Sylwester Gdela – Prawdziwa Turija

NIEZNANY BŁĄD.

Jaskrawy napis błyskał złowieszczo w polu widzenia Sestesa. Monit systemowy nie był niczym zaskakującym, podróżnik odczuwał nieprawidłowości już od dłuższej chwili. Po sporej, metalowej konstrukcji przebiegały nieprzyjemne ciarki impulsów elektrycznych i wiązek światła niosące wiadomości o stopniowej utracie kontroli. Układ sterowania nie reagował na komendy, napęd zgasł. Kompozytowa powłoka kadłuba nagrzewała się w kontakcie z cząsteczkami gazu i chmurami pyłu, przyprawiając Sestesa o wrażenie płonięcia.

Bezwładnie zbliżał się ku skalistej równinie. Zdążył już zaakceptować los, nie rzucał w eter klątw bezsilności. Stwierdził, że powinien bezproblemowo przetrwać uderzenie. Utrata możliwości przemieszczania się pomiędzy planetami nie kłopotała go w najmniejszym stopniu, w końcu osiągnął już swój cel.

Tuż przed kolizją z podłożem miał pewność, że sytuacji nie da się uratować. Odłączył układ nerwowy od magistrali i statek kosmiczny przestał być odbierany przez mózg za przedłużenie ciała. Moment katastrofy Sestes rozpoznał jako mocne szarpnięcie, które gwałtownie zmieniło jego pozycję w komorze suspensyjnej. Prawą ręką wymacał wajchę i przekręcił ją. Półprzeźroczysty, pomarańczowy płyn prędko odpłynął ze zbiornika. Sestes otworzył właz i zdjął maskę doprowadzającą powietrze. Systemy podtrzymujące życie nadal działały, podobnie jak większość zewnętrznych sensorów. Warunki panujące na planecie były dosyć łagodne, a zwłaszcza dla zmodyfikowanego genetycznie ludzkiego organizmu wspieranego przez układy cybernetyczne.

Główny luk został całkowicie zmiażdżony, zatem podróżnik musiał wydostać się przez któryś z włazów w górnej części statku. Wziął kilka głębokich wdechów, uspokoił galopujące myśli i zabrał się za przygotowania do wyprawy. Założył samodopasowujący kombinezon. Do plecaka wrzucił resztki zapasów wysokoenergetycznego prowiantu, namiot i przenośny komputer, na wypadek gdyby ten zespolony z jego mózgiem zawiódł. Do paska przytroczył laserową lancę, choć wiedział, że to urządzenie nadaje się co najwyżej na przecinak, a nie pełnoprawną broń.

Ruszył, pewnie stawiając kroki po nachylonej pod kątem dwudziestu stopni do poziomu podłodze. Doczłapał do najwyższego punktu kabiny kontrolnej i otworzył drzwiczki prowadzące do wąskiego szybu z drabiną. Wspiął się do jego wylotu zakończonego ciężkim włazem z warstwowego kompozytu. Przesunął dłonią po skanerze. Pokrywa zazgrzytała i odskoczyła, lecz nie rozwarła się do końca. Pewnie pneumatyka siadła podczas uderzenia. Sestes pokręcił głową, zaparł się plecami o ścianę i wypchnął kawał stali połączonej z ceramiką i polimerami, przy okazji nadrywając zawiasy.

Kiedyś taki wyczyn dałby mu miano herosa, w obecnych okolicznościach był co najwyżej godny politowania. Ludzka istota nadal zmagająca się z fizyką. Żałosne.

Wyślizgnął się na kadłub, po czym wstał i zeskoczył z krążownika. Czterokrotność wzrostu dzielącą krawędź statku od czarnego głazu na powierzchni ciała niebieskiego pokonał w mgnieniu oka, grawitacja tu była nieco większa niż na macierzystej planecie Sestesa. Mimo wszystko nie stanowiła żadnego wyzwania dla wzmocnionego przez endoszkielet ciała.

Podróżnik spojrzał na roztrzaskany wehikuł. Czuł się dziwnie; jeszcze przed chwilą maszyna była z nim perfekcyjnie zespolona, stanowiła jedność z jego organizmem. Teraz odrzucił ją niczym wyklute pisklę opuszczające skorupkę. Sterowanie pojazdami z poziomu układu nerwowego, choć najprecyzyjniejsze i najwygodniejsze, często przyprawiało człowieka o nietypowe wrażenia.

