Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #15

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->


Michał Nowina & Sinead Ignis, korekta Quieva Kujdowa

Odcinek 59

Terenowa „Warszawa” sprawowała się wyśmienicie.
Antoni w roli pilota „wycieczki” tym bardziej.
W kilkanaście minut znaleźli się w zadbanej wiosce gminnej z pięknym freskiem na budce przystanku PKS. Nieopodal stał pensjonat agroturystyczny, cel ich nocnej podróży.
Był to obiekt dość nietypowy – kwatery zostały urządzone w starej stodole, a każdy pokój posiadał własną wiatę garażową, w której można było schować auto przed wzrokiem ciekawskich. Właściciele – starsze małżeństwo emerytowanych nauczycieli – przyjęli ich z uśmiechem. Na szczęście były akurat wolne pokoje, tak więc w kilka chwil po przyjeździe mogli już korzystać z luksusu, jakim dla każdego z nich była wanna z ciepłą wodą – rzecz niby banalna i oczywista, lecz w ich sytuacji wręcz nieoceniona. Tylko Antoni został jeszcze przy aucie.

Justyna aż jęknęła z przyjemności, kiedy zanurzyła się w wodzie z pachnącą pianą. Dopiero teraz poczuła w pełni ogrom zmęczenia. Przez te kilka dni wydarzyło się tyle, ile normalnie w jeden rok pracy w wydziale. To było dużo, nawet dla tak zaprawionej w bojach policjantki jak ona.
Umyła włosy i rozparła się w wannie, przymykając oczy i delektując się chwilą relaksu. Nagle, ktoś zapukał do drzwi.
– Kto tam? – zapytała trochę zeźlona, że przerwano jej tą słodką chwilę wypoczynku.
– Antek – odpowiedział męski głos.
– Czego znowu? – mruknęła sama do siebie, owijając się ręcznikiem.
Podeszła do drzwi i otworzyła energicznie.
– Oby to było coś ważnego – powiedziała zirytowana.
Antek jednak nic nie odpowiedział. To znaczy chciał, ale poczuł się onieśmielony widokiem Justyny w samym ręczniku. Mimo woli wpatrywał się w jej zgrabne ciało, po którym spływały kropelki wody. Mokre włosy kręciły się niesfornie, co tylko czyniło ją jeszcze bardziej pociągającą. Wziął wdech, otworzył usta, lecz głos znowu uwiądł mu w gardle.
– Eee…yyy. To znaczyyy… – podrapał się skrępowany po tyle głowy – Chciałem powiedzieć… Jaka ty jesteś piękna – spuścił głowę. – Przepraszam. Zostawiłaś legitymację w aucie – wyciągnął rękę z czarnym etui z dokumentami.
Początkowa irytacja Justyny przeszła w rozbawienie. Antek w swym zakłopotaniu był zabawny, ale jednocześnie ją tym swoim stremowaniem i spontanicznym wyznaniem rozczulił.
Sięgnęła po swoją odznakę. Chwytając etui, z rozpędu chwyciła jego dłoń. Antoni podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy. To było niesamowite spojrzenie. Można było wyczytać w nim jednocześnie radość, strach, pragnienie i wielką czułość. Jeszcze nigdy nie widziała takiego spojrzenia u mężczyzny. Przez jedną krótką chwilę poczuła z nim ogromną więź. On jednak szybko cofnął rękę, niczym dziecko, które wystraszyło się ognia.
– Dziękuję i przepraszam – wyrzucił z siebie.
– Ależ nie ma za co – odpowiedziała zdumiona.
Uśmiechnął się i cofnął parę kroków.
– Mimo wszystko dziękuję. Wypocznij.
– Ty również, Antoni.
Podniósł rękę w geście pożegnania i zniknął za drzwiami swojego pokoju.
Justyna wróciła do wanny. Nie mogła się jednak w pełni zrelaksować. Ta krótka wizyta młodego archeologa zburzyła cały jej wewnętrzny spokój.

Antoniemu myśli huczały w głowie tak, że aż wzrok zachodził mu mgłą. Był wyczerpany po wielogodzinnej, ekstremalnej nocnej jeździe, na dodatek zbłaźnił się przed Justyną, zachowując się niczym sztubak. Dusiła go tępa złość na siebie, kiedy jednak wracał myślą do tego spotkania, jej powabnego ciała i tej chwili, gdy trzymali się za ręce, ściskało go ze szczęścia w żołądku.
Usiadł na łóżku i westchnął ciężko, próbując się jakoś ogarnąć. Postanowił wziąć kąpiel, zmęczenie jednak okazało się silniejsze. Opadł na materac i zasnął niemal natychmiast, nie zastanawiając się już nad niczym.

