Przemysław Kubisiak – Ratunkowy wyrok

Kamienna posadzka zionęła chłodem i przeszywała aż do szpiku, po zaledwie kilku dniach łamiąc reumatyzmem i dotkliwymi chorobami kości. Obślizgłe i wilgotne ściany przypominały zapyziałą jaskinię, w której niegdyś chował się stworzony przez Wiktora Frankensteina potwór. Stalowe wrota z małym odsuwanym okienkiem były jedyną drogą do wolności o której w tym miejscu można było jedynie pomarzyć. Zakratowane okienko po drugiej stronie celi wznosiło się na czwartym metrze wysokości nie dając sposobności do zaglądnięcia w świat, który umierał po drugiej stronie muru. Wykute w ścianie stopnie pozwalały wyjrzeć na zewnątrz, lecz mało kto był w stanie zdobyć się na taki trud. Wycieńczony i skostniały z zimna więzień leżał zwinięty w kłębek w ciemnym kącie celi otoczony surowymi ścianami z wyrytymi napisami, pozostawionymi przez poprzedników. Brudne i zsiniałe stopy zdradzały pierwszy stopień odmrożenia, podobnie ręce i zziębnięte policzki czy raczej już tylko kości twarzy. Porwane i brudne spodnie wisiały na wychudłym ciele niczym dywan na trzepaku, zaś poszarpana i umorusana krwią koszula zakrzepła na usianych ranami plecach. Więzień leżał na zawszonym materacu, który cuchnął krwią, trupem i zionął widocznymi gołym okiem bakteriami. Umarło na nim wielu, choć widząc do czego zmierza obecna władza, pewnie zdechnie jeszcze nie jeden. Poblask słońca wdarł się do więziennej pieczary, padając na opuchniętą i zarośniętą twarz osadzonego, która ukazała zbite i umęczone oblicze dogasającego niczym świeca, życia.

W tle więziennego korytarza dało się słyszeć ciężkie i regularne niczym metronom kroki. Zbliżały się szybko, niosąc charakterystyczny pogłos i stukot. Przerażony więzień otwarł spuchnięte oko modląc się zarazem, aby zbliżające kroki minęły zajmowaną przez niego celę. Dźwięk ustał, zaś po chwili dało się słyszeć metaliczny brzęk obijających się w pęku kluczy. Stalowa zasuwa zgrzytnęła z ciężkim metalicznym brzękiem, zaś w progu celi stanął okutany w wojskowy mundur mięśniak. Wysokie buciory, broń przy pasie, gumowa pała w ręku, oraz nieskalane żadną myślą twarz, zdradzały, że to tępak mający doprowadzić więźnia na przesłuchanie, bijąc przy tym mocno i skutecznie.

– Wstawaj ścierwo! – warknął mięśniak plując w stronę zwiniętego w kłębek aresztanta – idziemy – dodał jakby trudno było się domyśleć.

Więzień nawet nie drgnął, jednie dało się słyszeć cichy skowyt, spowodowany strachem przed tym co znowu musi nastąpić.

Nie czekając długo mięśniak chwycił wiadro, zalane do połowy zimną wodą, które dla osadzonego miało pełnić rolę toalety. Cisnął śmierdzącą i lodowatą zawartością wprost na zwiniętego w rogu człowieka. Zmrożona ciecz rozbiła się na więźniu niczym szkło o kamień. Mimo bólu i braku czucia w nogach osadzony zaczął wstawać, kwiląc przy tym i płacząc jak dziecko. Chwiejąc się na gibkich i ledwo stabilnych nogach wstał sprawiając wrażenie, że to wszystko na co może się zdobyć.

– Wyłaź śmieciu! – rozkazał strażnik dając znać, że pałka, którą dzierży w dłoniach za chwilę pójdzie w ruch.

Ruszył. Powoli, niezdarnie, wyciskając przy tym najgłębsze pokłady woli i ludzkich możliwości. Długi i ciemny korytarz niósł ze sobą echo każdego kroku niczym kolejowy bunkier. Szuranie i powłóczyste ruchy nóg odbijały się od ścian mknąc po kamiennym sklepieniu. Mężczyzna zatrzymał się na chwilę chwytając wilgotną ścianę i próbując nie stracić równowagi.

– Szybciej! Nie mam dla ciebie całego dnia! – ponaglał oprawca.

Po kilkunastu minutach dotarli do dębowych drzwi ozdobionych tabliczką z napisem „dowódca”. Strażnik zapukał używając pięści po czym wszedł do środka.

– Przyprowadziłem więźnia – poinformował przyjmując wyprostowaną pozycję.

– Wprowadzić – odparł głos z końca sali.

Oświetlone pomieszczenie przypominało gabinet z czasów II wojny światowej. Proste meble z grubych drewnianych bali ograniczały się do dużego biurka, kilku krzeseł wyściełanych skórą i regału z alkoholami. Na podłodze – również drewnianej leżał okrągły dywan z wyhaftowanymi kontynentami, idealnie pasujący do wystroju. Wszędzie było czysto i schludnie, zaś w powietrzu unosił się przyjemny aromat kawy. Więzień wszedł do środka rozglądając się w miarę możliwości. Za biurkiem siedziała młoda kobieta, przywdziana – na pierwszy rzut oka – w mundur galowy. Czarna marynarka połączona z kusą spódniczką podkreślały linię zgrabnej i atrakcyjnej przedstawicielki płci pięknej.

