie wiem czy kogoś lub coś widziałem, czy to były zwidy czy paranoje, albo duchy prawdziwe, czy tylko jacyś amatorzy praktyk szamańskich w powłóczystych szatach w nocy. Nazywam się Giovanni Tygrysie.
– A ja jestem Tygrys. Jestem Złoty jakbyś nie zauważył. Złoty Tygrys. Zastanów sie człeku zza-przed-Gór czyś grzybów nie jadł jakiś. – przeciągnął się na całą długość ciała. Okazało się, że  Złoty Tygrys ma, aż trzy metry! Spory kociak. A do tego widać, że nie jest groźny. Przyjaźnie nastawiony kociak. Mimo to dalej Tygrys. Ale czy roztropny? I kim w ogóle są Tygrysy jeśli jeszcze takie istnieją.
– Miło mi cię Tygrysie Złoty spotkać. Czyż nie byłbym zbyt arogancki i wszędonoswtykalski gdybym się zapytał czemu płaczesz? Wskaże jak Giovanni, jak Wędrowiec. Pomoc nieść innym istotom to dla mnie chleb powszedni. – Giovanni wypiął dumnie pierś, a następnie się ukłonił. Tygrys tylko popatrzył się nań z wyższością.
– To strasznie skomplikowana sprawa. Długa i zawiła. Nic ci po niej sądzę człowieku. Jesteś jeszcze młody Giovanni. A tu chodzi o moją ukochaną.
I nagle Giovanni zamarł. Gdyż przypomniał sobie co on przeżywał co stracie swojej ukochanej. Chciał coś powiedzieć, ale Tygrys go uprzedził.
– Dam ci radę. A raczej ci coś powiem. Coś co ważne może być dla ciebie i twych przyszłych bliskich w świecie twoim. Ludzie. Oni są jak koty. Jedni jak zwykłe dachowce. Inni jak Pantery, Jaguary lub Tygrysy. I widzisz co się stanie. Bo tak się też stało. Gdy się kotu nadepnie na ogon? Zwykły kot. Ucieknie, pomiauczy z bólu i ucieknie. Potem wróci jak gdyby nic. Ale Tygrys? Spróbuj Tygrysowi nadepnąć na ogon. Dawaj! – i wystawił mu Tygrys Złoty ogon pod stopy – Albo nie próbuj. Bo to sie skończy źle. Dla nas. Obu jako jedno. Gdy się Tygrysowi nadepnie na ogon to wtedy nie ucieknie i nie pomiauczy z bólu. On ryknie. Bardzo głośno. I odda. Pazurami, siłą, zębami i całą masą ciała. Zabójczo szybki. To nie koniec. Długo nie będzie mógł się otrząsnąć z tego. Znów przyłoży. Nawet jeśli to kochana osoba. Aj moja mentalność Tygrysia taka jest. Może mamimy urodą, tygrysowatością, wdziękiem i czym tam jeszcze mamy. W zachwyt wprawiać potrafimy. Ale z nami się nie zadziera. Czego często wielu nie rozumie. Zabiłem ją…a przynajmniej w swoim sercu, bo dla mnie jest nie żywa.
I Giovanni wszystko pojął jak to było z nim. Jak to było z nim i z jego ukochaną. Mimo, iż nic nie wiemy o życiu Giovanniego przed podróżą. I niech tak pozostanie.
Tygrys znikł. Znikł. Przemienił się w dym i rozpłynął się w powietrzu. Na ziemi gdzie stał została tylko kałuża Tygrysich łez oraz drewniana figurka przedstawiająca Tygrysa. I Giovanni pojął. Pojął tą prawdę, jak łza przejrzysta. Nieskazitelną jak lekki górski wiaterek. Prawdziwą jak Jezioro Traszki. Pojął, iż, że to on jest, był i będzie Tygrysem.
Jedyne co zrobił to otarł łzy, bo zorientował się, że to on płakał. Wziął tylko jeszcze figurkę do sakiewki i wyruszył dalej. Do miejsca gdzie dżungla się przerzedzała, a dalej nie było już Dżungli tylko równina. A na niej trasy poznaczone; różne kierunki świata, różne cele w dół na górę, przed siebie lub też za. A równinę wysokogórksą przecinała rzeczka. Czym prędzej czas opuścić ten halucynogenny las. Pełny trans-ziół, które rozpylając swe koszmaru lub uciechy psychicznej nasienie pylaste żywym istotom Równoświaty tworzy. Czas opuścić las zwany Zalesiem, gdzie Szaman Podły do twarzy przystawia specyfiki i czary by mamić!

