Przemysław Kubisiak – Wybrana przez bogów

Słońce stało wysoko mimo wczesnej budzącej nowy dzień pory. Ciepłe i ostre promienie przedzierały się przez szczelinę drzwi utkanych z belek i świeżo przyciętej świerszczyny. Niewielki domek stał na skraju lasu oddalony od najbliższego grodu około pół dnia drogi. Lekko spróchniałe belki wypchane dorodnym mchem stanowiły równe i dość wysokie ściany zwieńczone spadzistym pokrytym strzechą dachem. Wydeptana wokół ścieżka zakryła bujną niegdyś ściółkę porastającą najbliższe okolice domostwa. Kilkanaście kroków w głąb lasu, wznosił się niewielki szałas będący dogodnym miejscem do przechowywania drewna oraz suszenia pojedynczych skrawków mięsa mającego zwabić łasą na każdy kąsek zwierzynę.

Silny powiew wiatru przechadzającego się w koronach drzew zapowiadał niechybnie nadciągającą burzę. Żar z nieba bił w spragnioną deszczu przyrodę, która skłaniała się na wietrze nie mając już siły na opór. W okolicach chałupy kręciła się młoda dziewczyna, która zbierając owoce lasu podśpiewywała radośnie niczym rusałka. Uwijała się przy drobnych pracach domowych oraz przy pielęgnowaniu rannego lisa, znalezionego po drugiej stronie lasu. Mimo obcego otoczenia zwierzę nie wyrywało się z rąk opiekunki, wręcz przeciwnie lgnęło do dziewczyny niczym do pełnego jaj kurnika.

– Nie martw się mały – szeptała dziewczyna wcierając w ranę zwierzęcia pozyskany z ziół olejek – Dobry Simargł pomoże ci wrócić do pełni sił byś znów hasał po lesie jak nowo narodzony.

Pierwszy grzmot na niebie zapowiedział upragnioną od tygodni burzę. Dziewczyna wierzyła, że to boski Perun, bóg grzmotów i błyskawic wszedł w komitywę ze swa małżonką Perperuną, panią deszczu i urodzaju, dzięki czemu pobłogosławili oni ludziom i przyrodzie dając niezbędny i życiodajny opad. Nieboga uprzątnęła obejście domu, następnie uplotła z trawy legowisko dla rannego zwierzęcia. Gdy dopełniła ogólnych porządków padła na kolana i kierując wzrok ku niebu westchnęła w krótkiej modlitwie ofiarują bogom bukiet świeżo uplecionych ziół i kwiatów. Kolejny grzmot przeszył nieboskłon co dziewczę potraktowało jako odpowiedź i przyjęcie skromnej ofiary. Nim spadły pierwsze krople deszczu młódka rozstawiła kilka drewnianych naczyń celem zdobycia wody z nieba przydatnej do maści, wywarów i zwalczania innych pochodzących od złego licha chorób.

Trzask łamanych gałęzi podrażnił słuch niczym kolejny grzmot na niebiesie. Szybko dało się wyczuć gwałtowny wicher, który przyniósł ze sobą typowy swąd, w którym dziewczyna szybko rozpoznała brak przypadku. Odwróciła się gwałtownie, lecz wiedząc, że niczego nie ujrzy, ruszyła w głąb lasu. Powiew wzmógł się na tyle, że zbliżająca burza przestała być słyszalna zaś wystraszony lisek uciekł do izby zapominając o zranieniu. Dziewczyna zasłoniwszy oczy ręką, weszła kilka kroków w las, gdzie – ku oczekiwaniu – dostrzegła stojącego między konarami wilka. Czarny jak noc i umięśniony niczym byk patrzył wielkimi ślepiami, żarzącymi się jak świeżo rozpalony płomień. Boruta, duch roślin i zwierząt – szepnęła pod nosem nieboga – zazdrosny o ofiarę złożoną Perunowi i Perperunii – dodała – Zaraz znajdę coś dla ciebie. Zwinnym susem skoczyła w stronę szałasu, gdzie suszyły się dwa kawałki mięsa. Nim chwyciła pierwszy ochłap Boruta ruszył w jej stronę nabierając prędkości jak pędzący w górki wóz. Pot spłynął po plecach dziewczyny, która w obawie przed demonem cisnęła mięso dokładnie pod umięśnione i włochate łapy. Zwierzę zatrzymało się chwytając łapczywie daninę. Kiedy drobne kostki strzeliły w pysku potwora dziewczyna szeptała pod nosem gusła przeznaczone na odpędzenia ducha Boruty w głąb lasu skąd przyszedł nie pierwszy już raz. Kiedy skończyła cedzić zaklęcia wilk zaczął tracić swą posturę, przybierając typowe dla dzikiego psa ciało. Przerażone zwierzę warknęło na młódkę po czym chwytając resztkę mięsa uciekło skąd przybyło.

– I tym razem udało się, choć Boruty coraz częściej pod chałupę podchodzą – pomyślała z niepokojem.

Wielkie jak dłonie krople spadły leniwie odbijając się od suchej ziemi. Dziewczyna wróciła do domu, lecz zatrzymując się przed wejściem skierowała twarz ku niebu. Wzmagający się opad zmoczył jej twarz, dodając jędrnej skórze ochłody i wytchnienia. Drzwi obejścia ledwo wytrzymywały siłę wiatru, gdy burza rozszalała się na dobre. Belki trzeszczały i skrzypiały uginając się jak sfatygowana łódź, zaś nieszczelny dach przepuszczał wodę, która skraplała się wprost do glinianego dzbanka. Młoda dziewczyna zdawała się nie reagować na targaną przez naturę chatą. Siedziała w kąciku przy niewielkim palenisku gotując coś w kociołku. Zapach dodawanych ziół i przypraw sprawił, że nawet lis przybliżył się do trzaskających polan wyciągając nos i łowiąc najdrobniejszy zapach. Kiedy burza ustała na dobre młódka otwarła drzwi domu co by wpuścić do wnętrza nieco świeżego i rześkiego powietrza. W oddali od strony grodu ujrzała maleńkie sylwetki zmierzających w jej stronę ludzi. Nie przywiązała do tego wagi, myśląc, że to wędrowcy, którzy zmienią kurs omijając jej domostwo. Rzeczywistość jednak okazała się inna.

***********************  

Grupa kilkunastu wojów tłoczyła się w niewielkiej izbie. Wypełniający ją dym szczypał w oczy i drapał w gardła, jednak żaden z obecnych nie chciał otworzyć ciężkich dębowych drzwi, aby zrobić lekki przewiew. Opaśli brodacze zajęci byli kłótniami, przepychankami co potęgowały niosące się w eter krzyki i chichoty. Większość z nich przywdziana była w napierśniki i pumpiaste spodnie, których nogawice niknęły w wysoko sznurowanych butach. Szerokie pasy, do których przytroczono miecze posiadały liczne ornamenty i połyskujące srebrem ćwieki.

– Ja to bym ją najpierw ze skóry obdarł – wrzeszczał najgrubszy z zebranych – A potem psom na pożarcie rzucił.

– Prędzej sami byście ją zeżarli Sobiemirze, a nie psom oddali! – odparł stojący najbliżej wojak wzbudzając gromki ryk zebranych.

– A ciebie na deser Wysławie! – odgryzł się grubas.

– Faktem jest, że dziewka nadal czarną magię praktykuje. Nie godzi się, żeby blisko grodu naszego takie praktyki dopuszczać. To przez nią bogowie deszczu nie zsyłają swoim gniewem nas karząc.