– Siadaj! – przemówiła kobieta wskazując więźniowi specjalnie przygotowany taboret.

Mężczyzna chętnie skorzystał z propozycji usadawiając się wygodnie i odciążając sfatygowane nogi.

– A więc to ty jesteś tym słynnym agentem?

Więzień otaksował kobietę od stóp do głów, jednak nic nie odpowiedział.

– Zdajesz sobie sprawę, że nie pozwolę ci umrzeć, póki nie wyśpiewasz wszystkiego jak na spowiedzi?

– Śmierć byłaby nagrodą! – stwierdził zachrypniętym głosem więzień.

– Dlatego będziesz katowany tak, byś nie umarł szczurze! Dwa dni odpoczynku i kolejne lunty! Zobaczymy kto wytrzyma dłużej! – poinformowała kobieta odpalając papierosa.

– Już mówiłem! Nie mam nic do powiedzenia! Bierzecie mnie za kogoś innego! – żalił się łamiącym głosem więzień.

– Zatem zacznijmy od początku! – zaproponowała dowódca – Nazwisko?

– Kowalski! – odparł mężczyzna.

– Imię?

– Wiktor!

– Czyli wszystko się zgadza! Miejsce zamieszkania?

– Kraków!

– Zawód?

– Naukowiec!

– Mów dokładnie! Bo strażnik zapozna cię z gumową pałą! – zastraszała kobieta gasząc niedopalonego peta.

– Pracownik Katedry Astronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika.

– Otóż to! – szemrała mundurowa obchodząc wokół zgarbionego mężczyznę – Zatem nie ma wątpliwości. Powiedz mi wszystko a puszczę cię wolno!

– Ale co mam powiedzieć? – żachnął się pobity.

– Już ja ci przypomnę! Woźniak! – krzyknęła dowódca przywołując czekającego za drzwiami strażnika.

Drzwi otwarły się błyskawicznie. W progu stanął znajomy mięśniak. Kiedy ruszył w stronę więźnia, widać było, że w dłoni trzyma drewniany kij, zakończony niczym łowiecki harpun. Nim więzień zdążył się zorientować, drewniany bat wbił się w jego plecy siejąc dotkliwy i promieniujący ból. Mężczyzna padł na ziemię zwijając się jak wąż. Kolejne ciosy otwierały stare rany dając mięśniakowi przyjemność z pastwienia się nad naukowcem. Okuty but strażnika zagłębił się w klatce piersiowej Kowalskiego łamiąc przynajmniej jedno z żeber. Ciemna mgła przed oczami przysłoniła skąpaną bólem rzeczywistość.

– Wystarczy! Zaraz go zabijesz kretynie! – wrzasnęła kobieta odciągając mięśniaka od ofiary, która leżała na ziemi nie dając żadnych oznak życia.

***************************

– Czy to na pewno ten który zmasakrował naszych?

– Nie mamy wątpliwości panie marszałku – odparła kobieta zdając raport przełożonemu.

– Skoro tak to nie pozostaje nic innego jak wykończyć dziada! – skwitował obwieszony medalami żołnierz – Zabić go najpóźniej jutro. To rozkaz – dodał.

– Panie marszałku – wtrąciła z odwagą mundurowa – Mam pewną propozycję.

Marszałek wstał z fotela dając znak, aby kontynuowała, sam zaś sięgnął po napełnioną do połowy szklankę z bursztynowym alkoholem.

– Osadzony jest pracownikiem naukowym na Uniwerku Kopernika. To Adiunkt wydziału Fizyki i Astronomii. Za rok ma obronić doktorat.

– Jaki temat?

– Możliwość kolonizacji Marsa w XXI wieku!

Mężczyzna wychylił zawartość szklanki pocierając usta rękawem.

– Jesteś pewna?

– Mamy jego teczkę – poinformowała – Jest tylko pewien problem. Odkąd go zatrzymaliśmy utrzymuje, że z kimś go pomylono. Doszłam do wniosku, że musiał stracić pamięć, albo najzwyczajniej w świecie jest chory psychicznie. Sprawdziliśmy wszystko i nie istnieje możliwość pomyłki. Faktem jest, że w Krakowie mieszka kilkunastu Wiktorów Kowalskich, ale tylko jeden jest pracownikiem naukowym Kopernika na tym wydziale.

– Postaw mu ultimatum – przerwał wywód marszałek wracając na swoje miejsce – Albo zgodzi się na naszą propozycję, albo załatwcie go. Nie przewiduje innej możliwości. Jeśli to wszystko, odmaszerować – dodał.

 

*******************

 

Otworzył oczy. Zamiast pierwszego obrazu celi skołatane nerwy przypomniały o pulsującym w klatce bólu. Nie był w stanie myśleć racjonalnie. Zastanawiał się przez chwilę czy to życie, czy już piekło, choć oba miały równie niesprawiedliwy charakter. Kiedy złapał pobieżny obraz celi, zdał sobie sprawę, że nie jest sam. W rogu pomieszczenia siedział – równie obszarpany jak on – mężczyzna. Kowalski podniósł się z wielkim wysiłkiem opierając plecy o zimną i wilgotną ścianę.

– Jesteś snem czy jawą? – zapytał masując stłuczone żebra.

– Myślałem, że cię zabili – odparł tamten – Nie dawałeś znaków życia.

– Wszelki duch! – stęknął z radości naukowiec na widok towarzysza.