   Zostawmy więc Giovanniego samego na minut kilka by mógł w zadumie je spędzić teraz. By sam mógł wszystko sobie w swej głowie poukładać. Jednak by nie robić niepotrzebnej przerwy od rzeczy przyjemnych to przenieśmy się nad ową wyżej wymienioną rzeczkę. Metrów siedem od brzegu rzeczki, w której były kamienie duże i małe, ostre i śliskie, a cały brzeg był też kamieniami usłany. Otoczakami najczęściej, jak to w górskich rzeczkach bywa.
A więc metrów od rzeczki siedem, na trawie skąpanej w słońcu stał sobie stolik. Taki przy jakim ludzie piją herbaty. Przy stoliku. Rzecz to oczywista. Krzesełka dwa! Nieopodal zaś, a jeszcze napomnę, że przy stoliku stała skrzynia przeznaczenia niewiadomego, nieopodal wracając zaś było ognisko. Ognisko się paliło i gotowało wodę. Cały czas nieustannie gotowało wodę, która co jakiś czas była podmieniana.

Przy stoliku siedziało dwóch mospanków. Dżentelmeni minionej epoki. Elegancko ubrani, w najwybitniejsze stroje, siedzieli prosto i pili herbatę. Herbatę ową mieli ze świata całego. I skrzynia niewiadomego przeznaczenia w istocie była skrzynią pełną herbat. Ale na cóż woda gotowana. To pytanie trudne! Po cóż sie głowić nad tym pytaniem natury ludzkiej pochodzenia egzystencjonalnego. Opcje są dwie. Pierwsza oczywista. Brali wodę z rzeczki, gotowali ją i wlewali z powrotem do niej aby ją podgrzać. Woda w górach bywała zimna toteż kąpać się w takiej lodowatej wodzie to rzecz niezbyt przyjemna. Czemu nie? Wiemy już że nie ma dla ludzi wiary rzeczy niemożliwych. Trzeba wierzyć, a jak sie wierzy to już jest coś. Druga opcja, przeznaczenia wody gotowanej jest co prawda mniej oczywista, ale jakże praktyczna przy tym. Gotowali ją na herbatę być może. A może i nie?

 Panowie rozmawiali. Miejmy nadzieje, że dowiemy się z ich rozmowy na co im gotowana woda.

– Dziwna to sprawa drogi panie Henius. Ludzie coraz częściej stają się…tacy sami. Ta nonszalancja stylistyczna doprowadza mnie to egzystencjonalnego szału. – powiedział ten pierwszy który miał na głowie Kapelusz. – Panie Heniusie. Wie pan może co do diaska, bądź licha w zależności od manier pańskich i moich, się tu wyrabia?

– Mam niechybne prześladujące mnie od jakiegoś czasu wrażenie. Wrażenie to odczuwam jako niepojęty chłód przeszywający mnie nawet w najcieplejszych porach dnia, w słońcu na przykład. Rozumie pan, Panie Kapelusz o czym mówię? – ten drugi zwany Panem Heniusem. Patrzył się na słońce i gładził po brodzie raz po ras popijając melisę z pomarańczą.

– Tak tak. Owszem rozumiem panie, panie Henius. Rozumiem w jakiż to podstępny sposób się to objawia. – Pan Kapelusz wziął łyk lipy z miodem i cytryną. – Natomiast nie wiem panie Henius skąd to się bierze?

– Doskonale. Ależ to nic nie szkodzi, przejdźmy więc, mój drogi Panie Kapeluszu do sprawy naszej sedna tak jakby. Ekhem – pan Henius poprawił muchę, wziął kolejny łyk herbaty z melisą i pomarańczą – Tak więc…sprawy te mogą mieć związek z tym, że w tej wielkiej mistycznej zupie ludzkiego jestestwa maczały swe obrzydliwe paluchy ISTOTY Z INNEJ SFERY EGZYSTENCJI.