– Po lesie się ugania szepcząc magiczne gusła pod nosem – wtórowali dwaj bliźniacy z warkoczami na głowach.

– A skąd to wiecie, że niby gusła wypowiada? – zapytał z ciekawości Sobiemir wlewając w siebie zawartość glinianego dzbana.

– Bo moja mówiła, że ją w zaroślach podsłuchała – odparł jeden z braci.

– Jeśli to by wiedźma była, to od razu by waszą babę przez instynkt magiczny dostrzegła.

–  I tak się stało, bo Lutka spieprzyła aż jagody w krzakach zostawiła – ryknął śmiechem drugi z braci wzbudzając radość wśród reszty.

– Ustąpcie już bracia! – przemówił jedyny siedzący mężczyzna – Czas, żeby decyzję jaką podjąć nie zaś za łby się szarpać.    

Głosy zebranych ucichły zaś głowy skierowały się w tę samą stronę jak na komendę. Kilkanaście par oczu utkwionych było w mężczyźnie, który siedział wygodnie taksując wszystkich przenikliwym wzrokiem. Kiedy podniósł się z siedziska wojowie rozstąpili się bez słowa robiąc przejście niczym dla króla. W przeciwieństwie do pozostałych, mężczyzna miał krótką i zadbaną brodę na ramiona zaś opadały długie i nieco przetłuszczone włosy. Na skroni nosił złoty diadem z wykutym orłem widocznym na frontonie. Długi i szeroki na cztery palce miecz wisiał u pasa przeważając go na lewą stronę.

– Nie od dzisiaj nam wiadomo, że różne podania o dziewce głoszą – rozpoczął wódz przechadzając się wśród zebranych – Baby nasze najczęściej, lecz najmniej spójnie tę kwestię podjudzają. Jedne mówią, że wiedźma, bo w pełni księżyca w niebo się unosi inne jeszcze twierdzą, że duchy z lasu wywołuje magicznymi zapachami je nęcąc. Są też i opinie, że młódka bogów się nie boi rozmawiając z nimi jak równa z równym.

– Temu deszczu na nas nie spuszczają! – wtrącił się Wysław symbolicznie podnosząc wzrok ku niebu.

– Możliwe, że dobrze prawicie – poparł wódz – Pewności jednak nie mamy.

– A jakich nam jeszcze dowodów potrzeba? – spytali równomiernie bliźniacy.

– Co zatem radzicie drodzy Witowie? – zapytał wódz siadając na powrót na swym miejscu.

W izbie zapanował gwar. Dzbany i kubki poszły w ruch wzniecając w powietrzu woń sfermentowanego jęczmienia. Niektórzy żywo gestykulowali, inni stali w milczeniu słuchając sąsiadów, jeszcze inni pili racząc się przednim i dojrzałym trunkiem. Kilku z obecnych sięgnęło nawet po miecze w proteście przed odmiennym poglądem wobec pozostałych co szybko stłumiono przywracając pokojową atmosferę. Po dłuższej chwili Wit imieniem Zamir, podszedł do oczekującego wodza i z racji swego starszeństwa przemówił w imieniu zebranych.

– Niech imię Peruna boga nieba, Swaróga boga słońca i Welesa pana zaświatów będzie wychwalane i czczone po wsze czasy!

– Niech będzie wychwalane! – odparli zebrani.

– Pierwszy z Witów i wodzu nasz! Zebrani tu witowie wobec bogów naszych i ciebie uradzili, że trzeba dziewkę pojmać i przed radą naszą postawić. Nie godzi się, aby pod nosem naszym diabelskie czary uprawiać. Posłuchać jednak warto co dziewoja ma na swoje usprawiedliwienie. Warto też, o przyczynę ją zapytać a nadto skutki jej działań przedstawić które na nas się odbijają.

– Znacie sprawę córki Bożeny, nijakiej… – wódz przerwał próbując przywołać w pamięci imię dziewczęcia.

– Zwą ją Dalebora! – podpowiedział najmłodszy z zgromadzonych o rzadkim jak kaktus zaroście.

– Słusznie bracie! – poparł wódz – Uzdrowiona została, kiedy nasi do Welesa już ją odprawiali.

– To jedyne tego typu zajście – odparł Zamir – Ludzie cud bogom przypisali, samej zaś dziewce przypadek zawdzięczając. Nic tylko przed radą ją postawić i opinii druidów zasięgając.

– Skoro taka wasza wola, niech się wypełni – zadecydował wódz – Dwóch zbrojnych niech pod las jedzie i wiedźmę do grodu dostarczy.

– Dwóch panie? Toż to czarci pomiot i siła nieczysta, może ją rozpierać! – zaprotestował brodaty opas z drugiego końca sali.

– To trzech wojów niech po dziewkę ruszy co by się dwójce przez przypadek nie wyrwała!

– My byśmy czterech radzili – wtrącił kolejny z zebranych.

– Odstąpcie bracia! – warknął wódz podrywając się z miejsca – Ruszać w drogę! I podszepty sobie darować! Postanowione!

Kiedy czterech zaopatrzonych w włócznie i miecze wojów opuszczało granice grodu, na niebie zbierały się czarne jak noc chmury. Pierwsze błyski uderzały w horyzont zapowiadając upragnioną od tygodni burzę. Czyżby i tym razem rozmowy dziewczyny z Perunem przyniosły zamierzony efekt? – pomyślał wódz obserwując oddalających się zbrojnych – Niech was bogowie prowadzą – dodał po czym wrócił do izby.

***************************  

Powiew świeżego i chłodnego wiatru niósł orzeźwienie. Zroszone deszczem kwiaty otwierały swe kielichy prezentując bogatą gamę barw zaś trawy stały się bardziej zielone i sprawiały wrażenie jakby rosły w oczach. Melodyjne śpiewy ptaków niosły się echem po lesie odbijając od konarów drzew i wracając z powrotem. Całe piękno zakłócały delikatne drgania ziemi zwiastujące zbliżających się konnych. Dziewczyna patrzyła z niepokojem zdając sobie sprawę, że wcześniejsze obawy nie były bezpodstawne. Zbliżające się postaci rosły z każdym krokiem nabierając kształtów i wyrazistości. Tętent kopyt bił o ziemię przywołując na myśl pędzące stado dzikich koni. Gdy dotarli na miejsce zastali spokój i ciszę. Nie schodząc z koni okrążyli chałupę dobywając mieczy. Zdziwienie wzięło górę, kiedy nie zastali nikogo, mimo iż jadąc w stronę lasu wyraźnie dostrzegli sylwetkę kobiety. Nie myśląc długo dwóch wojaków zsiadło z koni i powolnym krokiem podeszło do lichych drzwi chałupy. Kolejnych dwóch zabezpieczało ich z tyłu mierząc przed siebie długimi na pięć łokci włóczniami. Pewno siedzi w środku – szepnął jeden ze stojących pod drzwiami, podczas gdy jego towarzysz zamachnął się długim i przysadzistym kopniakiem wywalając drzwi. Tuman kurzu wzbił się powietrze zasłaniając wnętrze. Nic się jednak nie wydarzyło.

– Wyłaź czarci pomiocie! – krzyknął jeden z konnych – Bo inaczej chałupę podpalimy.

Nie zważając na groźby kompana wojacy z mieczami wtargnęli do domostwa. Po dłuższej chwili dało się słyszeć piski i krzyki połączone z przekleństwami oraz groźbami oprawców. Mężczyźni wypchnęli dziewczynę, która potykając się o próg runęła wprost pod czekających na zewnątrz konnych.