– Stiepan Novakov – przedstawił się współwięzień podając rękę siedzącemu.

– Ten Novakov od badań atmosferycznych układu słonecznego?

– Tak, ale skąd wiesz?

– Wiktor Kowalski – przedstawił się Polak – Adiunkt Wydziału Fizyki i Astronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

– Kolega po fachu – za grypsował Ukrainiec – Za co cię tak katują?

– Twierdzą, że zabiłem dwóch oficerów z ich wywiadu chcąc uzyskać tajne informacje o przebiegu ostatniej misji załogowej na Marsa.

– I co? Zabiłeś ich?

– Skąd. Widziano mnie w ich towarzystwie. Chciałem zdobyć trochę danych do doktoratu i pytałem do kogo mogę się udać i popytać. Odprawili mnie z kwitkiem grożąc, że jeśli nie odejdę to nie zdążę zbierać zębów – tutaj otarł widoczny na ustach skrzep krwi który pękł pod wpływem ciągłych ruchów warg – Później pamiętam tylko wyskakujących z ciężarówki mundurowych którzy walili do mnie środkami paraliżującymi. Obudziłem się tutaj.

W celi zapadła cisza, jakby Ukrainiec trawił usłyszaną przed chwilą opowieść.

– A ty? Za co tu jesteś?

– W moim przypadku nie ma wątpliwości co do tego kto zawinił – odparł śmiejąc się pod nosem – Wykradłem dane z tajnego serwera Federalnej Agencji Kosmicznej „ROSKOSMOS”. Złapali mnie po trzech godzinach. Nie pytali o nic, a ja się nie broniłem. Wiadomo o co chodzi – dodał.

– Co to były za dane?

– Amerykańskie transfery z ostatniej misji na Saturna, przez sondę Cassini.

– W jaki sposób dane NASA znalazły się na serwerach ROSKOSMOS?

– Jesteś jeszcze młody i masz prawo nie widzieć. Prawda jest taka, że USA i Rosja trzęsą kosmosem. Sponsorują się nawzajem, wymieniają danymi pod stołem. Amerykanie latają w Rosyjskich misjach z flagą Federacji na ramieniu. To jedna wielka mafia chłopie. Ale poza tym robią kawał dobrej roboty.

– Misje załogowe i tak nie przynoszą zamierzonych rezultatów – wtrącił z rezygnacją Kowalski.

– Dlatego wydaje mi się, że nie jesteśmy tu przez przypadek!

– Nie za bardzo rozumiem – zdziwił się doktorant.

– Pomyśl! Kogo agencje wysyłają w kosmos?

– Osz w dupę! Więźniów politycznych i prawnych! – wydukał Wiktor zrywając się z posłania i zapominając o krążącym w ciele bólu.

– Otóż to! Skazanym na śmierć nie robi różnicy czy zdechną tutaj czy w kosmosie! Wyrok i tak będzie wykonany. Istnieje jednak szansa, że któraś z ekspedycji odniesie sukces robiąc wielki krok w historii ludzkości.

– Wszechświat na żywo to chyba marzenie każdego astronoma – co tam astronoma – każdego człowieka – pomyślał Kowalski przypominając sobie o bólach pourazowych. Zobaczyć Ziemię, Księżyc, Wenus – wyliczał bujając w obłokach – Jestem gotów oddać życie za ten widok – pomyślał kładąc się na posłaniu i masując obolałe żebra.

 

*******************

 

Tym razem nie było bicia, darcia ani nawet popychania. W towarzystwie kumpla z celi prowadzono go do oszklonej windy, która z lekkim drgnięciem pomknęła ku dołowi. Stalowy cyferblat nad drzwiami podświetlał poszczególne poziomy budynku emanując tajemnicze znaczki rosyjskiej cyrylicy. Po krótkiej chwili drzwi otwarły się z charakterystycznym szmerem ukazując długi i przeźroczysty korytarz prowadzący na drugą stronę płaskiego niczym kosmiczny talerz budynku. Więźniowie spojrzeli na siebie dając wyraźny znak zdziwienia pochłaniając zarazem każdy centymetr tajemniczego obiektu. Kiedy dotarli do – sprawiających wrażenie niezniszczalnych – drzwi, strażnik przyłożył przegub dłoni do czytnika otwierając przejście do – jak się okazało – wielkiego centrum kosmicznego. Zanim zdążyli otaksować zapierający dech w piersiach widok, na horyzoncie pojawił się znana Kowalskiemu kobieta w mundurze.

– Zaprowadź ich do centrum konferencyjnego – rozkazała.

Naukowcy ponownie spojrzeli po sobie. Kowalski był niemal pewien, że wzrok Novakova przekazywał chełpiący komentarz w stylu – a nie mówiłem. Postanowił jednak podejść na chłodno oczekując dalszego przebiegu wydarzeń.

Owalna sala przypominała nieco bliską obu naukowcom uniwersytecką salę wykładową. Rzędy metalowych krzeseł ciągnących się ku górze oraz wielki stół prezydialny stanowiły całość obskurnego wyposażenia. Kiedy weszli do środka promienie zachodzącego słońca rozświetliły wnętrze na czerwono dodając ciepłego i zapomnianego dla osadzonych widoku.

– Rozkuć ich i posadzić – poleciła wchodząca do sali kobieta witając siedzących za stołem mundurowych.

Kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca dowódca więzienia przemówiła z charakterystycznym dla siebie krzykiem.