Sestes miał szczęście, że rozbił się na właściwym obiekcie astronomicznym, w przeciwnym przypadku musiałby szukać nowego statku, co mogłoby sprawić nie lada kłopot. Teraz musiał tylko odnaleźć Most, który według danych połączonego z mózgiem komputera znajdował się gdzieś na tym skalistym pustkowiu. Nikt zbytnio nie dbał o planetę Yatran, większość traktowała ją wyłącznie jako platformę do przejścia do bardziej cenionego miejsca.

Miejsca? Właściwie to stanu, raju, nieba… Trudno opisać to, co znajdowało się po drugiej stronie Mostu. Pewny natomiast był fakt, iż niemal wszyscy pożądali tam dotrzeć. Zyskać to, o czym nie śnili w najśmielszych snach. Móc cieszyć się czystą, nieskrępowaną radością.

Sestes również miał nadzieję, że uda mu się osiągnąć ten cel. Brak jakichkolwiek widocznych czy namacalnych śladów portu do lepszego świata oznaczał, że podróżnik musiał polegać jedynie na pobranych wcześniej współrzędnych.

Zdecydował się nie uruchamiać lewitatora, przynajmniej na razie. Czuł, że jego mięśnie pomimo stymulacji elektrycznej nieco zastały się podczas długiego lotu w przestrzeni kosmicznej. Spacer nie zaszkodziłby mu w żadnym wypadku.

Brał głębokie wdechy, ciesząc się rześkim, delikatnie wilgotnym powietrzem. Głazy, po których stąpał, porastały krzaczaste rośliny przypominające mech, zaś w szczelinach pomiędzy nimi błyskała tafla spokojnej wody. Wedle danych encyklopedycznych Yatran została sterraformowana – choć to określenie na wyrost, zrobiła to bowiem obca cywilizacja, która raczej nie wzorowała się na ziemskich warunkach, mimo iż tutaj panowały podobne jak na Błękitnej Planecie – na dobre setki lat przed wynalezieniem pisma przez człowieka rozumnego.

Było tu zaskakująco pusto. Ktoś niedoinformowany spodziewałby się osad wokół Mostu, albo chociaż grupek wędrowców zmierzających w jego kierunku. Sestes wiedział jednak, że kto miał możliwość przejścia na drugą stronę, zrobił już to dawno. Pozostali albo nie posiadali środków na dotarcie w ten zakamarek kosmosu, albo nie wyrażali zainteresowania tą sprawą z różnych dziwnych i przesądnych przyczyn.

Tylko on, spóźniony pielgrzym, kroczył teraz ku nowej rzeczywistości, wykreowanej w starożytnych czasach przez spragnioną dobra kulturę.

Gdy ludzie wreszcie opanowali podróże z prędkością nadświetlną i wyruszyli na podbój gwiazd, byli niemal przekonani, iż są sami we wszechświecie i nikt nie stanie im na przeszkodzie. Lata nasłuchiwania przez ogromne radioteleskopy i ich technologicznych następców nie przynosiły rezultatów. Eksploratorzy natrafiali jedynie na ślady nieskomplikowanych form życia bądź prymitywnych cywilizacji zmiecionych przez globalne katastrofy. Gatunek Homo sapiens rozgaszczał się w kolejnych układach planetarnych, krocząc ścieżką stabilnego rozwoju.

Wszystko uległo zmianie, gdy gdzieś na rubieżach nowo odkrytej galaktyki, z dala od macierzystej Drogi Mlecznej, odkryto ślady bogów.

Kapitan Dracos Maleini podczas podróży kosmicznym krążownikiem natrafił na sferę Dysona. Dracos próbował skomunikować się z nią za pomocą wszelakich metod znanych ludzkości, jednakże bezskutecznie. W końcu ciekawość popędziła Maleiniego i jego załogę tuż pod nieresponsywny obiekt. Nie otrzymywali komunikatów powitalnych czy ostrzeżeń o bezwzględnym traktowaniu intruzów, zupełnie nic. Na powierzchni ogromnej kuli znaleźli coś, co przypominało wrota do portu dla statków. Otworzyli go za pomocą palników plazmowych i udali się na eksplorację.

Trafili na moduły mieszkalne, klastery superkomputerów, sztuczne łona, syntezatory tlenu. Pewne pomieszczenia nawet nadal szczelnie utrzymywały ciśnienie powietrza. Kiedyś to miejsce stanowiło w pełni funkcjonalne schronienia dla całego społeczeństwa. W momencie, w którym odkrył je Dracos, było wyłącznie pustą skorupą z zaśniedziałymi kablami i zakurzonymi nośnikami pamięci.