– Wstawaj szelmo! – krzyczał jeden dźgając dziewczynę tępą stroną włóczni.

W tym czasie wychodzący z domu zarzucili gruby powróz na szyję dziewczyny ściągając go ciasno. Młódka zakrztusiła się dusząc spazmatycznym kaszlem. Jeden z oprawców ciął skórzanym pasem po plecach schwytanej co przyprawiło ją o kolejny upadek i paniczny wybuch płaczu.

– Teraz beczysz wiedźmo? Było wcześniej myśleć, zanim ze złym lichem paktować zaczęłaś – warknął jeden z wojów.

– Czego ode mnie chcecie? Czy komu krzywdę wyrządziłam? – krzyknęła dziewczyna w ataku rozpaczy i strachu.

– Jeszcze pytasz kreaturo? Już ci bogowie łaski nie okażą! Jedziemy!

– Gdzie mnie zabieracie panowie?

– Do grodu wiedźmo. Przed radą Witów staniesz choć kat i tak dla ciebie pisany! – odburknął zbrojny szarpiąc za kolejny sznur tym razem na dłoniach pojmanej.

Droga do grodu dłużyła się w nieskończoność. Zmęczona marszem dziewczyna coraz częściej dawała oznaki wyczerpania i niemocy. Smukła i niska postura nie zapewniała warunków do marszu, co dodatkowo utrudniały spętane ręce i zaciśnięty sznur na szyi. Na popas zatrzymali się w niewielkim zagajniku. Miska obroku i nieco wody ze strumienia musiały wystarczyć koniom, które dawały wyraźny znak swego niezadowolenia. Przywiązana do drzewa dziewczyna słaniała się na boki umierając z pragnienia. Jeden z oprawców widząc stan schwytanej podał jej końska misę napełnioną wodą.

– Niech ci panie bogowie wynagrodzą – szepnęła przez spękane wargi. Ten jednak zamiast dać jej pić, chlusnął w twarz dziewczęcia dając pozostałym powód do radości.

Nieunikniony zmierzch zapadł szybko wzbudzając lekki strach u przybyłych z grodu ludzi. Na myśl o spędzeniu nocy w towarzystwie wiedźmy ściskało ich w żołądkach.

– Nie dotrzemy przed zmierzchem – ocenił jeden z wojaków – Przyjdzie nam z nią nocą wędrować.

– Nie sposób ciągać dziewkę po nocy – wtrącił drugi – Na śmierć ją zatyramy a do grodu jedynie truchło do wleczemy.

– Nie ma rady. Musim wartę rozstawić i noc przeczekać – zadysponował kolejny – A z nastaniem brzasku – jak Swaróg da –  w drogę ruszymy.

Jak uradzili tak też się stało. Pierwsza para uzbrojonych we włócznie mężczyzn stanęło w odległości kilkunastu łokci od dziewki. Jarzący się w kaganku płomyk rzucał nikłe światło w jej kierunku. Ciepła noc ożywiła świerszcze i cykady które sprawiały wrażenie bardziej aktywnych niż zwykle. Nawet konie zdawały się drzemać w najlepsze pochrapując zdrowo i głośno. W głębi lasu dało się słyszeć trzaski czasem ciche piski, których pochodzenia stojący na warcie nie potrafili określić. Raz zdarzyło się nawet, że doszły do nich dźwięki tajemniczo zbliżających się kroków, które ucichły nagle jakby zapadając się pod ziemię. Zalani potem mężczyźni gapili się w ciemność próbując dostrzec cokolwiek, jednak ich wysiłki okazały się daremne. Po pełni księżyca zmienili wartę jednak oka zmrużyć nie mogli. Dopiero nad ranem, kiedy dzień widniał na horyzoncie odpoczywającym po służbie udało się zmrużyć oko regenerując siły choć w najmniejszej części.

– Słyszeliście co w nocy? – zapytał jeden z wyrwanych ze snu wojaków.

– Jeno świerszcze i cykady, no i konie które najwięcej ze snu skorzystały – odparł drugi.

– Nas dziwne głosy dochodziły. Ni to piszczenie, ni krzyki – kontynuował pierwszy – Raz to nawet jakby kto się do nas czaił, aleśmy nikogo nie dostrzegli.

Przez moment zapanowała cisza, która dała odczuć ciężar gorączkowych myśli związanych z diabelstwem które dwaj pierwsi wartownicy słyszeli w nocy.

– To wilkołaki panie! – wtrąciła się dziewczyna wzbudzając zainteresowanie najbliżej stojących mężów.

– Co za czort wiedźmo?

– To ludzie, którzy w nowiu księżyca wilkami się stają – odparła – Ofiar szukają by krwi nieco upuścić i zwierzęcą dzikość ujarzmić.

– To jak to że nas żywcem zostawiły?

– Mam amulet, który skutecznie je odstrasza. Podchodzić próbowały, jednak wisior musiał je hamować.

– Życie nam uratowałaś wiedźmo! – krzyknął trzeci z mężczyzn radują się bez opamiętania – Dajcie jej jeść i napitku nie żałujcie. Zasłużyła na porządną strawę co by siły przed dalszym marszem nabrała.

Od tego momentu wojacy zmienili nieco stosunek do pojmanej. Istotnie zawdzięczali jej życie, zatem chcąc odwdzięczyć się nieco posilili ją i z szyi powróz zdjęli. Dwóch z nich próbowało nawet porozmawiać z dziewczyną, ta jednak nie okazała się wylewną udzielając jedynie zdawkowych i wymijających odpowiedzi. Mężczyźni przekonali się szybko, że wiedźma nie jest taką, za jaką uważają ją mieszkańcy grodu, choć podejrzewali też, że to jedynie pozory by chciała własną skórę przed katem uchronić.

Kiedy słońce stanęło w zenicie, na horyzoncie pojawił się zarys grodu. Upalny dzień powodował, że zwalniali marszu nie chcąc sforsować dziewki, dla której dotarcie na miejsce to dopiero połowa tego co miało ją czekać. Kiedy czuwający na palisadzie łucznicy dostrzegli zbliżającą się grupę, zadęli w rogi dając sygnał mieszkańcom, iż zbliża się oczekiwany przez wszystkich moment. Drewniana brama rozwarła się ze zgrzytem, otwierając drogę na niewielki most umożliwiający przejście przez fosę. Ludziska wysypywali się na zewnątrz niczym zboże ze spichlerza. Część mieszkańców dzierżyła w dłoniach kije, widły a nawet garnki unosząc je do góry w proteście przeciwko tej którą prowadzono na sąd. Kiedy czteroosobowa eskorta zbliżyła się do grodu, w bramie pojawili się zbrojni, którzy starając się oddzielić niespokojny tłum torowali przejście dla przybyłych. Wulgarne wiwaty i okrzyki witały dziewczynę, która wycieńczona drogą nie zwracała uwagi na zebraną tłuszczę. Sypano w nią piachem i pluto, czasem ciskano drobny przedmiot czy fragment potłuczonego glinianego garnka. Mimo usilnych starań zbrojnych nie do końca udało się opanować motłoch, który wszedł do grodu zmierzając wprost pod ulokowaną w centrum izbę Witów. Dziewczyna rozglądała się na strony podziwiając drewniane budowle, które w porównaniu z chatą pod lasem stanowiły istny rarytas. Grube strzechy równo ułożonych wiązek kryły szerokie dachy opadające niemal do samej ziemi, zaś grube i ciosane bale piętrzyły na kilkanaście łokci wzwyż. W centrum grodu znajdowała się kamienna studnia, wokół której rozstawiono szerokie dębowe ławy. Obok zaś wznosiła się otwarta budowla, w której umieszczono posąg Peruna przyozdobiony kwiatami i wciąż tlącymi się ziołami.