– Panie marszałku, panie generale, osadzeni – tutaj skłoniła się w stronę wymienionych osobistości pomijając więźniów – Zebraliśmy się po to, aby oficjalnie poinformować osadzonego doktoranta Wiktora Kowalskiego z Krakowa oraz doktora Stiepana Novakova z Kijowa, iż powzięto wobec panów wyrok skazujący za dopuszczenie się zarzucanych wam czynów. Pragnę dodać, iż za poradą i koleżeńską konsultacją obecnych tu dostojników, zdecydowaliśmy o niezwłocznym wykonaniu wyroków.

Kowalski przełknął ślinę, która przecisnęła się w gardle jak słoń przez zardzewiałą rurę. Nie inaczej było w przypadku Novakova, który stęknął niczym dźwigający sztangę kulturysta, pocąc się i kłapiąc wargą jak ryba łapiąca tlen.

– Chyba należą nam się jakieś wyjaśnienia? – przerwał ciszę Wiktor decydując się na odważny krok.

– Owszem – odparł podnoszący się mężczyzna z dystynkcjami marszałka na pagonach – Jesteście panowie w tajnym ośrodku badawczym zajmującym się załogowymi misjami na czerwoną planetę zwaną popularnie Marsem.

– Gdzie dokładnie jest ten ośrodek? – przerwał marszałkowi Stiepan.

– Gdyby ci powiedział, słowo „tajny” straciłyby na znaczeniu, durniu! – warknęła agresywnie kobieta.

– Racja pani pułkownik! – wtórował jej marszałek gładząc białą jak śnieg brodę – Jedyne co mogę wam zdradzić to to, iż jesteście na terenie Federacji Rosyjskiej.

– Strasznie zaawansowana ta federacja – skomentował Novakov – Miałem przyjemność gościć w Amerykańskim centrum Kosmicznym NASA i nawet tam nie zauważyłem tak zaawansowanej technologii jak tutaj.

– Istotnie doktorze Novakov, jednak z tego co się orientuje to gościłeś w NASA dawno temu. Jeśli się nie mylę to w 2005 roku? – zapytał marszałek z szyderczym uśmiechem.

– Dwa lata temu, to nie aż tak dawno – skomentował Stiepan orientując się, że coś nie gra.

– Gwarantuje, że to było dawno temu – wycedził marszałek.

– Może pan mówić jaśniej? – wtrącił się wyraźnie zniecierpliwiony Kowalski.

Nie wiadomo skąd na ekranie rozciągającym się za plecami przesłuchujących dostojników pojawił się fragment nagrania przedstawiający piętrzące się ku niebu wieżowce. Na pierwszy rzut oka wyglądały jak japońskie drapacze mieszczące w sobie małe mieszkanka zajmowane przez skośnookich mieszkańców dalekiego wschodu. Między strzelistymi budynkami przelatywało mnóstwo obiektów szusujących na różnych pułapach wysokościowych. Mijały się i wyprzedzały krążąc przy tym niczym tętniące życiem mrowisko.

– Co to za film? – wypalił znudzony projekcją Stiepan – Kolejna część Gwiezdnych Wojen?

– Może to zabrzmi dla was niewiarygodnie, ale to widok na żywo z kamery w Moskwie, zamontowanej w okolicach Placu Czerwonego.

Więźniowie spojrzeli po sobie zastanawiając, czy teraz zamiast bicia, będą im prać mózgi filmami o przyszłości.

– Jesteście w 2070 roku – poinformowała odpalając papierosa mundurowa z więzienia – Kiedy nasi agenci złapali was na przestępstwach które popełniliście, zaaplikowali wam środki nasenne i skoczyli w czasie przenosząc was do ośrodka. Wiemy czym się zajmujecie, zwłaszcza ty Kowalski, dlatego upatrujemy w was nadzieję powodzenia naszego projektu.     

– Wobec powyższego mamy dla was propozycję! – wtrącił zniesmaczony babą marszałek

– Ja się zgadzam! – krzyknął Woźniak tłumiąc łzy w oczach.

Mundurowy nie zwracając uwagi na młodego naukowca kontynuował:

– Wasze wyroki możemy zamienić na załogową misję na Marsa. Krótko mówiąc, w razie powodzenia będziecie sławni i wolni, jednak w razie bardzo prawdopodobnej porażki, zginiecie – co prawda nie za pomocą krzesła elektrycznego, lecz gdzieś tam daleko w przestrzeni kosmicznej, lub na powierzchni innej planety. Misja obejmuje lot w przestrzeni kosmicznej z Ziemi na Marsa, trzydniowe przebywanie na powierzchni czerwonej planety oraz powrót na Ziemię. Jaka jest wasza decyzja?

Mężczyźni spojrzeli na siebie znając niemal na pamięć każde mrugnięcie czy mimiczne ruchy twarzy.

– To wszystko brzmi jak opowieści z domu dla obłąkanych. Ale mam pytanie!

– Byle mądre Novakov – skomentował marszałek.

– Czy jeśli wrócilibyśmy do 2007 roku, to będziemy wolni?

– Rozbieżność skoku jest na tyle duża, że nie da się wrócić w to samo miejsce i tej samej strefy czasowej – skomentował młodzieniec wystrojony w grafitowy kubrak – Jedynie można oscylować w granicach przybliżonych do wcześniejszego położenia.

– To jak wysłaliście po nas tych pastwiących się na niewinnych ludziach bandytów?