Kapitana intrygowało to, dlaczego tak ogromne osiedle, zaawansowaniem nawet nieco przekraczające poziom rozwoju ludzkości w tamtych czasach, zostało porzucone, a włożone weń zasoby zmarnowane. Nie zaobserwował żadnych śladów walki czy epidemii. Zupełnie, jak gdyby mieszkańcy sfery Dysona po prostu wyparowali.

Ze względu na diametralne różnice w sposobie zapisu danych, odszyfrowanie obcych dysków okazało się długim procesem. Zanim grupa Maleiniego go sfinalizowała, odkryła jeszcze jedno urządzenie. Jedyne działające na całym obiekcie.

Kryło się za pancernymi drzwiami, które opierały się nawet siłownikom hydraulicznym w ramionach Karen Crassen, jedynego cyborga w załodze. Ostatecznie ponownie musieli uciec się do skorzystania z palników. Po długiej męczarni z wycinaniem otworu dotarli przedostali się rozległego pomieszczenia z widokiem na gwiazdę wielkości Słońca za przyciemnioną, przeźroczystą ścianą. W jego centrum znajdował się układ wirujących z zawrotną prędkością, błyskających niemal całym spektrum promieniowania elektromagnetycznego pierścieni. W całej komorze prawdopodobnie brakowało zasilania od dziesięcioleci, lecz mimo tego dziwny przedmiot nadal pozostawał w ruchu.

Eksploratorzy zdecydowali nie badać go w inwazyjny sposób. Dracos przypuszczał, że jest to  element systemu stabilizującego położenie sfery Dysona wobec gwiazdy. Jak okazało się niedługo później, po zdekodowaniu znalezionych nośników pamięci, kapitan miał rację. Zasada działania urządzenia przekraczała jednak wszelakie oczekiwania.

Operowało na zupełnie innych prawach, niż te dotychczas znane ludziom. Dla niego nie obowiązywała zasada zachowania energii, grawitacji nie opisywało równanie opracowane w zamierzchłych czasach przez Newtona. Z kronik sfery wynikało, iż prawa fizyki zostały lokalnie zmienione dla gwiazdy i systemu stabilizującego. Ani Dracos Maleini, ani nikt z jego załogi nie był w stanie zrozumieć sposobu, w jaki tego dokonano. Postanowili więc opuścić to miejsce i udać się do najbliższego przyczółka macierzystej cywilizacji, aby opowiedzieć o swym odkryciu.

Wybitni profesorowie, nawet ci wspierani przez sztuczną inteligencję, byli bezradni. Cała logika i system opisu postępowania przy procesie tworzenia stabilizatora pozostawał poza zasięgiem poznania gatunku Homo sapiens. Dowiedziano się jedynie tego, iż technologia wykorzystywana przez obcych opierała się na skalach jeszcze mniejszych niż długość Plancka. Cząstki elementarne, które dotychczas uznawano za zbadane na wszelkie możliwe sposoby, jednak posiadały wewnętrzną strukturę. W tych mikrych drobinach kryły się setki trybików tworzących mechanizmy prawdziwie rządzące wszechświatem. Znane ludzkości oddziaływania – grawitacja, elektromagnetyzm, siły jądrowe – były wyłącznie echem ich pracy, z łatwością dającym zmieniać się na własne potrzeby.

Przynajmniej dla kosmitów nazywanych Manipulatorami. Ludzie bowiem nie zgłębili  tajników tej sztuki, nawet do czasów życia Sestesa. Mogli jedynie przyglądać się ich dziełom, których znajdowano coraz więcej.

A jedno z nich było zaiste wspaniałe i tłumaczyło zniknięcie Manipulatorów.

Most.

Tak nazywano portal do rzeczywistości skrojonej na miarę, gdzie pojęcia zła i cierpienia były obce. Do raju, którego nie oferował żaden bóg w zamian za wierność, a który został osiągnięty wyłącznie poprzez ciężką pracę i rozwój.