– Chwała Bogom żeście cali i zdrowi dotarli – przywitał wojaków sędziwy mężczyzna z łysą jak kolano głową oraz zapuszczoną niemal do kolan brodą. Wspierał się na długiej drewnianej lasce, na szczycie której widniały dwa bycze rogi przymocowane czerwoną wstęgą. Odziany zaś był w powłóczysta szatę przepasaną rzemieniem. Na rękach nosił blaszane ozdoby w postaci szerokich na dwa palce bransolet na nogach zaś skórzane sandały.  

– Witaj Izborze! – odparł jeden z przybyłych – Po zachodzie na popas stanelim i zmrok nas zastał. Ale Bogowie mieli na nas pieczę – dodał.

– Bez wątpienia bracie, bez wątpienia – wtórował druid.

– Witowie oczekują? – kontynuował rozmowę wojak.

– Pierwszy jeszcze nie dotarł, dlatego czekać trzeba – poinstruował starzec – To jednak kwestia kilku wdechów a stawić się powinien.

Nim skończył mówić zgromadzony wokół tłum rozstąpił się niczym drewno w rękach drwala. W stronę sali dziarskim krokiem zmierzał wódz. Odziany był w napierśnik i spodnie z grubej skóry. Na ramionach powiewał purpurowy płaszcz, spod którego błyszczał długi na dwa i pół łokcia miecz. Na skroni pierwszego z Witów spoczywał zdobiony diadem z orłem na froncie. Dziewczyna przyglądała się na zmierzającego w jej stronę mężczyznę. Przywoływała w pamięci obrazy mogące świadczyć, że nie jest to pierwsze z nim spotkanie. Mimo usilnych starań nie potrafiła skojarzyć wodza, zapewne przez zmęczenie i pragnienie które doskwierało jej od rana.

– Chodźmy – ponaglił wojów Izbor, kiedy wódz dotarł do izby znikając w jej progu.

– Idziemy wiedźmo! – krzyknął zbrojny szarpiąc za krępujący ręce sznur.

Tłum poderwał się widząc wchodzących do izby. Krzyki, hałasy i podszepty towarzyszyły mieszkańcom, którzy pozostali na zewnątrz oczekując decyzji Witów.

W izbie panował półmrok, który w spiekocie dnia stanowił oazę wytchnienia. Jedynym źródłem światła był niewielki otwór umieszczony w centrum dachowego pokrycia. W narożnikach izby rozmieszczono duże misy przeznaczone do palenia kadzideł na cześć bogów. Na rzeźbionym siedzisku w centrum spoczął pierwszy z Witów. Towarzyszył mu siedzący na oparciu orzeł, który zerkał bystro na wchodzących do wnętrza ludzi przechylając łebek. Za nim zaś tłoczyli się pozostali należący do rady mężowie. Po prawicy wodza stał wsparty o laskę druid Izbor, dzierżąc w dłoni małą rzeźbioną figurkę Welesa, boga magii. Duszące opary wdzierały się do nozdrzy drapiąc gardło. Dziewka zakasłała zaś wielu zebranych zasłoniło twarze bojąc się złego uroku.

– Dajcie jej pić! – polecił wódz poprawiając się w siedzisku – Bo nam zaraz trupem padnie!

Jeden z Witów dobył miecz i chwytając nim za ucho pustego do połowy dzbana podał dziewcze, ta zaś przyssała się do naczynia spijając łapczywie zawartość. Kiedy skończyła, pierwszy z Witów skinął na Izbora, który ruszając w stronę dziewki zadał pierwsze, otwierające proces pytanie.

– Jak cię zwą?

Młódka patrzyła na druida, który krążąc wokół otaksował opłakany wizerunek nie przypominający typowej wiedźmy. W izbie panowała cisza jak makiem zasiał.

– Odpowiadaj, kiedy pytam! – warknął Izbor popychając dziewkę końcem drewnianej lachy.

Ta upadła na ziemię jednak szybko wróciła do pionowej pozycji pomimo związanych powrozem rąk.

– Nadia, panie – odparła wreszcie.

– Gdzie twój dom?

– Pod lasem panie, pół dnia drogi od grodu – poinformowała.

– Ojce, żyją? – drążył dalej brodacz.

– Nie panie, pomarli.

– Kim byli?

– Po kądzieli pracowali na roli zaś po mieczu handlem obwoźnym się parali.

– Skąd pochodzisz wiedźmo?

– Z południa panie – odparła co wznieciło szepty wśród zebranych.

– Ścichnijcie bracia – uciszył wszystkich wódz wznosząc dłoń ku górze.

– Mów dokładnie, skąd pochodzisz, bo cię każę batem na placu wysiekać – warknął Izbor chcąc zastraszysz oskarżoną.

– Z bagien panie, które tutaj zwiecie Mgliste – wydukała dziewka.

Wśród zebranych zawrzało. Mgliste bagna to przeklęta kraina, gdzie zapuszczał się jedynie człek o nie zdrowych zmysłach. Podania głosiły, że to tam rodzą się utopce, biesy i inne przeklęte przez bogów stworzenia. Kto tam poszedł, nigdy nie wrócił. Wieczny mrok i opary śmierci spowijały moczary zabijające wszelki objaw życia. Burzowe błyski i nieczyste opady z nieba dusiły, zabijały i pochłaniały duszę, która wracała na ziemię jako demon.

– Cóż nam więcej trzeba bracia! – krzyknął jeden ze stojących za wodzem mężów – Wiedźma z krwi i kości!

– Kłamstwo głosicie pany! – krzyknęła dziewczyna chcąc bronić się co sił.

Pozostali przekrzykiwali ją gotowi wykonać wyrok śmierci choćby tu i teraz.

– Niech mówi – przerwał wrzawę Izbor uciszając wszystkich – Niech mówi!

– Istotnie na południu ciągną się bagna, które swym wyglądem mogą człeka w mrok wprowadzić, dalej jednak jest kraina piękna, która jeszcze obfitsza od waszej się wydaje a którą mój lud zowie Podgórzem, bo nad głowami wielkie i dzikie skały się wznoszą.

– O Bogowie! O Czym pleciesz wiedźmo! Jakie znowu skały?

– Góry panie! Wielkie i strzeliste. Przez samych bogów usypane – odparła.

– To co sprawiło, że z tej boskiej krainy do nas cię przyniosło? – wtrącił wódz wywołując śmiech u zebranych.

– Zima panie! Tam ostra i sroga. Z gór chmury śniegu schodzą niszcząc dobytek i ludzi zabijając – tłumaczyła – Rodzice tak zginęli, temu dom opuściłam i na północ ruszyłam.

Druid zacisnął pięść czując drganie dzierżonej figurki. Zmarszczył brwi spoglądając na dziewczynę dziwiąc się, że przypuszczenia wszystkich okazały się mylne.

– Dobrze dziewka prawi! Mimo, iż nasze zdanie inne! – przemówił wskazując rozwartą dłoń z podobizną Welesa – Zatem nie można nam bogom się sprzeciwiać.