– Zapewne, panie Henius! Zapewne. – i wziął – bez najmniejszego zdziwienia cudaczną wiadomością pana Heniusa – kolejny łyk herbaty.

– Pewne, przedpewne lub zapewne. To bez różnicy, czy znaczenia. Musimy znaleźć Pana Gada by wykonał iście skomplikowany Gadzi rytuał. – bawił się muszkieterskim wąsem Pan Henius i wpatrywał się w palenisko z wodą.

– Oczywiście. Zmusimy go by skopiował im odpowiednie bezschematyczne wzorce, które będą powodowały skutek przeciwny do bycia identycznie zidiociałymi istnieniami. – Pan Kapelusz odłożył kubek i zatarł cwaniacko dłonie.

– Aj aj… – Właśnie Pan Henius polał się herbatą.

   Wróćmy teraz do Giovanniego. Giovanni wędrował długo. W końcu zrobił sobie przerwę by coś zjeść. Jadł suchary i owoce. Bardzo zdrowo. Napił się krystalicznie czystej wody ze źródełka i nawet nie zauważył kiedy znużył go sen. Jednakże nic mu się nie śniło, a gdy tak spał i spał stanął nad nim pewien stwór. Wysoki, w całości pokryty łuskami w stroju medyka bądź lekarza. Stał tak nad Giovannim i wpatrywał się w niego.

 Giovanni otwarł najpierw jedno, potem drugie oko. Zamknął szybko oba. Mrugnął nimi i otwarł z powrotem z niedowierzaniem patrząc na Pana Gada. Zerwał się szybko na nogi i zapytał przerażony.

– K-k-kim jesteś zarazo? – z tego zaspania i zmęczenia, które spowodowały zaskoczenie Giovanni stał sie chwilowo bardzo nie miły i uprzedzony.

– K-k-kim jestem zarazą? – powtórzył przypisując to sobie Pan Gad.

– Tak. Odpowiedz już!

– Tak. Odpowiadam już. – znów powtórzył to co Giovanni tylko względem siebie.

– Chyba się z tobą tak łatwo nie dogadam. Jestem Giovanni.

– Chyba się tak łatwo ze mną nie dogadasz. Jestem Gad. Pan Gad. Popatrz na to Giovanni.

 I wtem z lekarza o złotych łuskach, kolcach od czubka głowy do niewielkiego ogona się ciągnących i świecących oczach o pionowych źrenicach stał się chudym starcem w Turbanie z koralami na szyi i obłędem w oczach.

Da-da-da-da! Powiedz coś do Pana Gada-da!

Hej!

– O nie…tylko nie to. Czy ja śnię!? Uszczypnijcie mnie – podenerwowany Giovanni, już totalnie przestał być miły i mówić do każdej istoty z szacunkiem i tym całym mistycyzmem. Lecz w tym momencie z Jogina-który-gadał-do-Gada, Pan Gad zamienił się w kraba i uszczypnął Giovanniego w kolano. Nie! Giovanni nie śnił.
– Nie śnisz. Jeden zero Giovanni! Ale, ale…nie gniewaj sie na mnie. Dobrze? Mam dla Ciebie ofertę. Ofertę nie do odrzucenia. Najlepsza ona na świecie. Posłuchaj mnie. Dwa razy powtarzał nie będę. Ludzie są zachwyceni. A więc tak. Wiem dokąd idziesz i dokąd zmierzasz. I…i… powiem ci, że to gniot. Totalna kicha, gniot, porażka. Nie masz nic nie idziesz nigdzie. Tylko pod jakąś syfną górę. Tak tak…pomyśl tylko. Jakby tak wszyscy szli pod Górę nikt by nie wiedział co to dobry produkt i konsumpcja. Tak, tak. Naśladuj innych bo dobrze robią. Zrób tak jak ci ja każe bo mam racje. Idziesz. Masz. Konsumujesz. I cały czas chcesz więcej, więcej. I nie mów, że tego nie potrzebujesz. Bo potrzebujesz. Tylko nie chcąc tego chcesz. I idziesz szeeeeeroką drogą. Kopiujesz innych jak ja! Fajna sprawa powiem ci. Skusisz się? – i Pan Gad wyszczerzył ostre jak brzytwa zęby i mrugnął okiem z pionową źrenicą.