Dzieci Błękitnej Planety podeszły bardzo sceptycznie do zaistniałej sytuacji. Nawet najtęższe umysły nie wiedziały dokładnie, czego spodziewać się po nowym, sztucznie utworzonym wszechświecie. Oczywiście ochotników do wyprawy na Yatran nie brakowało. Śmiałkowie chętnie  zapisywali się na ekspedycje. Wielu przeczuwało, że to podróż w jedną stronę, lecz zbytnio nudziło ich obecne życie bądź też nie mieli nic do stracenia.

Jak wyszło na jaw niedługo później, powrót był możliwy, ale nikt go nie pragnął. Pionierzy powrócili do macierzystego uniwersum jedynie na chwilę, by zaświadczyć o tym, że Manipulatorzy naprawdę stworzyli Niebo, i zachęcić do wstąpienia w jego szeregi. Ci, którzy odwiedzili drugą stronę, zdawali się promienieć szczęściem, ich umysły pracowały w odmienny, nieznany dotąd sposób.

Ten fakt wystarczył, by ludzkie kolonie zaczęły pustoszeć. Ludzie, cyborgi oraz obdarzone sztuczną inteligencją androidy masowo korzystały ze sposobności na znalezienie się w najlepszym z możliwych wszechświatów.

Podróż przez Most opisywano jako niesamowicie ekstatyczne przeżycie. Czasem można było dostrzec jego piękną strukturę wznoszącą się nad Yatran: tunel utkany z setek kolorowych wstęg, stopniowo zwężający się i rozpływający w powietrzu. Nie rozpracowano mechanizmu, podług którego obraz Mostu powracał i znikał. Nikt już nie zaprzątał sobie głowy takimi drobnostkami.

Sestes od zawsze pragnął go ujrzeć, lecz jego nadzieje nie zostały spełnione. Pocieszał się, że nie to jest najważniejszym elementem jego wyprawy. Wedle danych zespolonego z mózgiem komputera zbliżał się do Mostu. Wystarczyło, żeby dowolny byt przejawiający inteligencję dostał się w obszar jego działania, i zostawał przeniesiony do lepszej rzeczywistości. Sestes nadal nie zdecydował się na korzystanie z EMV, spacer po skalistym pustkowiu sprawiał mu sporo przyjemności. Głazy delikatnie opalizowały w świetle binarnego układu gwiazd, wokół którego krążyła Yatran. Jeżeli to miejsce było tak piękne, to co musiało czekać po drugiej stronie…

Prawdziwa Turija, bowiem tym pochodzącym z hinduizmu konceptem oficjalne, choć nie do końca dokładnie, określano lepszy wszechświat, opierała się na prostej zasadzie – wszelkie jednostki zdolne do myślenia i odczuwania emocji istniały tam bezwarunkowo. Zasięg bezwzględnych praw termodynamiki obracających organizmy żywe i maszyny w pył przy zaprzestaniu pobierania energii z otoczenia kończył się na Moście. W Prawdziwej Turiji samoświadomości nic nie groziło, stanowiła fundament, a nie jedynie kruchy element rzeczywistości.

Nie wszystkim podobało to się z filozoficznego punktu widzenia. Część społeczeństwa traktowała życie bez trudu i cierpienia jako nienaturalną abominację i świadomie rezygnowała z tej ścieżki. Powtarzali: Czym jest tor bez przeszkód? albo Nic nie może trwać wiecznie. Śmierć to naturalna kolej rzeczy.

Sestes dobrze to pamiętał. Jego rodzice należeli do tej grupy ludzi. Wzbraniali się przed bardziej zaawansowaną technologią pokroju wszczepów cybernetycznych czy transferu Moraveca. Żyli na spokojnej planecie o umiarkowanym klimacie, z dala od dużych centrów cywilizacji, parając się uprawą roli, medytacją i modlitwą. Gdy tylko młody Sestes dowiedział się o cudach czekających w innych zakamarkach wszechświata, natychmiast zapragnął opuścić rodzinne strony.

Jako nastolatek uciekł na jednym ze statków transportujących żywność do sąsiedniego układu planetarnego. Po wielkim Exodusie obszar kosmosu skolonizowany przez ludzi stał się dosyć dzikim miejscem. Niektóre strefy całkiem opustoszały, a pozostałymi rządziły korporacje, gangi lub sekty religijne, często zażarcie walczące ze sobą. Sestes z trudem wkroczył do brutalnych realiów wielkiego świata. Niejednokrotnie spoglądał w oczy śmierci, podejmował się nawet najpodlejszych zawodów. Wciąż jednak rozwijał własne umiejętności i poprawiał swój status: zainwestował w interfejs mózg-komputer, później nanobotyczny układ odpornościowy i endoszkielet. W końcu kupił statek pozwalający dotrzeć na Yatran.