Obaj bracia zdążyli się zdrzemnąć w samochodzie, byli więc nieco bardziej przytomni. Oczywiście musieli dostać wspólny pokój, a jakże. Marco zgrzytnął zębami, a potem zrobił to jeszcze raz, gdy uświadomił sobie, że przebywanie w pobliżu (bardzo bliskiego bliżu!) osobnika, którego przypadkiem urodziła ta sama nieznana mu kobieta, to perspektywa następnych dni, jeżeli nie tygodni.  Strategicznie zajął łóżko bliżej drzwi wejściowych i okazał swoje zawłaszczenie terytorium, kładąc na nim sweter i kurtkę. Krążył po pokoju, zgarniając ręcznik, poprawiając poduszkę i zbierając się do skorzystania z prysznica. Tymczasem Holden siedział skurczony na swoim tapczanie i patrzył tępo w ścianę. Marco skrzywił się z niesmakiem. Niedawno ten sam koleś wymachiwał bronią, uwięził Justynę (oho, pomyślał Marco, myślę o pani oficer po imieniu, cóż za zacieśnianie stosunków!) i ogólnie zachowywał się dość ekspansywnie.
Nie patrząc na brata, zaczął pogwizdywać i przez chwilę nie wiedział, co zrobić z rękami. Brakowało mu drobiazgów, którymi zwykł był się bawić: zapalniczki (już nie palił, ale wciąż lubił nosić ją w kieszeni), łańcuszka przy spodniach (pewnie oderwał się i zaginął w akcji), lecz nade wszystko brakowało mu gitary. Piórko, oczywiście, też gdzieś wcięło.
Zawiesił ręcznik na ramieniu, wcisnął ręce do kieszeni, obrócił się na pięcie i mimochodem znów zawadził wzrokiem o Holdena, którego postawa nie zmieniła się ani na jotę. Marco zamarł i przez moment kołatała się mu głupawa myśl, żeby zamachać tamtemu ręką przed oczami. Powstrzymał się jednak, chwilę postał i z braku lepszego zajęcia przyjrzał się swojemu bratu.
George Holden był około dwa lata starszy od niego, czyli nie miał jeszcze trzydziestki. Gdy zobaczyli go pierwszy raz, wydawał się młody, rześki, dynamiczny (niebawem czwórka towarzyszy miała się przekonać, jak bardzo). Ku zaskoczeniu Marka, po wszystkich wydarzeniach ostatnich dni Holden postarzał się niemal na ich oczach. Wydawał się być teraz znacznie starszy. Wrażenie to podkreślała jeszcze zmęczona cera i siwizna na skroniach, widoczna dość dobrze na ciemnych włosach. No i ten wyraz twarzy. Marco, po incydencie z Justyną, uważał, że człowiek ten jest kanalią, skurwysynem i czymś w rodzaju robota z wdrukowanym w głowie hasłem: „challenge accepted”. Jednakże teraz jego twarz była udręczona i smutna. Istniał jakiś niezrozumiały rozziew między samym ciałem, umięśnionym, silnym, wysportowanym, w dobrym ubraniu, a tą postawą. Taki „przyczajony tygrys, ukryty smok” – niby siedział, ale cholera wie, co tam miał w tym swoim porąbanym łbie. I bądź tu człowieku spokojny, kiedy taki chodzi sobie luzem i nikt nie kontroluje jego poczynań, jakby się stał częścią codziennego krajobrazu. Może by go tak na wszelki wypadek… ale co? Związać? Przykuć do łóżka?
Tymczasem Holden wciąż jak siedział, tak siedział, nieświadom zupełnie rozkmin swego brata. Markowi nasunęło się skojarzenie z przebitą oponą. Spojrzał na drzwi do łazienki i zawahał się.
Kurwa, pomyślał. Pieprzę, idę się umyć. Jak nas znowu dopadnie i gdzieś zawlecze, to będę, cholera, przynajmniej czysty.

Gdy wrócił, pachnący, owinięty ręcznikiem, Holden zdążył się ocknąć i niezdarnie mocował się z ubraniem. Nie poprosił o pomoc, w ściągnięciu rękawa pomagał sobie zębami. Marco przyjrzał się temu, westchnął, odwrócił się do swojego łóżka, pogmerał coś przy nim, westchnął znów, po czym nagle zrobił w tył zwrot i podszedł do Holdena.
– Patrzeć się na to nie da – powiedział i zgrabnym ruchem zdjął tamtemu kurtkę. Po namyśle, nie proszony, pomógł też z butami i koszulą. – Idź się umyj, bo jedzie od ciebie na kilometr.
Tamten posłuchał. Marco położył się, lecz jakoś nie mógł zasnąć, i nie spał jeszcze, gdy Holden wrócił, choć pobyt w łazience tego ostatniego trwał dość długo. Prawdopodobnie zdołał się jedynie jako tako ochlapać w umywalce, bo spodnie miał całe mokre. Odprowadzony nieufnym spojrzeniem brata, bez słowa usiadł na łóżku. Zaskrzypiało. Marco uniósł ukradkiem głowę, spoglądając jak George kładzie się ostrożnie, niezgrabnie okrywając się kołdrą.  W mdłym świetle lampki nocnej coś metalicznie zabłyszczało.

