Baśń o Człowieku – Żółw, Wąż i Traszka

<- Część poprzednia | Część następna ->


III. Żółw Wąż i Traszka

 Zgodnie ze wskazówkami Żółwia, Giovanni wyruszył na zachód od miejsca gdzie się rozstał z Żółwiem. Wędrując tak między kamieniami, Człowiek cały czas miał wrażenie, że widzi gdzieś swojego gadziego przyjaciela. Jak nie blisko, to w oddali. Nawet patrzył na nogi by nie nadepnąć przypadkowo, albo jak ostatnio – nie potknąć się o jego barwną skorupkę. Jednak wszystko to było złudzeniem. W wiosce Giovanniego Żółwie są utożsamiane z bycie powolnym, bezradnym, biernym i ogólnie nic nie kapującym, ale Giovanni stwierdził, że:
– Żółwie to wspaniałe stworzenia. O ludzie świata dzisiejszego, biada wam, że Żółwia nie doceniacie. Bo kto Żółwia nie szanuje, ten swe życie marnuje. W samej rzeczy Żółw to najlepszy nauczyciel dla człowieka. Cnotliwy, cierpliwy i twardy.
Wiatr wiał tu mocno. Skały porządnie się przerzedziły, częstszym widokiem były krzaki, trawy i drzewa, rzadszym natomiast mchy i porosty porastające kamienie. Nasz Człowiek dotarł do celu wskazanego mu przez Żółwia. Do jaskini, w której rzekomo wąż mieszka.
Z początku Giovanni wahał się czy wejść doń, czy nie. Węże ludziom z wioski kojarzą się z największym okropieństwem. Najźlejszym złem! Obrzydliwe i podłe stworzenia. Jednak stwierdził, że i o górach takie strasznie niemiłe rzeczy ludzie prawili, toteż postanowił, że zaryzykuje na pohybel i wskroś modzie i głupocie. Wkroczył do jaskini. Było tam zupełnie ciemno. Giovanni nic nie widział, a mimo to zrobił parę kroków i przemówił:
– Witam. Czy jest tu Wąż? Jam Giovanni poznaj mnie.
– Któżżż cię przysssyła człowieku…? – dobył się metaliczny, sykliwy głos z ciemności jaskini.
– Przysłał mnie Żółw, a uciekam przed Joginem-który-gadał-do-Gada. – spokojnie odparł Wężowi Giovanni. – Jak ci na imię, Wężu? – dodał.
– Zwą mnie Wążżż, a mówiszszsz, że przysssyła ciebie Żżżółw? – zasyczał Wąż.
– Owszem Wężu. Żółw rzekł mi, że masz coś dla mnie. Coś co mi się przyda podczas wędrówki mojej drogą, która wiedzie pod Górę.
– Prawda to. Więc Sssłuchaj Sssergio, bo powtarzał razy dwa nie będę sss. Zzzwą mnie uzzzdrowicielem. Bo leczę ten świat. Wszszszakże zss zzzamierzchłych czasssów nie na darmo Wążżż pojawia się przy sssymbolach zzzdrowia. Zwą mnie odnowicielem, bo sssprawiam, że początek ssstaje się końcem. Nie na darmo więc zzzjadam ssswój ogon jako początek i jako koniec. I nie bez powodu oplatam szyję Pana Śiwy – mówiąc, to a raczej sycząc, coś poruszyło się, to za, to przed Giovannim. – Jednak zzzwą mnie też kusicielem. Bo kuszszszę. Kuszszszę by się działo jak się miało dziać. Kuszszszę byś poznał tajniki życia i umysłu. Daszszsz się ssskusić?
– Tak! – I znów Giovanni się wahał, jednak zdecydował się. Postanowił zaufać Żółwiowi, bo tak mu powiedziało serce. I zaufa Wężowi, bo ufa Żółwiowi. Ale…ile ryzykuje?
