Ghost in the Shell – recenzja

Ecce Homo”. Te dwa wyrazy, które wyszły z ust Poncjusza Piłata, który skazał Chrystusa na śmierć poprzez ukrzyżowanie, są idealne do określenia charakteru każdego produktu rodem z cyberpunku. Jest to świat, w którym implanty zastępują wiele części ciała lub usprawniają już istniejące by uzyskać większą efektywność organizmu. Jest to też świat, w którym cały czas przewija się to samo pytanie „Ile zostało człowieka w człowieku”, biorąc pod uwagę, jak człowiek coraz bardziej zmienia się w maszynę. Można powiedzieć, w pewnym sensie cyberpunk to miejsce, w którym poczuje się dobrze i humanista i inżynier. Jednym z klasyków takiego świata jest japońska manga „Ghost in the Shell”, która była w swoim czasie fenomenem na skalę światową. Na jej podstawie stworzono filmy, anime i recenzowany przeze mnie film.     Naczelnym pytaniem, które sobie postawiłem przed seansem to było to, czy amerykańska adaptacja mangi dobrze odda ducha oryginału. W końcu nie raz mieliśmy przykłady, jak naczelni pożeracze hamburgerów potrafili skopać piękny, japoński klasyk (patrz: „Dragon Ball: Ewolucja”). To też nic dziwnego, że podchodziłem do tej produkcji jak zdrowy do chorego: z dużą ostrożnością. W ostatecznym rozrachunku, nie zaraziłem się od niego, ale też nie byłem do końca usatysfakcjonowany, że musiałem tam być.

Tytułowa „Dusza w muszli” ma oznaczać przeniesienie świadomości do nowego, cybernetycznego ciała. Przebiegała ona poprzez transfuzję mózgu do sztucznego ciała, tworząc cyborga z ludzką świadomością. Był to rodzaj nadawania nowego życia zmarłej cieleśnie osobie. Pierwszym takim tworem była niejaka Major, która miała stać się bronią pod kontrolą korporacji „Hanka Robotics”, potężnego molocha, zajmującego się cyfryzacją i robotyką, a także implantami. Została przydzielona do oddziału do zadań specjalnych, jak usuwanie terrorystów. Podczas jednej z akcji dochodzi do napotkania zhakowanych robotów, którzy zdają się uśmiercać naukowców pracujących dla „Hanka”. Aby rozpracować cyberterrorystów, Major decyduje się wejść w rdzeń jednego z robotów, w którym to odnajduje coś, co odmieni jej sposób patrzenia na świat oraz swoją przeszłość.

Osobiście nie lubię cyberpunku ze względu na dość oczywiste pytanie, o którym wspominałem na początku. Nie mniej, gdy świecił swoje triumfy na salonach, takie pytanie było dość chwytliwe i kształtowało bardziej dorosłe spojrzenie na science fiction. Obecnie jednak jest ono tendencyjne. Z tego względu, film zdaje się być spóźniony o co najmniej 20 lat, gdyż widzowie są w stanie wyrazić pogląd na zadane pytanie. Czy to jednak sprawia, że film jest zły? Nie. „Ghost in the Shell” może i nie przejdzie jako szczególny klasyk, ale też nie będzie można go określić jako dno. Mimo tego, brakowało mu jakiegoś pazura. Sceny akcji, które się pojawiły się w filmie, były dla mnie kręcone na odczep się, jak typowe sceny z filmu sensacyjnego. Tymczasem z racji gatunku, można było sobie pozwolić na większe szaleństwo. Co więcej, film był mało brutalny. Nigdy nie wyznaczałem tego aspektu jako elementu decydującego, ale w tym wypadku ma spore znaczenie. Cyberpunk z założenia nie jest miłym miejscem, gdzie łatwiej dostać kulkę niż uśmiech przechodnia. Nie mówię tutaj o scenach gore, ale gdy się strzela, krew powinna lecieć aż się patrzy. Wiele ofiar to były co prawda roboty, ale ludzie też dostawali swoje strzały w łeb.

Aktorstwo. Na pozór drewniane, w rzeczywistości – takie, jakie oczekiwałem. „Ghost in the Shell” to adaptacja dzieła pochodzącego z kraju Kwitnącej Wiśni i większość akcji działa się właśnie w Japonii. Tamtejsza mentalność sprawia, że większość jej mieszkańców zachowuje stoicki spokój. Druga rzecz – część bohaterów to roboty w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jak można się spodziewać uczuć od robotów lub cyborgów? Wracając do aktorów: Scarlett Johansson grała już w wielu filmach akcji (począwszy od serii Marvela po „Lucy”), więc doskonale wiedziała, jak się zachować na planie. Co więcej, jej charakteryzacja sprawiała, że faktycznie mogła by uchodzić za japonkę, dzięki czemu wielu fanów oryginalnej adaptacji odetchnęła z ulgą na jej widok na ekranie. Niestety, reszta aktorów grała co najwyżej średnio. Partnerujący Scarlett Pilou Asbæk z założenia miał być śmieszno-poważny, Takeshi Kitano odgrywać starego, mądrego Japończyka, a więc odgrywali jakiegoś pewnego rodzaju wzorce, a nie konkretne postaci. Jedynie Juliette Binoche, jako współczująca doktor, zagrała najlepiej z całej obsady z drugiego planu, ale tego można było oczekiwać od tak doświadczonej aktorki. Co do czarnych charakterów, mieliśmy ich aż dwóch, z czego ten grany przez Michaela Pitta zdawał się być najlepiej zagrany z racji chyba najbardziej niebanalnej postaci w całym filmie.

Jak na razie, mało zachwalam, a więcej krytykuję. To teraz na odwrót. Muszę pochwalić specjalistów od efektów specjalnych. Idealnie odwzorowali miasto w klimacie cyberpunku. Wielkie hologramy, wielopiętrowe konstrukcje w stylistyce futurystycznej, które kontrastują z budynkami modernistycznymi (czyli naszymi, współczesnymi) czy też animacje implantów czy samych robotów. Wszystko było tak realistyczne, że nawet bez okularów 3D miało się wrażenie, jakby się tam znajdowało. Świetnie to współgrało z kamerą, która wiedziała, jak odpowiednio podkreślić klimat miasta, a także akcję i mimikę postaci. Za muzykę odpowiadał Clint Mansell, czyli doświadczony kompozytor i twórca soundtracków do filmów takich jak „Requiem dla Snu” czy „Źródło”. Niestety, o ile mogę powiedzieć o tych filmach, że muzyka była jednym ze znaków rozpoznawalnych tych produkcji, to w przypadku „Ghost in the Shell” utwory nie były szczególnie zapadające w pamięć, aczkolwiek oddawały klimat przedstawianego świata.

Gdybym miał odbierać film „Ghost in the Shell” jako film właściwy cyberpunkowi, czyli akcja wymieszana z humanizmem, to w mojej ocenie jest mocno spóźniony. Co prawda widz nie widzi problemu z wtórnością, to jednak domaga się ulepszenia formy. Amerykańska adaptacja mangi nie jest niczym odkrywczym pod kątem fabularnym, nie mniej, jest świetnym widowiskiem, zwłaszcza, gdy widz ma okazję skupiać się na poznawaniu niuansów świata cyberpunku, a nie na akcji. Dlatego też, jeśli miałbym go polecić komukolwiek to prawdopodobnie osobom, które jeszcze nie zapoznały się dobrze z tym typem science fiction, a nie chce za bardzo kopać w klasykach, jak „Łowca Androidów”.

Facebook Comments

Dodaj komentarz