Mijały minuty, a Marco nadal tkwił w tej samej pozycji, tępo zapatrzony w dłoń skutą kajdankiem.
Mimo że żaden z nich nie zasnął aż do rana, nie odezwali się do siebie ani słowem.

Rano, kiedy wstali, na śniadaniu nie było Antka. Wszyscy się zaniepokoili, ale właścicielka pensjonatu  poinformowała ich, że z rana wyjechał z jej mężem do miasta po paszę dla kur i wrócą koło południa.
Wszyscy spojrzeli po sobie zdziwieni. Zastanawiali się, co też Antoniemu strzeliło do głowy.
Gospodyni zaczęła wnosić śniadanie – gorącą owsiankę i chleb posmarowny swojskim masłem oraz powidłami ze śliwek. Jadalnię wypełnił przyjemny zapach mleka, masła i owoców.
Jedli w milczeniu, tylko Holden stukał o talerz, zahaczając o niego bransoletką od kajdanek, co mąciło niekazitelną ciszę. Utrudniało mu to spożywanie posiłku, ale się nie skarżył.
– Justyna, masz może kluczyki od kajdanek? – zapytał w końcu Marco, zdziwiony własnymi słowami.
Policjantka spojrzała przeciągle na Holdena, następnie na Marka i bez słowa sięgnęła do kieszeni z tyłu spodni.
– Na szczęście są – odparła, podając je Markowi po dłuższej chwili. Ten podszedł do brata i sprawnie uwolnił jego dłoń z utruniającego mu życie balastu.
– Dziękuję – usłyszał w odpowiedzi.
– Nie ma za co – odpowiedział Lynsverd, machając ręką – Nie mogłem już słuchać tych galerniczych odgłosów.
Po tych słowach znowu zapadła cisza. Wszyscy  czekali w jadalni na powrót Antoniego.

Michał Nowina, Anngie & Quieva Kujdowa

Odcinek 60

Czas się ciągnął jak flaki z olejem. Marco przysypiał znużony, Justyna chodziła nerwowo od okna do okna. Po wydarzeniach z poprzedniej nocy nie mogła spokojnie poskładać myśli. Holden co  chwilę spoglądał na zegarek. Wpatrywał się w niego z taką intensywnością,  jakby chciał przyspieszyć czas. Tylko  Dorota zachowywała stoicki spokój. Rozsiadła się wygodnie w fotelu i przeglądała kobiece czasopisma.
– A ty co taka wyluzowana? – zapytała Justyna z irytacją.
Karmel spojrzała na nią z lekkim uśmiechem.
– Nic mu nie jest i wie co robi – odpowiedziała zadziornie.
– Wiesz co jest grane i nic nie mówisz?! – wściekła się policjantka.
– Uspokój się. Sam ci wszystko powie. Właśnie wjeżdża na podwórze.
Justyna otowrzyła okno trarasowe i wybiegła na podwórko. W tej samej chwili przez bramę wjechały dwa auta. Poczciwy, spracowany Kangoo właścicieli agroturystyki i oliwkowy Transit z przyciemnianymi szybami. Bus objechał klomb i stanął przy zszokowanej kobiecie. Kierowca wysiadł na zewnątrz i uśmiechnął się do niej. Spod daszku czapki nie było widać oczu, ale ładnie wykrojone usta napewno należały do Antoniego.
Do jasneh cholery – zaklęła w myślach – dlaczego zamiast być na niego zła, zwraca uwagę na jego usta? Ten facet o czarnych włosach z kasztanowymi pasmami poruszył w niej strunę, o której wolała zapomnieć. Bała się mężczyzn. Tortury odbiły na niej swoje piętno, a gwałty odstręczyły od myśli o partnerze. Antek był jednak inny. Potrzebował ciepła i dawał ciepło. Poza tym był równie tajemniczy jak ona i w sumie bardzo przystojny. Chyba nawet sobie nie zdawał sprawy, jak bardzo. Zresztą, razem z Karmel byli do siebie podobni, a ona należała przecież do kobiet zjawiskowo pięknych.
Justyna westchnęła, po czym odgoniła od siebie natrętne i nie wskazane teraz myśli. Kiedy tylko Toni podszedł do niej i zapytał jak się jej podoba jego nowy wózek, nie wytrzymała. Cały urok jego osoby nagle opadł, ponownie ustępując miejsca wściekłości. Nie potrafiąc zapanować nad ulgą, że jest cały i zdrowy, jak i nad złością, iż kolejny raz zniknął bez uprzedzenia, oraz nad emocjami, gdy zdała sobie sprawę, jak bardzo stał się dla niej ważny, wymierzyła mu z marszu siarczystego plaskacza.
Antoni dotknął płonącego policzka i spojrzał zaskoczony na Justynę. W jej pięknych oczach zauważył złość i strach. Strach o niego! Rozczuliło go to. Nie był jednak w stanie wydobyć z siebie słowa.
– Co ty sobie wyobrażasz?! – warknęła na niego – Wyjeżdżasz niespodziewanie nie wiadomo dokąd i pojawiasz się z jakimś zdezelowanym autem! Czy ty zdajesz sobie sprawę jakie niebezpieczeństwo nam grozi?!..
Nie pozwolił jej dokończyć tego wywodu. Kierowany nagłym impulsem, chwycił ją i pocałował mocno. Nie stawiała oporu. Objęła bezwiednie jego szyję i pozwoliła sobie na tych kilka sekund zapomnienia. Przez chwilę zapomnieli o wszystkim: o przeszłości, o bólu, strachu, nienawiści, mordercach, którzy czyhali na nich na każdym kroku. Byli tylko oni i ta maleńka chwila rozkoszy.