– Czekali na was rok i trzy miesiące. Znając przyszłość, byliśmy w stanie przewidzieć, gdzie i o której dopuścicie się przestępstwa – odparł tym razem marszałek.

– Ok, ale czy biorąc pod uwagę, że wracamy do przeszłości – przyjmijmy do 2006 roku, to będziemy niewinni i oczyszczeni z zarzutów?

– Zgadza się, choć taki skok nie jest możliwy. Zatem jaka jest panów decyzja?

– Naturalnie lecimy na Marsa! – odparli niemal jednogłośnie – Kiedy startujemy?

– Za dwa dni. Dzisiaj damy wam spokój, jutro mierzycie skafandry i uczycie się obsługi, zaś w piątek rano startujecie! Na chwile obecną nie przewidujemy więcej pytań.

Kobieta pułkownik gwizdnęła przez palce przywołując stojących na zewnątrz mięśniaków. Drzwi otwarły się z wielkim hukiem odsłaniając zmierzających ku więźniom oprawców.

– Ostatnie pytanie! – krzyknął spanikowany Stiepan ciągnięty przez ochroniarza niczym pług przez konia – Ilu było przed nami?

– Kto by to liczył! – odparł marszałek żegnając więźniów gromkim śmiechem.

 

***********************

 

– Szlag by to trafił! – wkurzał się Novakov wiercąc w fotelu – Rękawy są za krótkie i piją mnie pod pachami.

– Uwierz, że wiele bym dał, żeby mnie też rżnęło pod pachami zamiast w dupę – skwitował wyraźnie zniesmaczony Kowalski.

Zdezelowana konsola kosmicznego promu wyglądała jak zużyty kapeć. Masa przycisków była przetartych zatem ciężko rozszyfrować to do czego służą, poza tym większość potencjometrów i wyposażonych we wskazówki busoli, nie dawało znaku życia od bardzo dawna.

– Start nie był taki zły – zagadnął Wiktor zdejmując porysowany kask – Moje oczekiwania były zupełnie inne.

– Ciesz się, że jeszcze żyjemy, choć przyznam, że jak patrzę na to co nam zgotowali to chyba wolałbym jednak krzesło – szemrał.

– Krzesło? – zdziwił się towarzysz – Lepiej zerknij przez okno – dodał.

Zza okrągłego okienka przypominającego lufcik batyskafu roztaczał się rzadko dostępny dla ludzkości widok. Ogrom ziemskiego globu przytłaczał majestatem, pięknem, gamą barw i uczuciem domu, który pierwszy raz widzi się od zewnątrz. Niezgłębiona i nieogarniona przestrzeń wszechświata zdawała się być na wyciągnięcie ręki. Mężczyźni prze lewitowali do lufcików pożerając wzrokiem niezwykły widok.

– Mógłbym tak całe życie! – wyszeptał Stiepan śliniąc się jak dziecko.

– Kiedy na to patrzę, to myślę, że Bóg istnieje! – skomentował dla odmiany kompan – Nikt inny nie dokonałby czegoś takiego – dodał.

Kiedy kosmiczne otoczenie skradło naukowcom ostatnie pokłady rozsądku, nieznana siła wstrząsnęła promem niczym wpadającym w turbulencje samolotem. Mężczyźni zakręcili się w przestrzeni waląc bezwładnie o przerdzewiałe łączenia pokładów. Wszystko przygasło odcinając energię, jednak po chwili stresu, wróciło do normy.

– Poczułem się przez chwilę jak w pociągu PKP – skomentował Novakov.

– Z małą różnicą – wtrącił drugi – W polskim pociągu nie odzyskałbyś zasilania – dodał -A to co za czort?

Nie wiedzieć skąd, w otoczeniu mężczyzn lewitowała niewielka skrzyneczka z wyraźnie przytroczoną do klamki plakietką.

– Apteczki nie widziałeś? – zapytał nie zainteresowany przedmiotem Kowalski.

Nie słuchając współtowarzysza podróży, Stiepan chwycił za tajemniczy przedmiot przeczuwając, że to nie apteczka, lecz coś więcej. Obdrapana obudowa i wgniecione narożniki zdradzały, że pakunek przeszedł wiele.

– Otwieramy?

– Powtarzam ci, że to apteczka – nalegał Kowalski – Ewentualnie jakiś przybornik.

Po uchyleniu blaszanego wieczka, w stan nieważkości wyleciała pognieciona kartka. Odręczny napis głosił: „Nie giń – skorzystaj”. Novakov sięgnął w głąb opakowania wyjmując nakręcany zegarek, do którego przypięto długi łańcuszek. Na odwrocie wygrawerowano: Zmieniacz czasu. Dexter Marts 1820.

– I co tam masz? – zapytał znudzony Wiktor.

– Wydaje mi się, że to nasz ratunek

– Co masz na myśli?

– Słyszałeś kiedyś o Zmieniaczu Martsa? – wycedził podniecony znaleziskiem Stiepan.

– To legenda, bujda! Nigdy w to nie wierzyłem.

– Więc chyba będziesz musiał zacząć – poinformował Novakov gapiąc się na urządzenie.

– Przestań! Sam wiesz, że Dexter Marts to świr! Niespełniony astrofizyk, który skończył jak każdy z wielkich tego świata – w rynsztoku – dodał.