Kiedy skończył mówić dało się słyszeć grzmot, który wprawił w drżenie posady izby. Gęstniejąca atmosfera spotęgowała obawę, iż nie dość, że wiedźma w dziewce drzemie, to jeszcze wybraną przez bogów można w niej upatrzeć. Nie wiedzieć czemu zamiast skupić się na przesłuchaniu, dziewczyna wpatrywała się w siedzącego na oparciu orła, który nie pozostawał jej dłużny. Wszystkiemu przyglądał się również najstarszy z Witów Zamir który, póki co nie wypowiedział ani słowa chcąc ocenić sytuację. Teraz jednak postanowił zareagować.

– Czy prawdą jest, że Daleborę, córkę jednego z naszych uzdrowiłaś?

Znów zapadła cisza, w której nawet oddech orła stał się słyszalny.

– Prawda panie – odparła dziewka.

– Jak to uczyniłaś?

– Napar z ziół i owoców lasu uwarzyłam wszystko podszeptem do bogów ozdabiając.

– Podszeptem do bogów? – powtórzył tym razem Izbor – To aż tak cię słuchają, że na twoje życzenie wszystek spełniają?

– Nie wiem panie – tłumaczyła – Ja jedynie z pokorą proszę. Czasem się wypełnia, a czasem nie.

– Ludzie gadają, że złe co z lasu ciągnie potrafisz odpędzić urokiem albo i czarem jakim – zagaił ponownie Zamir, podczas gdy w oddali dało się słyszeć kolejny grzmot – Prawdą jest, że magią się parasz?

Dziewka patrzyła na zebranych poszukując choć jednej przychylnej sobie twarzy. Stłoczeni za wodzem mężczyźni zdawali się zaślepieni chęcią zemsty i rządzą śmierci. Nawet jedna para oczu nie dawała choćby cienia nadziei, że sprawiedliwość ma szansę dojść do głosu.

– O co mnie oskarżacie zacni mężowie? Czyż zawiniłam wam choć słowem? – szepnęła pod nosem, co doszło do stojącego obok druida.

– Jak śmiesz pytać nas o cokolwiek czarci pomiocie! – ryknął Izbor uderzając pięścią w twarz dziewczyny – Nie jesteś mężem co mógłby na naszą litość zasłużyć, lecz głupią babą i to w magii zamoczoną.

Nadia zapłakała leżąc twarzą na drewnianym podłożu. Znieważona, bosa i związana jak zwierzę szlochała do bogów chcąc oddać cierpienie które niesłusznie jej zgotowano.

Na raz dało się słyszeć głuche dudnienie do drzwi izby. Jeden ze stojących na wylocie ruszył do obejścia omijając szerokim łukiem leżącą na ziemi Nadię. Wszyscy wpatrywali się w woja licząc każdy krok dzielący go od celu. Kiedy uchylił drzwi do wnętrza wpadł roztrzęsiony i blady mężczyzna. Przyduża koszula, za krótkie spodnie i bose nogi zdradzały, że był jednym z pracujących w polu chłopów. W dłoniach miał wyraźnie porwany słomiany kapelusz.

– Wodzu! Pany Witowie! – rozpoczął zdyszany mężczyzna zerkając nieśmiało na leżącą dziewczynę.

– Co się stało Bogumile? – zapytał wódz – Mów rychło, bo nam z dziewką dość opornie idzie.

Chłop ponownie spojrzał na Nadię, która niezauważenie podniosła się na nogi ocierając twarz po surowym razie od druida.

– Znowu dziecko zginęło mości panowie! – krzyczał Bogumił odchodząc na krok od dziewczyny – Koleje niemowlę upiór z lasu porwał! Bogowie nas karzą! – zawodził – Co robić?

– Widział kto czarta jak dziecko porywa? – zapytał Izbor przenosząc uwagę na chłopa.

– Jam widział mości Izborze! Na własne oczy patrzałem!

– Jak wyglądał?

– Wielki i czarny jak noc, umięśniony jak tur jaki! Z zewnątrz na wilka wyglądał, ale przecie dzikie psy takie nie są! Ślepia czerwone jakby ogień w nich tańczył a zębiska – tutaj zademonstrował rękoma – Takie miał, jak szable jakie.

W izbie zapanował gwar. Mężczyźni dyskutowali wymieniając się spostrzeżeniami i usłyszanymi nowinami. Sam Izbor wrócił do szeregu, przysiadł na oparciu i szepcząc coś do wodza gestykulował wymownie.

– To boruta!

Zapadła cisza. Oczy zebranych skupiły się na dziewczynie, która stojąc na środku izby wlepiała wzrok w ziemię. Czas jakby się zatrzymał. Nawet znudzony przedłużającym się przesłuchaniem orzeł zerknął bystro na Nadię przechylając łebek.

– Czego tam znowu gadasz wiedźmo? – zapytał wódz przerywając milczenie.

– To boruta, panie – powtórzyła – Leśny demon przybierający zwierzęcą postać.

– Skąd to wiesz?

– Ostatnio często w te strony podchodzi. Najdalej wczoraj jednego spod chaty przegoniłam.

– Wiesz czego tutaj szuka? – zapytał tym razem Zamir.

– Nie wiem panie. I dziwnym wydaje się, że dziecko porwać zechciał. Prawdą jest, że boruta nie jest przychylnym człowiekowi, i często zwodzi go na manowce, dlatego podejrzewam, że dziecko za złym urokiem poszło, zaś demon porwał je ze świeżym mięsem myląc.

– Na bogów! – wyszeptał Bogumił wlepiając oczy w Nadię – To jej sprawka mości pany! To przez nią nieszczęście na nas spadło – krzyczał wskazując na dziewkę.

W sali ponownie zawrzało. Wódz kazał wyprowadzić spanikowanego chłopa i zamknąć drzwi pod pretekstem narady, którą trzeba w tej sprawie odbyć.

– Wiesz, jak odpędzić demona i spokój nam przywrócić? – zapytał wódz podnosząc się z siedziska.

– Wiem panie! – odparła pewnym głosem Nadia.

– Zatem będzie tak! Ruszysz do lasu co by złego odpędzić. Jeśli zginiesz, słuszną karę za czary poniesiesz, jeśli zaś wrócisz cało, daruję ci życie upatrując w tym wolę bogów, którzy istotnie przez ciebie działać lubują.

Decyzja wodza nie przyniosła pożądanej euforii, nikt jednak nie raczył jej podważyć. Wszyscy jak jeden mąż uznali, że pierwszy z Witów dobrze postąpił i sprawę uczciwie postawił.

********************

– Czego ci trzeba, żeby z demonem stanąć? – zapytał Izbor wyprowadzając dziewkę tylnym wyjściem.

– Szakłaku panie i woreczek soli – odparła Nadia rozmasowując zsiniałe nadgarstki – Poza tym dwa kawałki surowego mięsa i ogień rozpalony.

– Dostaniesz wszystko! A czy dziecko całe wróci?

– Nie wiem tego panie. Dziwnym jest, że boruta tak blisko grodu podszedł. To wielki demon, lecz strachliwy, choć przyznać trzeba, że agresywny i odważny jest ostatnio. Noc Kupały się zbliża, może dlatego bardziej aktywnie demony sobie poczynają – zamyśliła się chwilę po czym dodała – A nie znalazłoby się co dla mnie mości panie? Od rana nic w gębie nie miałam.

– Chleba i kaszy ze skwarkami dostaniesz, żebyś nie pomyślała, że ludzie z grodu mściwi i bezduszni są – odparł.

– Dziękuje wam. Obiecuję do bogów za was westchnąć – dodała prezentując delikatny i powabny uśmiech.