– A więc dobrze, dobrze. Ssspójrz tylko. Jeden Wążżż. A tyle sssprzeczności. A teraz przejrzyj na oczy. I ssspójrz na domossstwo moje. – Wężowi zaświeciły się oczy.
I wtem rozbłysnęło coś, a Giovanniemu ukazała się całkiem schludna jaskinia. Zapełniona różnego rodzaju ziołami, owocami i grzybami oraz innymi nieznanymi Giovanniemu specyfikami.
– Co widziszszsz, co widziszszsz? Zioła, czary, ssspecyfiki? Nie! Nie mów nic. Daj mi rzec. I nie przerywaj. Przypomnij sssobie, co ludzie jedzą. Wssspomnij na to!  To co żyło. Lecz jużżż martwe. Żeby żyli, jedzą śmierć. Ssstara zasssada bardzo ssstara. Jak coś dajeszszsz, to to wraca. Dali śmierć zwierzęciu. To i śmierć do nich wróciła. Umierają, martwią w oczach. Wbrew pozorom nawet zdrowym. Zdrowie tylko od życia dossstane, nie siłą przez śmierć odebrane. Jam jest wężem taka dola, żem z natury jeść inaczej muszszszę. Inne zwierzę też tak mają. Pan Ahura zwany Mazdą karmi ich tak od ssstworzenia. Jednak człeku, ty, żeś inny. Wssspomnij na to. Wssspomnij sssyczę! Dobra dieta tobie dana. Zdrowia doda, choroby odegna. Na wędrówkę przyda ci się. Jedz owoce, kłącza, korzenie, warzywa i wszyssstko czym cię karmi Ziemia. Przed Arymańssską dietą ssstroń. Jam uzdrowiciel, odnowiciel i kusiciel. Kuszszszę zdrowiem, odnawiam życie i uzdrawiam chorych. Ssskusiłeś się. Dobrze zrobiłeś. Teraz idź i żyj zdrowo. Na natury łonie. Taka dola jest Szszszamana, jako i moja. Nie zabijaj ssstworzeń Bożych daj im życie, boś jest wyższszszy. Głowa w chmurach, pełznie po glebie.
– Za naukę ci Wężu twą dziękuje szczerze, do serca ją wziąłem jak tą Żółwiową. Już ruszam Wężu Szamanie. Jednak spytam jeszcze o jedno. Którędy do Traszki udać się mam, by sprawy odkryć sedno? – Giovanni ukłonił się
– Zanim pójdzieszszsz. Dla cię mam coś. Ssspójrz to tam jessst przy ścianie. Kossstur, lassska, kij wędrowca. Od Szszszamana dla Włóczykija. Z Głową Wężą i Górssskim Kryszszształem da ci siłę i energię złą zatrzyma. Weź to. Bierz to proszszszę. To podarek jest ode mnie sss.
I Giovanni podszedł do ściany, chwycił kostur przymierzył się doń, przerzucił z ręki do ręki i stwierdził, że mu pasuje. Chciał zapytać Węża, którędy do Traszki, ale Wąż go uprzedził.
– Masz już kossstur ssswój Wędrowcze. Teraz droga twa do Traszszszki. Wejdź do środka, w głąb jassskini, wzdłóż podziemnego ssstrumienia. Aż do ujścia na powierzchni, kossstur twój cię zaprowadzi. Teraz w drogę , bo czasss nagli. Płyń jak statek, choć bez żagli.