– Chodziły słuchy, że w latach dwudziestych XIX wieku, skonstruował urządzenie zdolne przenieść człowieka w czasie. Nieudane próby przyprawiły go o szaleństwo, jednak nikt nigdy nie powiedział, że zmieniacz nie osiągnął zamierzonej przez naukowca funkcji.

– Słyszałem, że nigdy nie znaleziono jego ciała! – wtrącił się Kowalski – Złośliwi mówili, że przed śmiercią przeniósł się do przyszłości. Jeszcze inni plotkowali, że zmieniacz może działać tylko wstecz!

– Ile ludzi, tyle wersji – skwitował Stiepan – Nie zmienia to faktu, że spróbować trzeba.

– Co masz zamiar zrobić? Nawet nie wiesz, jak to działa?

– Póki nie spróbuję, nie będę wiedział.

Novakov chwycił lewitujący w przestrzeni przedmiot. Lśnił niczym dzwon odlany ze złota. Pewnie wyniesiono całe piętro kopalni, aby go wykonać – myślał Stiepan. Był piękny i kusił niczym Tolkienowski pierścień wykuty w czeluściach Mordoru. Ciężko było opanować pożądanie które najwidoczniej dopadło unoszącego się w pobliżu doktoranta.

– No otwieraj wreszcie! – krzyknął Kowalski nie mogąc stłumić w sobie ciekawości.

Urządzenie otwarło się pod wpływem płytkiego przycisku przypominającego klawisz blokowania klawiatury w smartfonie. Stiepan wyczuł delikatny klik pod palcem, po czym klapka zegarka uniosła się ku górze prezentując nafaszerowany kolorowymi kamieniami cyferblat. W centrum widniały cyfry 1835, zaś pod nimi wygrawerowano kursywą napis „only october”. Wewnętrzną część klapki urządzenia ozdobiono chamsko wyrytym bohomazem, który wyglądał niczym wyrysowany gwoździem akt wandalizmu. Dwa nierówne kółeczka otoczone elipsowatym kształtem wyglądały jak przysłonięte opaską oczy wojowniczego żółwia ninja i miały się nijak do całości.

– No to dupa! – skwitował Kowalski trzymając uchwyt dla lewitujących.

– 1835 to na pewno data! – rozkminiał Novakov – Ten napis oznacza „tylko październik”. Miałoby to sens, choćby dlatego, że mamy dzisiaj 11 października. Czyli wszystko wskazuje na to, że trafiliśmy idealnie!

Stiepan próbował zmienić datę na urządzeniu, lecz pokrętło nie drgnęło.

– Wygląda na to, że data jest na stałe – poinformował – Poza tym wydaje mi się, że rysunek to jakaś wskazówka! Coś co musi być na zewnątrz oplatając to co w środku – analizował naukowiec.

– Tak jak orbita, która okala ziemię. To co w środku jest objęte promieniem działania. Ta jakby – dodał.

– Genialne! I Jakie proste! – krzyknął podekscytowany Novakov – Ten łańcuszek jest orbitą działania czasu. Jeśli założysz go na szyję albo opleciesz się nim, wówczas znajdziesz się w środku, jakby w strefie czasu zaprogramowanej przez urządzenie.

– Czyli w tym przypadku 1835 rok – skwitował Kowalski.

Zapadła cisza. Szum urządzeń i przemieszczającego się w kosmosie promu to jedyna oznaka, że kosmonauci nie stoją w miejscu, lecz nadal brną ku – wszystko na to wskazywało – śmierci.

– To wszystko jest za proste! Za oczywiste! – utrzymywał swój sceptycyzm Wiktor – Jeśli Marts naprawdę zbudował zmieniacz, to co musiałby umieścić w środku? Mało tego, jak małe musiało to być, aby zmieścić się w zegarku? – analizował.

– Jeśli zaczniemy to rozbierać na części pierwsze wówczas nie sprawdzimy, czy działa, pomijając fakt, że jeśli to prawdziwe dzieło Dextera to historia rozliczy nas z bolesnym skutkiem.

– Jaka historia? Kto będzie wiedział, że znaleźliśmy takie cacko? Jesteśmy kolejną skazana na niepowodzenie załogą. Kolonizacja Marsa nie jest możliwa! Wiedzą to Rosjanie, Amerykanie! My też to wiemy!

– To po cholerę nie zabili nas od razu? Tylko kazali pajacować?

– Może to nagroda? Przecież każdy astronom, astrofizyk i inny badacze kosmosu, dałby wiele, żeby teraz być tu, gdzie my – podsumował rzewliwie Kowalski – Ludzi coraz więcej a Ziemia ta sama. Szukamy drugiego miejsca w kosmosie, żeby się osiedlić, lecz póki co…

– Dobra już dobra! – przerwał mu Stiepan – Nie jesteś na wykładzie! Kto pierwszy? – zapytał wymownie.

– Zróbmy to razem! Wspólny wyrok, wspólna śmierć!

– Racja! Jak chcesz to myślisz! – skwitował Novakov.