– Nie Gadzie. Jesteś jak ten wstrętny Jogin. Ja idę do mego Drzewa Życia. Idę pod Górę. Bo Drzewo tam jest. I to drzewo jest na wyspie pośrodku Jeziora Szczęścia. Nie zwiedziesz mnie. Wiem jak kończą tacy co tak idą. Uciekłem od tego tylko po to by mnie to dorwało Gadzie znów? –  uniósł ręce do góry, w powietrze i wzrok po chmurach powłóczył.

– Ja i Jogin mamy na koncie wiele Gadów. – wyszczerzył zęby swe ostre w parszywym uśmiechu. –  A powiem ci, że chrzanić, spalić, i pociąć twoje drzewo. Przerobi się je na durną książkę o konsumpcyjnych rzeczach. Albo o czymś co uczy głupot. Lub o wiem! O zberezieństwach świata tego.  Nie! Lepiej o jakimś głupku co szedł pod górę cały czas. Tylko trzeba jakiegoś niszowego autora by to nudne było. Tak tak.. A do Twojego jeziora będzie się wrzucać odpadki. Zrówna się górę z ziemią. Nie uciekniesz przede mną. Giovanni. Wielu próbowało. – i nagle Pan Gad stał się wielki, i większy. – Pstryk – powiedział pstrykając palcami – Hipnoza – machnął ręką przed oczyma Giovanniego pomachał wszystkimi palcami przed własną twarzą i wprawił w ruch hipnotyczny, w spiralny obrót swoje Gadzie oczy.
Giovanni stanął jak wryty. Wpatrywał sie w wielkiego Pana Gada bez życia.
– Skończ szkołę. Znajdź pracę. Ożeń się. Miej dzieci. Płać podatki. Bądź tolerancyjny. Bądź poprawny politycznie. Jedz więcej. Kupuj więcej. Miej więcej. Traktuj jak rzeczy. Idź za mną. Idź za ludźmi. Szeroką prostą drogą. A teraz powtarzaj. Jestem wolny, jestem wolny.
– Jestem Dzikiem, jestem Dzikiem, jestem Dzikiem Gadzino!
Giovanni przechytrzył chytrusa wszechczasów jego własną metodą. Też się transformował gdy on się transformował. Kiedy Gad się powiększał, to Giovanni wprowadził siebie w stan w którym sie słucha serca. Wypowiadając te słowa wyrwał się z niego i wyjął z sakiewki figurkę Tygrysa . Obejrzał ją i cisnął z całą siłą w wielkie oczy Pana Gada. Gad zawył skowytem zarzynanego prosiaka. Chwycił się za oko i przewrócił na ziemię. Nim się zorientował był przygnieciony przez cielsko trzymetrowego Złotego Tygrysa, który próbował mu sie dobrać do gardzieli
– Nadepnąłeś mi na ogon Gadzino. A wiedz, że jam jest Tygrys. A z Tygrysami się nie zadziera. Koty chodzą własnymi ścieżkami. – Oczy mu zapłonęły Zielonym ogniem. Wziął do ręki swój Wężowy Kostur i grzmotnął jego końcówką w ziemię.
Spod miejsca gdzie uderzył wydobyła się fala. Pod jej wpływem Gad się pomniejszył. To sprawiło z kolei, że wyrwał się spod Tygrysa, ale to niewiele dało, bo Tygrys puścił się za nim pędem i gonił Gada Pana tak po całej równinie wysoko w górach. Jedyne co Giovanni zrobił to rzucił Słuszną Klątwę na Gada.
– Uciekaj tak wiecznie! Gadzino. Tępicielu rodu i umysłu ludzkiego. Nie zwiedziesz już nikogo!
Po tych słowach usiadł w pozycji lotosu i wprowadził się w stan spokoju i słuchania serca by przywołać Tygrysa z powrotem do jego Totemu.
I od tej pory stwierdził, że z takimi kłamstwami jak te Gada trzeba walczyć. I nazwał się więc Wędrowiec nasz Poszukiwaczem Prawdy.
Od tej pory z całym zasobem wiedzy zdobytej wędrował dalej ze swym Duchem Tygrysem u boku.


<- Część poprzednia | Część następna ->

Bartosz Halik.

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 4 (#1 2017) kwartalnika Abyssos.

Facebook Comments

Dodaj komentarz