I wtem Wąż znikł. Znikł totalnie tak jak Żółw wcześniej. Giovanni wziął w dłoń swój kostur i ruszył przed siebie, w głąb ciemnej jaskini. Mrok tej jaskini, był większy niż w najciemniejszą noc. Ciemności nieprzeniknione, że można by je nożem kroić. Giovanni przeszedł parę kroków i trafił na ścianę. Zwrócił się w drugą stronę, znów przeszedł parę kroków i wszystko się powtórzyło. A do tego miał mętlik w głowie od słów węża, i tej całej wędrówki. Zaczynał się zastanawiać jaki jest cel  tego wszystkiego. Czy ta świadomość mu potrzebna? I czy nie jest ona gorsza od globalnej nie-świadomości w jego wiosce. Aby nie wyrządzić sobie krzywdy w postaci poobijania się o ściany jaskini, Wędrowiec zaczął chodzić po omacku. Używając swego kosturu jak niewidomy, wyklepując sobie drogę wśród mroku. Jednak w pewnym momencie i to zaczęło być trudne, gdyż strop jaskini to się zwyżał, to się zniżał, co wymuszało na Wędrowcu ciągłe schylanie się i wstawanie.
Zagubiony Giovanni przystanął podpierając się swym Wężowym Kosturem jak to go zwykł nazywać. I zaczął myśleć:
– Zagubionym jestem. I cóż począć. Myśleć przyszło jeno mi w tej godzinie nieprzyjemnej. Lecz mam jeszcze jedną opcję, całkiem z księżyca. Mam swój Kostur, Wężowy kostur. Zyskałem od węża mądrość a mawiają, że prawdziwa mądrość rozświetli każde mroki. Czas rozbudzić w sobie swoje Wewnętrzne Światło. – i uderzył końcówką kostura w ziemię. Spod niego wyłoniło się światło i rozświetliło cały korytarz.
Giovanni się uśmiechnął i czym prędzej pobiegł wzdłuż jaskini, omijając wszelkie przeszkody. Po chwili wybiegł z niej. Bardzo się cieszył, że znalazł się wreszcie na powierzchni. W miejscu gdzie jaskinia się kończyła, wypływał strumień spod ziemii, wszędzie było dużo drzew, strumień tworzył jeziorko i znikał w gęstwinie lasu. Zagajnik leśny w samym środku doliny górskiej. Dziwne to rzeczy myśli Giovanni. Czym prędzej więc zaczął wodzić wzrokiem szukając Traszki. Jednak zanim zdążył się zapytać chociażby czy jest tu ktoś taki to usłyszał cienki głosik i chichot.
– Witaj hihihi nieznajomy – zdawało się jakby to samo jeziorko mówiło. – Cóż cię sprowadza nad moje moczary?
– Jam od Żółwia i Węża przychodzę. Imię moje Giovanni. Uciekłem Joginowi-który-gadał-do-Gada. I wiadome mi tylko, że masz coś na wyposażenie dla mnie w drogę dalszą po górach tych.
– Miło mi, Giovanni hihihi. Jestem sobie Traszka. Straszne to rzeczy opowiadasz. Żółw, Wąż, jogin, Gady? Ja nie znam takich. Hihihihi. Ale dobrze trafiłeś. Dać ci mogę to czego potrzebujesz w drogę dalszą. Powiedz mi jedno. Co czujesz?
– Ciekawość, ekscytacje i zmęczenie.
– Rozumiem. A za domem nie tęsknisz?
– Owszem Traszko. Tęsknie. Jednak nie powstrzyma mnie to przed pójściem dalej w drogę Ścieżką-która-wiedzie-pod-Górę.
– Dobrze, to dobrze. Determinacja u ciebie jest. Hihihihi. Ale słuchaj uważnie. Chwała ci, żeś na Żółwia i Węża trafił. Chociaż na nich pewnoś najpierw musiał nadepnąć hihihi. Wracając – wielu spośród tych co idą pod górę, lub wydaje im się że idą. Wiele traci. Porzucają wszystko, porzucają siebie. Miłość, Rodzina, Przyjaźń, Dom. To wszystko tracą. A to święte jest zaiste. Spójrz tu. Tu do jeziora. Nachyl się. Co widzisz?