Łańcuszek zmieniacza był na tyle długi, aby objąć dwie lewitujące koło siebie głowy. Wyryty na wieczku symbol, dopiero teraz stał się w pełni zrozumiały i czytelny. Kiedy Stiepan objął siebie i towarzysza cieniutkim niczym żyłka łańcuszkiem, nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. Sytuacja zmieniła się dopiero gdy zamknął klapkę zmieniacza, który ponownie wydał charakterystyczny sobie klik. Czas jakby się zatrzymał. Mężczyźni poczuli wyraźną różnicę mimo panującego zewsząd stanu nieważkości. Wszystko spowolniło, promem zaś szarpnęło, dając przy tym odczuć zmianę kierunku na wsteczny. Po chwili wszystko zaczęło się cofać, przybierając spowolnione niczym u żółwia tempo. Kable, pudełka, plastikowe woreczki, lewitowały w stanie nieważkości spowolnione siłą której nie sposób było określić. Astronauci zachowali pełną świadomość, choć podobnie jak całe otoczenie nie byli w stanie zapanować nad sobą, nad otoczeniem, nie mówiąc o próbie jakiegokolwiek ruchu. Stiepan Novakov wytężył wzrok próbując otaksować prom, jednak to co napotkał przerosło jego oczekiwania. Wszystko co widział było niczym odbicie w lustrze. Prawa ręka była w miejscu lewej i odwrotnie. Na konsoli kapitańskiej dostrzegł, że zegary i potencjometry również zmieniły swoje położenie na lustrzane. Kiedy kątem oka spojrzał na Wiktora okazało się, że wyglądał jak odwrócone na lewą monstrum. Chciał krzyknąć, lecz nie mógł, chciał coś powiedzieć bądź wyciągnąć rękę, lecz sił mu zabrakło. Naukowcy mierzyli się wzrokiem chcąc dać jakiś sygnał, lecz obaj wiedzieli, że ich starania są marne. Zmieniacz czasu – czy cokolwiek to było – przyśpieszy ich śmierć, która nacierała niczym byk na czerwoną płachtę.

Zbliżali się do Ziemi. Przebrnęli przez orbitę, o mało zderzając się ze zmierzającym w ich stronę satelitą. Wszystko szło powoli, flegmatycznie, męcząc przy tym załogę jak po ultramaratonie górskim. Przebijali się przez kolejne warstwy ziemi, nabierając tempa i czując, że letarg puszcza powoli dając upust przerażeniu. Przyciąganie robiło swoje, oni zaś nie byli w stanie przemieścić się i przypiąć do foteli. Ustępujący paraliż przywraca czucie w palcach, nawet oczy odzyskały ostrość widzenia. Egzosfera za nami – liczył Kowalski spoglądając na wracający do normy wskaźnik – Wchodzimy w Termosferę. Ma około 500 km więc jest chwila na działanie – komentował w duchu przypominając sobie informacje dotyczące atmosfery ziemskiej.

– Możesz się ruszać? – wrzasnął Stiepan odzyskując głos.

Wiktor kiwnął głową najwyraźniej mając jeszcze problem z nadawaniem. Wskazał palcem w stronę konsoli, odrywając się od uchwytu w ścianie promu. Temperatura wzrastała z każdą chwilą. Pędzili niczym bezwładny trup, któremu obojętne co i gdzie go spotka. Dość sprawie dotarli do foteli przypinając się na gotowo, niczym świeżo upieczony instruktor prawa jazdy.

– Po wejściu w stratosferę odpinamy kabinę! – przemówił ochryple Kowalski odzyskując głos.

– A co potem?

– To wie tylko Bóg! – odparł mierząc kompana ze łzą w oku.

– To był dla mnie zaszczyt doktorze Kowalski! – Stiepan wyciągnął rękę w stronę młodszego kolegi.

– Jaki tam ze mnie doktor! Nawet nie zdążyłem się obronić!

– Jak dla mnie już się obroniłeś!

– Miło – uśmiechnął się Kowalski – Dla mnie również doktorze Novakov. To było mega przeżycie!

– Za 15 sekund wchodzimy w stratosferę! – włącz odliczanie.

– Tak jest!

Horyzont nabierał coraz więcej światła. Kontynenty które przed chwilą były jak na dłoni, teraz stały się nieogarnione. Łuna rozświetlająca granicę planety była niczym przerzedzona mgła, która biła z granic Ziemi niczym tajemnicza i magiczna energia.

– 15, 14, 13, 12 – odliczał żeński głos automatycznego pilota.

Jakże to wszystko piękne – rozmarzał się Wiktor przecierając wilgotna szybę hełmu kosmicznego – Stratosfera, to stąd w październiku 2012 roku skoczył Felix Baumgartner. Tyle tylko że miał spadochron i nie spadał zamknięty w metalowej puszce – żalił się do siebie.

– 10, 9, 8…

– Czas ma jednak wielką moc! – dumał dalej chłopak – Pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu leżałem w więziennej celi! Pobity, poniewierany, niepewny jutra – wyliczał.

– 5,4,3…

– A dziś jestem tu, na progu kosmosu i atmosfery Ziemi. Niczego bym nie zmienił. Chciałem żyć dobrze i uczciwie, zgłębiać wiedzę o kosmosie…

– ODPALAJ! – krzyczał głos wyrywając go z myśli podsumowujących żywot- ODPALAJ DO CHOLERY! Co z tobą?

Kowalski sięgnął do pulpitu odbezpieczając czerwoną zawleczkę ukrytą w morzu potencjometrów. Chwycił pokrętło i z całej siły przekręcił je w prawo. Potem chwycił sąsiednią zawleczkę przesuwając ją do dołu. Niestety nic się nie wydarzyło.

– Odcięli nas! Sukinsyny dezaktywowali kapsułę ratunkową!