Dzień chylił się ku zachodowi. Czerwone jak ogień słońce wtuliło się w ziemię znikając za horyzontem. Polne robactwo zaczynało codzienny koncert przerywany hukaniem siedzącej na skraju lasu sowy. Wielkie ślepia świeciły w mroku niczym świeżo wybite monety. Po skromnym i upragnionym posiłku, dziewka kucnęła przy grodowej palisadzie szepcząc coś pod nosem. Tajemnicza czynność pochłonęła jej czujność i uwagę. Nie zorientowała się, kiedy podszedł do niej Izbor wręczając pochodnie i niewielkie zawiniątko.

– Co czynisz wiedźmo? Jakieś gusła na nas zsyłasz? – zapytał skonsternowany druid.

– Nie panie, jedynie za posiłek dziękuje i o opiekę Peruna proszę, co by mnie chronił przed demonem, z którym mierzyć się przyszło – tłumaczyła Nadia.

– Idź już! I niech wobec ciebie wola bogów się wypełnia – odparł nieco spokojniej po czym odszedł znikając za dębowym ogrodzeniem.

Dziewka ruszyła pewnie, lecz powoli. Mimo wątłego światła zdołała wypatrzeć pojedyncze ślady, które wzbudziły podejrzenie co do prawdziwości przesłania o Borucie. Przez chwilę pomyślała, żeby przeczekać do rana co ułatwiłoby nie tylko walkę, ale i wyśledzenie demona, jednak widząc coraz więcej śladów zdała sobie sprawę, że w tym przypadku noc będzie odpowiednią porą. Kiedy dotarła do granicy lasu, księżyc stał w pełni rzucając łunę na tonące w mroku drzewa. W głębi panowała grobowa cisza, przerywana przez delikatny powiew czającego się w koronach wiatru. Mimo trudnej widoczności, Nadia szła pewnie starając się przyzwyczaić wzrok do trudnych warunków. Po kilkunastu krokach dotarła do niewielkiej polanki oświetlonej przez stojący wysoko księżyc. Zewsząd dochodziła tylko cisza. Żadnych ruchów, podejrzanych dźwięków czy postaci. Przemierzyła polanę, która okazała się złudna, bo podmokła. Dogasająca pochodnia nie napawała nadzieją na ułatwienie zadania mimo to Nadia ruszyła w przód nie oglądając się za siebie. Na raz dało się słyszeć dziki ryk, niosący echem po lesie. Dziewczyna przystanęła wstrzymując oddech, zaś włosy na rękach samoczynnie stanęły dęba. W oddali przemknął cień, który dał jej pewność, że tajemniczy demon nie jest borutą. Nieprzyjazną atmosferę spotęgował wiatr, który wzmógł się gasząc ledwie ćmiącą pochodnię. Ciemność opanowała okolicę odbierając najmniejszą szansę na dostrzeżenie czającego się pomiota. Nadia wstrzymała dech modląc się do bogów o pomoc i interwencję.

– SZA-MA-WOT – przemówił szept szybując z podmuchem wiatru niepostrzeżenie niknąc za plecami.

– MET-KO-S – odparła dziewczyna wytężając wzrok w ciemności.

Na raz poczuła ukłucie w oczach które wywołało lawinę łez. Przymknęła powieki czując dyskomfort i dławiący strach. Po chwili jednak, dziwne uczucie zaczęło ustępować miejsca przyjemnemu i ożywczemu chłodowi. Powieki rozwarły się samoczynnie ukazując wyraźny i ostry jak brzytwa obraz lasu, który jeszcze przed chwilą otulał mrok. Drzewa świecące niczym pochodnie jarzyły się na tle ściółki pokrywającej podłoże niczym morska tafla. Każdy, najmniejszy nawet szczegół uchylał swego rąbka przed bystrym i przenikliwym wzrokiem dziewczyny. W jednej chwili dostrzegła człowieka, który siedząc wzdłuż leśnego ostępu opierał się o drzewo nie dając znaku życia. Pierwszy krok dziewczyny nie należał do udanych, bowiem podchodząca pod stopę gałązka trzasnęła niosąc echo po okolicy. Mimo to tajemnicza postać nie drgnęła sprawiając wrażenie odciętej od rzeczywistości. Nie chcąc powtórzyć błędu, Nadia zdjęła trzewiki, zaś drugą ręką sięgnęła po gałązkę ukrytego w torbie szakłaku. Woń dorodnej witki poszybowała przez las dochodząc do nozdrzy śpiącego. Człowiek poruszył delikatnie nosem po czym zerwał się na nogi sprawiając wrażenie zaskoczonego. Księżyc wychylił się zza chmur i przebijając przy bujne korony drzew padł na mężczyznę.

– Jesteś wreszcie Nadio! – stwierdził niemal nagi człowiek.

– Przyszłam po dziecko, któreś porwał czarcie! – odparła ściskając gałązkę.

– Aleś ty w gorącej wodzie kompana. Przypatrz mi się i zgadnij kim jestem?

Dziewczyna utkwiła wzrok w czarnych oczach rozmówcy. Znajome rysy twarzy i umięśniona postura przypominały jej kogoś sprzed lat. Nie musiała długo myśleć. Szeroki uśmiech mężczyzny odsłonił białe jak płótno zębiska przywołując niezatarty obraz z przeszłości.

– Gniewosz! – wycedziła uwydatniając blask napływających do oczu łez.

– Witaj! – przywitał się ponownie – Radość mnie ogarnia, że przybywasz.

– Wiedziałam, że bogowie przeklęli cię po stokroć, nie myślałam jednak, że aż tak.

Gniewosz przechylił głowę nasłuchując słów dziewczyny.

– Od samego początku wiedziałaś, że jestem wilkołakiem. Po tylu latach wyrzuciłaś mnie na bruk każąc odejść i zapomnieć. Po tym wszystkim co nas łączyło.

– Mieszkanie z człowiekiem wilkiem pod jednym dachem jest niebezpieczne – stwierdziła.

– Przez tyle lat nic ci nie zrobiłem, więc przez kolejne również niczego bym się nie dopuścił. Nikogo nie kochałem tak jak ciebie, tylko dzięki tobie potrafiłem zapanować nad siłami nowiu i powstrzymywać przed dzikością wilczego ciała. Lecz ty upatrzyłaś sobie tego szczura Bogusza, który i tak zostawił cię jak szmatę.

– To moja sprawa. Oddaj dziecko! – krzyknęła.

– Myślisz, że tak po prostu oddam ci bękarta i rozejdziemy się do domów?

– Czego chcesz? Możesz mnie zabić, lecz oszczędź berbecia – próbowała negocjować.

Gniewosz ponownie nasłuchiwał wykonując przy tym charakterystyczne dla zwierzęcia ruchy. Księżycowe promienie zbliżały się nieuchronnie, on jednak oddalał się o krok by zniknąć w cieniu drzew.

– Zdejmij ze mnie klątwę wiedźmo! – wycharczał chłopak – Albo zabij pozbywając cierpień na wieki.

– Wiesz, że nie potrafię! Nie mnie dane uroki odczyniać. Jedynie proste rzeczy zdziałać potrafię.