– Rośliny wodne, Traszko. Kijanki, żabki, rybki, ślimaczki, nartniki i jednego pływaka żółtobrzeżka. – powiedział nachylając się. Sondował jeziorko wzrokiem.
– Tak tak. To mój dom, to moja rodzina, to moi przyjaciele. – Traszka zaczęła być dziwnie poważna – Czy straciłeś wiele idąc w tą drogę? A gdybym powiedział Ci, że droga twa wiedzie, właśnie do twego jeziora? Jezioro Szczęścia twego. Idziesz. Bo chcesz. Chcesz czegoś. Szukasz szczęścia. Ale jedni myślą, że znaleźli, a to jest ich ułuda. Znajdź ją tam gdzie miłość ta prawdziwa jest jedyna od Stwórcy nadana. Nie porzucaj więc, choć konieczne to czasem. Ale też nie posiadaj bo to co posiadamy najczęściej tracimy. Po prostu bądź tu-i-teraz. Kochaj i żyj. Wiara, nadzieja i miłość. Czyż nie piękne to? Wnet Jezioro Szczęścia twego pełne będzie. Kto się postara ten będzie miał. Tylko zadbaj o to. I Twoja w tym głowa.
– Dziękuje ci Traszko, za twe nauki. Nieocenione one są, jak Węża i Żółwia. Przyjaciele moi niechaj błogosławieni będziecie wy i gatunki maści waszej, jeziora, łuski i skorupy. – wypowiadając te słowa zrobił dziwny ruch rękami.
– A i ja..hihihihi. Ja pobłogosławie cię częścią mojego jeziora. Podejdź tu i napij się. Poznasz smak szczęścia. Gdy spotkasz je jeszcze kiedyś po smaku je poznasz. Lecz nie próbuj nic pochopnie. Hihihi.
I podszedł Giovanni do jeziorka. Nachylił twarz, zanurzył dłonie nabrawszy do nich wody i napił się. Woda miała przecudowny smak. Zrobiło mu się ciepło na sercu, podniebienie przeżywało nieziemskie rozkosze. Odpłynął na chwilę nie wiedząc co sie dzieje, tak, że wstajac prawie wpadł do jeziora.
– Teraz wiesz już. Hihihi. I czas Twój iść dalej. Zejść z tej doliny. Doniosły mnie słuchy, że jogin cię ściga. Nie zawracaj. Idź w bok tu na zachód, dojdziesz do skałek. Idź nimi do góry, aż do przejścia wietrznego. Bywaj Giovanni.
– Bywaj Traszko! Jeszcze raz Ci dziękuje – mówiąc to Giovanni pobiegł nie spiesząc się zgodnie ze wskazówkami Żółwia.
I biegł tak Giovanni ścieżką wskazaną mu przez Traszkę. Zauważył, że nie spiesząc się, nie męczy się. Oddycha równo i harmonijnie. I wydawało mu się, że to nie on biegnie tylko stoi w miejscu, ale to cały świat przesuwa mu się pod stopami. Bezpośpiechowe-bieganie tak dobrze mu wychodziło, że gdy dotarł do skałek, wybiegł na nie, a co większe forsował z pomocą Skrzydeł Wiary i Wężowego Kosturu. Przed ostatnią postanowił odsapnąć, bo bardzo się zmęczył; nie da się pokonać tak łatwo ograniczeń ciała. Mimo wszystko wybieganie pod górę jest męczące, nawet jeśli się przy tym nie śpieszy. Góry to niepokonany przeciwnik. Należy im się szacunek i poważanie. Po tej chwili odpoczynku Giovanni szybo sforsował ostatnią skałę. Była ogromna. A na niej stały dwa nieregularne skalne filary. Wędrowiec już miał zrobić krok za nie kiedy usłyszał znany mu głos:

Bestia szczwana, co obraża jogina jak nędznego gada
że jest stary i umi tylko na „da-da-da”
już ja go rozsmaruje na skałach jak do ust pomada,
zdepcze go gadów parada,
ku chwale jogina-który-gadał-do-gada.
Za tą zniewagę czeka cię zagłada!
Da-da-da-da da-da!

Hej!

I rzucił się do szyi Giovanniemu Jogin-który-gadał-do-Gada. Wyskoczył wysoko. Bardzo zwinnie i szybko jak na starego dziada. Ale Giovanni mając Kostur był gotowy na atak z każdej strony, więc odsunął się tylko i puknął nim jogina z całej siły w głowe. Turban spadł, jogin się zakołysał, przewrócił, a Giovanni zepchnął go w dół, na skały. Serce całe mu drżało. Przetarł czoło z potu, i chciał ruszyć dalej. Wtem na drodze pojawił się Żółw.
– Witaj ponownie – przemówił swym żółwim tempem Żółw – Giovanni co wędruje-pod-Górę. Muszę przyznać, żeś przebył długą drogę człowieku, choć jesteś ludziem nowego wieku. Wszak to ostatnia tutaj z nami twa przygoda. A teraz wystąp więc przed te filary i powiedz mi co twe oczy uwidziały.
– Ach Żółwiu, widzieć cię to miód na serce moje. Jak tam zdrowie twoje? – mówiąc te słowa Giovanni przestąpił przez filary – Ależ….ależ tu nic niema. Przepaść , istna, zapaść, dziura. Roztrzaskam się o skały gdy pójdę dalej.
– Mimo, iż masz mądrość wolna, zdrowia i miłości jednak krocząc tu nic nie strzaska twoich kości. Nie patrz oczyma, one mylą. Jesteś Wędrowcem, a to znaczy wiele. Poczciwość, mądrość, miłość i wolność w dwóch znaczeniach. Popatrz tu sercem, tak jak stoisz, jak bije. Co widzisz zobaczysz. – Żółw mówiąc to nie przyśpieszał, ani nie zwalniał.
– Mimo, iż oczy mnie zawodzą to nadal nimi widzę przepaść. Jednak serce widzi drogę dalej. Czy kroczyć?
– Nie pytaj się głupio, tylko właź pod górę. Czas ruszać ci w drogę, po następną naukę.
Żółw i Giovanni gdy tak stali twarzami do rzekomej przepaści, nie zauważyli ruchu za ich plecami. Rozczochrany, wychudzony, stary półnagi dziad z pokrawawioną twarzą i wybitymi paroma zębami, korzystając z chwili nieuwagi chwycił Żółwia i cisnął nim o najbliższy filar. Giovanni szybko zareagował gdy tylko usłyszał krzyk Żółwia. Zaatakował, jednak nie zdołał dosięgnąć jogina tym razem. Widać na Jogina-który-gadał-do-Gada, atak kosturem działa tylko raz. Oczy Giovanniego zapłonęły, kiedy zobaczył umierającego Żółwia. Walił kosturem na oślep po skałach próbując dostać Jogina. Jednak ten unikał jego ataków i krzyczał tylko „hej, hej hej!”.
Wtem niespodziewanie, z jednego filaru zeskoczył Wąż, a z drugiego Traszka. Traszka czym prędzej podbiegła do Żółwia, a Wąż rzucił się na jogina, owinął się w okół jego szyi i obnażył spore jadowe kły. Począł kąsać raz po raz Jogina w szyje, w twarz i pierś. Jednakże Jogin bezradny nie był i zaczął siłą zrywać Węża z siebie. Zszokowany Giovanni nie czekając ani chwili, pacnął kosturem Jogina w splot słoneczny, potem w głowę, i podskakując w górę podciął mu nogi. Wąż odwinął się z drgającego w konwulsjach ciała jogina, spojrzał mu hipnotyzująco w gasnące oczy i podpełzł do Giovanniego.
– Możżże i zzzwą mnie Uzzzdrowicielem, albo Odnowicielem lub Kusicielem. Ale także zwą mnie Niszszszczycielem. Nie bez powodu Węże towarzyszszszą apokalipsssą.
Ale Giovanni nie bardzo słuchał Węża. Stał już obok Traszki trzymając na dłoniach rannego Żółwia. Łzy leciały mu po policzkach spływając na ziemię.
– Żółwiu…przyjacielu! Nie odchodź. Nie teraz. Żółwiu. – dało się ledwo słyszeć przez szlochanie.
Jednak Wąż podpełzł do Giovanniego ponownie, popatrzył na Żółwia i zaczął coś syczeć.- Nie lękaj się o niego Sssergio. Taka dola Szszszamana, ze chorych jużżż leczymy. – wysyczał wijąc się w dziwnym tańcu obok cierpiącego Żółwia. Żółw nie zajęczał ani razu. Twarde zwierzęta z tych żółwii. – Tydzień kuracji, zioła najprzedniejsze, w sssadzawce Twej Traszszszko kuracja kolejna i jak zzzdrów będzie naszszsz Żżżółw. Nie płacz przyjacielu.
– Hihihi. My Trzech Mędrców Dawnych, wiedzieć tyś to winien teraz. Aże dziada Jogina-co-gadał-do-Gada pokonał to szacunek ci na wieku Giovanni. Teraz możemy bezpiecznie żyć i nauczać prawdy Gady i inne Płazy wszystkie. Siostry i braci naszych. Hihihi. Ale wpierw Żółwiem się zajmijmy.
W tym momencie, ze zwierzaków wyłoniło się oślepiające światło, aż Giovanni się przewrócił. Nad miejscami gdzie przedtem były teraz widniały trzy Duchy. Najmędrsze z Najmędrszych. Jeden z nich. Ten symbolizujący Węża, zrobił znak ręką i wszystkie trzy świetliste zjawy zniknęły. Zaś za Giovannim nad przepaścią pojawił się most.
– Żegnajcie duchy Żółwia, Węża i Traszki. Dziękuje wam za waszą mądrość. – mówiąc to złożył pokłon w miejscu gdzie przedchwilą byli. Powoli wstał, wszedł na most i zanim się obejrzał już był na drugiej stronie.


<- Część poprzednia | Część następna ->

Facebook Comments

Dodaj komentarz