Kiedy Stiepan skończył użalać się nad sytuacją, promem wstrząsnęło omal nie wyrywając ich z foteli. Kapsuła oderwała się od reszty, momentalnie zwalniając tempa. Kręcili się wokół rzygając do nadal zamkniętych hełmów. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyli zauważyć warstwy ozonowej.

– Troposfera! Uruchamiam spadochrony awaryjne! Można odpiąć kaski! – informował głos w kabinie.

Ponownie szarpnęło, jednak tym razem była to oznaka wymarzonego ratunku. Odpięli zabrudzone hełmy łapiąc pierwsze łyki czystego jak łza powietrza. Za oknem kapsuły rozciągał się czerwony step, który znikał gdzieś za horyzontem. Pojedyncze wzniesienia majaczy w blasku słońca, przypominając scenerię dzikiego zachodu. Były coraz większe i większe, rosnąć wraz ze zbliżającym się podłożem.

– Ledwo żyje! – skomentował Kowalski.

– Ja też! Ale jednak nadal żyjemy!

– Pewnie kacapy czekają już na dole! Z krzesłami pod napięciem w pogotowiu!

Kapsuła opadała wolno. Pech chciał, że kiedy osiedli na powierzchni okazało się, że plusk wody i delikatne zanurzenie oznaczały lądowanie w wodzie. Stiepan poluzował pasy bezpieczeństwa wyglądając przez okrągłe okienko.

– Mamy problem!

– Nie pierwszy i nieostatni! – odparł obojętnie kompan.

– Jesteśmy na środku jeziora. Nie jest duże, ale chyba toniemy.

Kowalski poderwał się z fotela. Wdusił biały przycisk na konsoli wyrównując ciśnienie i odsysając próżnię z kapsuły. Wszystko odbyło się z charakterystycznym sykiem i szumem. Następnie ruszył do niewielkiej drabinki, której szczeble kończyły się na włazie wyjściowym zakręcanym korbą. Z niedużym wysiłkiem przekręcił pokrętło otwierając eliptyczny niczym jajo luk. Życiodajny promień słońca wpadł do kabiny prześwietlając na wylot nieświeże i zakurzone wnętrze.

– Co widzisz? – spytał zaciekawiony Novakov.

– Pustynia, wzgórza. Zero życia. Upał! – wymieniał hasłowo Wiktor.

– Pięknie! Weźmy wszystko co może się przydać i spadajmy stąd.

Po chwili przemierzali jezioro zażywając odświeżającej i niezbędnej po podróży kąpieli. Kiedy dotarli do brzegu rozglądali się ciekawsko myśląc zarazem, co dalej.

W oddali dostrzegli pędzącą w ich stronę grupę. Tumany kurzu biły w powietrze potęgując wrażenie mknącego w ich stronę buldożera.

– To jacyś ludzie! Jadą konno! – stwierdził wreszcie Wiktor.

– Samochodów nie mają, czy co?

Kiedy pędząca ekipa dotarła na miejsce, otoczyła zdziwionych i nieco przestraszonych rozbitków. Mężczyźni okutani w wysokie mokasyny z ostrogami, kapelusze i skórkowe spodnie wyglądali jak wyrwani żywcem z westernu.

– Jak podróż panowie? – przemówił najstarszy na pierwszy rzut oka kowboj.

Novakov i Kowalski spojrzeli po sobie zastanawiając co jest grane. Mężczyzna zsiadł z konia. Przywitał się podając im po manierce świeżej schłodzonej wody.

– Dexter Marts! – przemówił ściskając rękę tak jednemu jak i drugiemu – Jestem tu pierwszy, reszta moich ludzi przybyła podobnie jak wy. Jak mniemam, zmieniacz nadal działa?

– Tak działa – odparł z martwą miną Kowalski.

– Szkoda, że poszedł na dno, ale może starczy już tych skoków w czasie. Wysłużył się przez kilka misji.

– Może jeszcze się przydać –odparł Novakov wyciągając urządzenie z kieszeni skafandra.

– Zuch chłopak! – pochwalił go Dexter – Chodźcie z nami. Mieszkania już na was czekają. Reszty dowiecie się w trakcie.

– Zaraz zaraz! – sprzeciwił się Kowalski zatrzymując resztę – Kim wy właściwie jesteście? Dexter Marts dawno nie żyje, nawet nie wiadomo czy w ogóle istniał – dodał.

– Gwoli wyjaśnienia! Jesteście w 1835 roku. Miesiąc październik. Trafiliście tu za pomocą zmieniacza, który opracowałem w 1820 roku. Dzięki temu uniknęliście śmierci. Zapewniam was, że Dexter Marts to ja, zaś legenda co do mojej osoby jest prawdziwa. Ale szczegóły potem. Idziecie czy zostajecie na pustyni?

Kosmonauci spojrzeli po sobie. Pytania które piętrzyły się w umysłach przerastały możliwość racjonalnego myślenia. Fakt, że uniknęli śmierci, nie pozostawiał im nic innego jak ruszyć ze zgrają kowbojów i czekać co przyniesie kolejny dzień.

– Idziemy z wami – zdecydował Kowalski za niepewnego jeszcze Novakova – Właściwie to, gdzie nas zabieracie?

– Do naszego miasta, które od dzisiaj będzie również waszym – odparł Marts.

– A jak nazwaliście to „nasze” miasto?

– Mars, tak jak miejsce, naszego przeznaczenia w dalekiej jeszcze przyszłości.

  

   

           

 

 

  

 

   

 

  

          

          

 

Facebook Comments