Widząc, że Gniewosz zbliża się małymi kroczkami, Nadia sięgnęła do woreczka dobywając pełną garść soli. Zwinnym ruchem rozsypała ją przed sobą czyniąc grubą i prostą linię, zaś pozostałością cisnęła w stronę wilkołaka. Demon starał się utrzymać nerwy na wodzy, jednak wytrzymał tylko przez chwilę. Cofnął się w tył robiąc nadludzkich rozmiarów krok, po czym stanął w centrum rzucanego przez księżyc światła. Twarz mężczyzny poczerniała, zaś goły tors zaczął pokrywać się czarnymi jak smoła kudłami. Bose stopy rosły wzdłuż zaś ostre pazury wrastając w ziemię ryły ślad niczym startujący do biegu wilk. Oczy mężczyzny nabrały dzikości. Twarz zmieniła się z każdą chwilą nabierając rysów charakterystycznych dla demona w wilczej skórze. Skóra mężczyzny pękała uwalniając wielkie i górowate mięśnie. Czerwonymi jak ogień ślepiami zmierzył dziewczynę, która przeczuwając atak, sięgnęła za pazuchę po niezbędne w walce z demonem zioła. Kiedy wilkołak ruszył w jej stronę przykucnęła rozsypując zawartość dłoni szeptając przy tym charakterystyczne sobie gusła. Demon pędził w stronę Nadii wyrywając darń soczystej leśnej trawy. Gniewosz wyczuwając sól i świeżo palone zioła zwolnił zdając sobie sprawę, że magicznej bariery nie zdoła łatwo przeforsować. Nie wiadomo skąd nad głową dziewczyny, zaczęły gromadzić się liczne świecące punkciki, które do złudzenia przypominały świetliki. Dziwne zjawisko nasilało się z każdą chwilą nabierając blasku. Demon zatrzymał się wbijając ślepia w ziemię.

– SZA-MA-WOT! – przemówił głos mknąc między świetlistymi punktami.

– MET-KO-S! – odparła Nadia zaś jej oczy rozbłysły

– PEN-KA-MOFOS-UA – powtórzył się szept wyraźniej niż poprzednio.

Nadia wstała na równe nogi i unosząc ręce w górę krzyknęła, co sił w płucach:

– WAAL-KA-T M-EFOR ANDA-LA!!!

Tysiące świetlików ruszyło zza jej pleców niczym strzały. Oślepiający blask uderzył w skuloną bestię wywołując ryk i histeryczne drganie. Jasność kumulowała się w energię, która zdawała się skrywać wielką moc. Wzmógł się wiatr, czochrając swym powiewem korony drzew jak i źdźbła wysokich traw. Bestia walczyła z palącym blaskiem, który palił żywcem. Mimo świadomości bliskiego końca, demon zdobył się na kontrolowany skok, dotkliwie raniąc nieświadomą niczego dziewczynę. Gładka jak jedwab skóra pękła uwalniając obficie tryskającą posokę. Nadia pisnęła waląc o ziemię jak kłoda. Próbowała okiełznać ból zarazem nie tracąc bestii z oczu.

– MET-KO-S! – szepnęła wzbudzając kolejne fale palącej bestię energii.

Gniewosz zwijał się w spazmatycznych bólach by po chwili stanąć w ogniu. Niebieski płomień tańczył na kopcącym się cielsku niczym na suchych polanach w kominku. Ryk bestii niósł się po lesie drżąc w jego posadach. Nadia sięgnęła po woreczek z ziołami i solą ciskając w płonącego żywcem demona. Ogień zaskwierczał jak przy świerkowych igłach przepuszczając w stronę wilka palącą sól. Potwór padł na ziemię w martwym bezruchu. Po chwili do uszu Nadii doszedł płacz ukrytego w zaroślach dziecka. Dziewczyna mimo bólu i zimnych potów poderwała się na nogi przeszukując miejsce, z którego dobiegał dźwięk. Po dłuższej chwili dostrzegła uwikłane w krzakach zawiniątko. Pobiegła czym prędzej tuląc dziecię do piersi. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że tajemnicza moc pozwalająca jej widzieć w ciemności przestała działać. Zmęczona i poważnie ranna Nadia zatonęła w wszech panującej ciemności. Jedyną oznaką światła była resztka dopalającego się wilczego truchła.

Przebudził ją blask stojącego w zenicie słońca. Las wyglądał jak nie pamiętający niczego niemy obserwator. Wszystko było na swoim miejscu, zaś po wilkołaku pozostała kupka popiołu. Ptaki śpiewały wesoło. Nadia schyliła się nad prochami rozgrzebując palcem zimny pył.

– Ja też cię kochałam – szepnęła pod nosem roniąc łzę – Jednak są w życiu sytuacje, których nie da się przezwyciężyć. Pozostaje wypełnić pustkę w sercu i starać się żyć dalej mimo bólu i tęsknoty. Niech bogowie będą ci ukojeniem Gniewku – dodała nabierając prochy w garść i rozsypując po okolicy – Zawsze będziesz w moim sercu.

Przeszywający ból targnął dziewczyną zwalając z nóg. W zdrowej dłoni trzymała zawiniątko które mimo wielu atrakcji spało jak suseł. Ranna strona pulsowała czerniejąc i ropiejąc. Nadia wiedziała, że zadrapanie wilkołaka to pewna śmierć, rozprzestrzeniająca się po ciele niczym mrówki po dorodnym liściu. Jedyne czego chciała jeszcze dokonać, to dostarczyć do grodu śpiące w ramionach dziecię. Ruszyła przed siebie słaniając się i powłócząc nogami. Mrok zakrywał jej pole widzenia zasłaniając coraz większą część otoczenia. Dotarła do znajomej polanki rozkoszując się szmerem biegnącego w korytku strumyka. Padła na kolana, próbując umyć skażoną ranę, której skraje zaczynały się pienić.

– Nie zostało ci wiele czasu córko – przemówił tajemniczy głos zza pleców Nadii.

Dziewczyna nie odwróciła się mając pewność, iż zakrywająca ją łuna śmierci płata swe figle jeszcze za życia.

– Wielkiego czynu dokonałaś ratując małe i niewinne życie – kontynuował głos otulając ją swym ciepłem.

– Kim jesteś pani? – wydukała ledwie przytomna dziewczyna.

– Twoim wybawieniem! – odparła tajemniczo – Przyszłam, dać Ci nowe życie, bowiem obecne tracisz przez niesprawiedliwość.

– Nie bardzo pojmuję, pani.

– Gniewosz widząc, że umiera skalał cię wilczym jadem, myśląc, że skoro sam umiera, to ciebie pociągnie za sobą. Zabrał swą miłość do grobu, a ty?

Dziewczyna leżała wpatrując się w wartki nurt strumienia. Cichy oddech zmożonego snem dziecięcia stał się teraz donośny niczym sapanie utrudzonego wysiłkiem woja. Jej ciałem miotały skurcze, zaś w żyłach czuła niby żywy ogień.

– Jedyne czego chcę, to oddać dziecię w ręce matki – odparła wreszcie z trudem.

– Wiesz, że mogę dać ci życie? Sprawić, że ranne miejsce zasklepi się nie pozostawiając śladu po chorobie. Wrócisz do swej chaty robiąc to co dotychczas, nikt z grodu nie będzie cię już niepokoić. Wiesz to przecież! – zaznaczyła dosadniej –  Wybór jest jednak po twojej stronie.

– Pozwól mi pani, połączyć się z Gniewoszem. Skoro nie było nam to dane za życia, niech więc śmierć będzie nam spoiwem – zadecydowała słabnąca Nadia.

– Czy więc tak ma skończyć dziewczyna wybrana przez bogów? – zapytała kobieta użalając się nad niezrozumiałą decyzją dziewczęcia.

– Zdradź mi swoje imię pani – poprosiła Nadia krztusząc się i kaszląc.