Znalazł się u wrót nowego świata, zostawiając za sobą przesądy, fanatyków teorii spiskowych, masochistów i sadystów tak bardzo przywiązanych do idei cierpienia. Od Mostu dzieliła go niecała minuta drogi.

Witaj, osobo.

Sestes przeląkł się i stanął jak wryty. Nie mógł zlokalizować źródła głosu. Dobiegał jakby od wewnątrz, ale pewno nie był to komunikat BCI. Dookoła ani żywej duszy…

Powiedz mi, dlaczego chcesz się tam dostać? Co sprawia, że jesteś przekonany, iż po drugiej stronie będzie lepiej?

Podróżnik polecił komputerowi zintegrowanemu z organizmem wykonać skan funkcji mózgu. Poziom neuroprzekaźników w normie, żadnych śladów uszkodzenia tkanki nerwowej… Nie, nie zwariował.

Co, jeśli to pułapka? Jeżeli wszystkie świadectwa zostały sfałszowane, dowody sfabrykowane? Czy wy, ludzie, przypadkiem po raz kolejny nie ulegliście iluzji?

Kim jesteś? – wypowiedział w myślach Sestes.

A kim ty jesteś? Człowiekiem z planety Mallerin, synem rolników poczętym w naturalny sposób, wychowywanym w monoteistycznej wierze. Trzydziestodwulatkiem, specjalistą od naprawy poduszkowców elektromagnetycznych. Cyborgiem, na przekór wpajanym za dziecka wartościom wciąż modyfikującym swe ciało. Idealistą pragnącym doskonałego świata. Która z tych etykiet naprawdę cię definiuje?

– Chyba ta ostatnia – stwierdził mężczyzna.

Przeskoczył na kolejny z wielkich głazów, zbliżając się do Mostu. Był już nieopodal celu. Nie chciał się zatrzymywać, jednak ten dziwny głos zasiał w nim ziarno wątpliwości.

Stój. Pomyśl. Czy to, co inni opisywali jako niebo, w rzeczywistości nie jest piekłem?

Co ty robisz w mojej głowie? – zapytał z wyrzutem Sestes. – Wynoś się, kimkolwiek jesteś!

Interkalacja. To najbardziej zbliżony termin. Wniknąłem w twą świadomość. Umieściłem mechanizmy mego umysłu pomiędzy twoimi. Kryję się głębiej, niż może spojrzeć najdoskonalszy ze znanych ludziom instrumentów.

Zaraz, czy to oznacza, że…

Tak, funkcjonuję na tej samej zasadzie co Prawdziwa Turija. Nie zostałem jednak stworzony i nie trwam wiecznie. Ma świadomość nieustannie obumiera i na powrót wynurza się z Chaosu w coraz to nowych postaciach.

Skonfundowany pielgrzym przysiadł na głazie i zwiesił stopy z jego krawędzi tak, że niemal dotykały tafli zielonkawej wody. Zastanawiało go, dlaczego ta dziwaczna istota zwróciła się do niego tuż przed przejściem przez Most. Przez głowę przelatywały mu setki myśli, dogłębnie analizował wszystkie znane mu informacje na temat Prawdziwej Turiji… Czy to rzeczywiście było oszustwo?

Wieczne istnienie nie jest tak piękne, jak mogłoby się wydawać. W pogoni za nim twoi przodkowie kompletnie się zatracili. Przestało ich interesować poznawanie wszechświata. Pragnęli tylko dotrzeć do raju skonstruowanego przez tych, których nazywacie Manipulatorami. Zniknęła ludzka ciekawość.

– Zawsze chcieliśmy uciec od bólu, strachu i śmierci – stwierdził Sestes, spoglądając na białe chmury powoli przysłaniające mniejszą z gwiazd w binarnym układzie. – To popychało nas do rozwoju.

Ból. Strach. Śmierć. Wasza cywilizacja ma już kilkanaście tysięcy lat, a wciąż niewielu z was naprawdę zrozumiało sens tych zjawisk.

Mężczyzna nagle podniósł się ze skały i zacisnął pięści. Słowa nieznanej istoty mocno go dotknęły. Zbyt wiele razy doznał cierpienia, zbyt wiele razy patrzył, jak doznają go inni.

– Ja zrozumiałem – rzekł stanowczo na głos.