– Jestem Zorza zwana też Dennicą, wysłanniczka samego Peruna, która z jego woli budzi dzień i opiekuje się jego początkiem. Dlatego dla ciebie również mogę stać się początkiem Nadio i dać ci poranek nowego życia – nalegała Zorza.

Silne dreszcze szarpnęły dziewczyną, zaś jej wzrok stał się mętny. Z nieba bił cieplutki promień słońca, który odbijając się w krystalicznej tafli strumienia raził swym blaskiem i energicznością. Śpiew ptaków przebijał się przez szumiący na wietrze las.

– GA-SZUM ENERA – szepnęła dziewczyna, gdy jej ciało zastygło w bezruchu.

– GA-SZUM ENERA – powtórzyła Zorza roniąc czystą jak kryształ łzę.

***********************

Żałobny kondukt przebijał się głównym deptakiem grodu. Stłoczeni ludzie wpatrywali się w leżące na marach ciało, które będąc w kwiecie wieku oddało ducha w ważnej sprawie. Na czele procesji szedł druid zawodząc coś pod nosem, następnie rada Witów zaś po nich Wódz, druid Izbor oraz najstarszy z Witów Zamir. Słońce stało w zenicie, paląc swymi promieniami zaś ptaki – jakby świadome podniosłej uroczystości – śpiewały smutno i żałobnie. Po dłuższej chwili kondukt dotarł na miejsce, gdzie ciało Nadii należało oddać bogom. Zebrani otoczyli równo ułożony stos, który pnąc się ku górze obrastał w białe pąki polnych kwiatów, u dołu zaś złożono dary bogom którzy przyjmując owoc ziemi i pracy rąk ludzkich stać się mieli przychylni młodej duszy, która odeszła za wcześnie, lecz świadomie.

Kiedy wszyscy dotarli na miejsce, dało się słyszeć szloch i zawodzenie. Rozczulone kobiety zdawały sobie sprawę, że ta którą jeszcze wczoraj chciano ściąć na grodowym placu, dziś żegnana jest z honorami i nieocenioną wdzięcznością. Kiedy wszyscy trwali w oczekiwaniu, z tłumu wyłonił się druid Izbor, który unosząc ręce w górę uciszył lud. Po chwili zaległa cisza jak makiem zasiał.

– Wielki Perunie! Panie niebios i burz! Wielki z wielkich i największy z największych! – rozpoczął modlitwę, podczas gdy tłum schylił głowy na znak szacunku – I ty wielki Welesie! Panie magii i zaświatów! – tłum trwał w postawie uniżenia – Do was wołam bogowie początku i końca! Do was dawców życia i śmierci! Przyjmijcie tę, która zmyła swoje winy, oddając życie za życie! Przyjmijcie tę, której czyn okazał się chwalebny! Przyjmijcie wreszcie tę, której odwaga i hardość serca, nie pozwoliły ugiąć się przed złem, które na nas spadło! O bogowie! Wzywam was i wasze moce! Niech ofiara jej życia i dary złożone z plonów ziemi i pracy, zapewnią jej nieśmiertelność i chwałę potomnych!

– Chwała! Chwała! Chwała! – zawtórował tłum krzykiem przez łzy.

Druid kończąc swą przemowę wyszeptał obrzędowe gusła obrzucając ciało Nadii kwiatami, ziołami i popiołem. Kiedy skończył ustąpił miejsca pierwszemu z Witów, dowódcy, wodzowi i piastującemu władzę orła panu, którego zwano Mieszkiem. Kiedy stanął pośród czekających na słowo gapiów, czuł na sobie odpowiedzialność i zaufanie pokładane w nim przez lud.

– Odkąd zamieszkała pod lasem, widziano w niej wiedźmę. Posądzano o czary, gusła, omijano i wyszydzano. Kiedy potrzebowano pomocy, zwłaszcza gdy nasz brat Izbor, nie miał posłuchu u bogów, wówczas znano do niej drogę i z dobrym na ustach słowem wędrowano do dziewki – jak ją nazywano – spod lasu. Nie dalej jak wczoraj, nasza rada gotów była, skazać ją na śmierć, nie dając prawa głosu ani możliwości obrony. Mimo to, gdy pojawiło się niebezpieczeństwo w osobie demona, nikt z nas nie chwycił za broń, nikt nie nadstawił karku w obronie swoich. Ona zaś poszła stając dzielnie oko w oko z człowiekiem wilkiem, mało tego uratowała nasze dziecię, oddając to co najcenniejsze. Niech nasza pamięć o niej będzie wieczna! Przekazujmy ją naszym dzieciom, zaś one swoim. Niech jej imię przywołuje w nas wydarzenia tamtych dni, zaś miłość, którą miała w sercu niech nadal trwa i oddziaływa na innych. Niech ta, którą wybrali bogowie będzie przestrogą i nauką na przyszłość. Odpoczywaj w pokoju!

Podłożony ogień, buchał i strzelał pochłaniając suche jak wiór drewno. Czerwone niczym krew języki tańczyły smagane ciepłym letnim wiatrem. Ciało dziewczyny zniknęło w odmętach żywiołu zapadając się do środka konstrukcji. Czas przemijał szybko pozostawiając obrazy z przeszłości, które z biegiem lat, spłowieją, przestaną interesować, wreszcie znikną. Lud zaś stał i patrzył.

Po północnej stronie grodu, na skraju zagajnika stała biała postać, której smukła sylwetka niknęła w bystrej słonecznej poświacie. Przypatrywała się ceremonii żałobnej wodząc wzrokiem po ludziach otaczających płonący stos.

– Myślę, że jednak dobrze zrobiłaś decydując się na śmierć – zagadnęła pocierając płynącą po twarzy łzę.

– Dlaczego pani? – odparła stojąca tuż obok Nadia.

– Człowiek to fałszywe stworzenie. Dziś będą cię szanować, a jutro nienawidzić. Szybko zapomną o tej ofierze, bo ich pamięć zatruta jest egoizmem i chęcią posiadania. Łzy obeschną, pamięć pokryje kurz zapomnienia, a to dziecię któreś ocaliła, nie będzie nawet wiedzieć, kim byłaś.

– Nie wymagam by o mnie pamiętano pani Zorzo. Ja z innych przyczyn wybrałam śmierć aniżeli życie.

– Wiem moja droga, wiem – odparła kobieta w bieli.

– Oby bogowie okazali się łaskawi. Nic więcej nie oczekuję, pani.

– Nie ma żadnych bogów Nadio. Jesteś tylko ty i twoje wybory. Najważniejsze jest, aby były zgodnie z tym sumieniem.

– Jak to pani? Co to znaczy?

– Czy twój wybór nie jest powodem żalu tudzież strachu?

– Nie pani – odparła dziewczyna.

– Zatem reszta należy do ciebie. Każdy z nas tka swój własny los. Sama jesteś boginią, która kieruje wrzecionem swego losu. Rozumiesz?

– Czy to znaczy, że teraz mogę odejść i zacząć od początku?

– Właśnie tak. Zatem idź i nie oglądaj się za siebie, bo nie warto. Może kiedyś jeszcze się spotkamy.

– Dziękuję ci, pani – odparła Nadia odwracając się i kierując w stronę lasu.

– Nie każdy dostaje drugą szansę, zatem nie zmarnuj jej – szepnęła Zorza posyłając swe słowa w podmuchu lekkiego wiatru, który trafił do uszu dziewczyny odciskając się jak w kamieniu.

– Na pewno nie zmarnuje – odparła pod nosem Nadia znikając w gęsto utkanym lesie.

KONIEC    

 

   

   

        

  

   

    

    

Facebook Comments