Ruszył w kierunku Mostu. Nie miał nic do stracenia. Jego statek był rozbity, a planeta zupełnie opustoszała. Nie mógł obrać innej drogi.

Popełniasz błąd.

Sestes nie odpowiadał, tylko wytrwale kroczył dalej, co jakiś czas przeskakując nad szczelinami pomiędzy głazami.

W końcu dotarł do celu. Nie był to żaden widoczny punkt, jednak poczuł, jak jego ciało traci na wadze, aż w końcu zaczyna się unosić i szybować z zawrotną prędkością. Otoczenie uległo rozmyciu i przekształceniu w jednolitą, barwna plamę. Wszelakie troski i przykre wspomnienia przestały mieć znaczenie, powitała go nowa jakość lepszego uniwersum.

Ujrzał miriady przepięknych krain – od tropików przez spowite śniegiem lasy po kompletnie abstrakcyjne przestrzenie – oraz istoty, które je wyśniły. Zmysłami chłonął łączącą je bliską więź. Kreacja przebiegała w pełni swobodnie, zaś destrukcja była pojęciem obcym. Czas zdawał się nie upływać, każda z chwil szczęścia stanowiła wieczność.

Sestes również mógł w nieskrępowany sposób zmieniać swój awatar i kształtować nieograniczoną przestrzeń. Czynił to ze szczerą radością. Przez moment naprawdę tkwił w przekonaniu, iż trafił do raju.

Im dokładniej jednak przyglądał się wszystkiemu, tym bardziej coś mu nie pasowało. Ekstaza wszystkich zebranych tu bytów była wyłącznie pozorna. Czuli zadowolenie, lecz wciąż czegoś im brakowało. Nie istniała idea, która mogłaby ich zaspokoić. Najczystsza miłość rozgrzewała serca, ale pozostawiała pustkę, gdy ego nie pozwalało na ostateczne zespolenie. Zostali bogami, jednak wszystko, co tworzyli, redukowało się do absurdu. Doskonały stan w rzeczywistości był szaleństwem, Prawdziwa Turija fałszem. To, co przejawiali wszyscy zgromadzeni w tej rzeczywistości, było karykaturą biologicznego życia – rozmnażanie i wznoszenie pomników kreacji oderwano od śmierci, przemijania, przez co straciły swój sens.

Sestes nie chciał już tu przebywać. Wizja duszenia się we własnych wytworach, post-cielesnych snach przez nieskończony czas przerażała go coraz bardziej, aż wpadł w panikę. Musiał wrócić, wyrwać się z tego przeklętego stanu…

Gniew i rozsierdzenie sprawiły, że jego ciało znów przybrało na ciężarze. Zaczął lecieć w dół, przebijając kolejne warstwy sztucznego Edenu, aż w końcu z hukiem uderzył o kamień na powierzchni Yatran.

Poczuł ból, o którym zdążył zapomnieć przez eony spędzone w Turiji. Niezbyt przyjemne wrażenie, lecz przynajmniej nie podszyte kłamstwem.

Pozwoliłem ci zobaczyć rzeczywisty wygląd tego miejsca niemal od razu. W przeciwnym wypadku zorientowałbyś się, gdyby było już za późno i nie zdołałbyś zmusić się do powrotu. Szczęście uzależnia, a przecież najwyższą wartością jest wolność.

Podróżnik splunął krwią. Umierał. Powrót z Turiji nie przebiegł do końca pomyślnie. Stwierdził, że szybkie odejście to błogosławieństwo. I tak nie przetrwałby długo na tej planecie samemu, zaś sygnały alarmowe najprawdopodobniej nie dotarłyby do nikogo.

Być może kiedyś znów wynurzysz się z Chaosu jako ktoś inny. Być może spotkamy się w innych wcieleniach.

Oby. Dziękuję ci.

Istota nie odpowiedziała. Opuściła go. Sestes przyczołgał się do krawędzi głazu i spojrzał na własne odbicie w wodzie. Na środku czoła posiadał trzecie oko, choć gdy z trudem zgiął rękę i dotknął palcami tego miejsca, niczego nie czuł.

Obrócił się na plecy. Spojrzał ma podświetlone na karmazynowo przez zachodzące słońca niebo. Wziął kilka ostatnich, głębokich oddechów, po czym ze spokojem, bez strachu odszedł w swobodną nicość, żegnając pęta świadomości.

Facebook Comments