Karmel stała w drzwiach tarasu i przypatrywała się całej sytuacji z lekkim uśmiechem.
– Ach, miłość – westchnęła jej za ramieniem właścicielka pensjonatu, która w międzyczasie wyszła z kuchni.
– Ma pani rację. Ja w sumie się cieszę, bo już zaczynałam tracić nadzieję, czy mój kuzyn kiedykolwiek znajdzie jakąś pannę.
„To było do przewidzenia – nawet bez moich mocy przewidywania”– pomyślała z uśmiechem.
– Wiesz, młoda damo. Czasami ci, którzy się nie spieszą, wychodzą na tym najlepiej. A po tych tutaj widać, że oddaliby za siebie życie.
Te słowa uderzyły Karmel niczym walnięcie obuchem. Przed oczami stanęła jej jakaś jaskinia. Wszędzie było słychać odgłosy walki i krzyk Antoniego. ” – Justyna! Dorota! Uciekajcie!”.
Wizja urwała się, równie szybko jak się pojawiła.
Kuzynka Antka spoważniała.
– Oby nie musieli,droga pani. Oby nie musieli – odparła ponuro.

Justyna bardzo niechętnie otworzyła w końcu oczy, wracając do rzeczywistości. Antoni natychmiast wypuścił ją ze swych objęć.
– Przepraszam.. – wykrztusił szybko oddychając. Nie bardzo wiedział, jak powinien się teraz zachować. Ta krótka chwila zapomnienia mogła znacznie skomplikować ich napięte i bez tego do granic możliwości relacje… A oni nie mieli teraz na to ani czasu ani energii!
– Co to kurwa miało być?! – zachrypnięty głos Justyny utwierdził go w przekonaniu, że właśnie tego chciała, a może i nie tylko tego.
– Przeprosiny…? – schował ręce do kieszeni. Miał ochotę zapaść się pod ziemię!
Zawsze był spokojny i opanowany. Nigdy nie ponosiły go emocje. Tych kilka szalonych dni kompletnie go jednak odmieniło! Przy Justynie poczuł się rycerzem w lśniącej zbroi. Zdawał sobie sprawę, że oboje wzajemnie ratowali swoje tyłki, mogli też ufać sobie nawzajem i polegać na sobie w każdej sytuacji. Wszystko to, oczywiście pomieszane ze złością i strachem o niego, dostrzegł w jej oczach, zanim zdecydował się na tak śmiały gest.

Odeszła bez słowa. Była oszołomiona i zła – także na siebie, że pozwoliła sobie poddać się temu szaleństwu. Zastanawiała się nad ponownym spoliczkowaniem drania! Najgorsze, że poczuła się w jego ramionach tak bezpiecznie i dobrze jak nigdy wcześniej w całym swoim życiu się nie czuła.
Lawina uczuć uderzyła w nią z taką siłą, że z trudem wchodziła po drewnianych schodach. Słyszała za sobą kroki Doroty, ale za cholerę nie miała ochoty z nikim teraz rozmawiać! Chciała ukryć się w swoim pokoju przed wszystkimi!
Trzasnęła drzwiami tuż przed nosem kuzynki tego nieznośnego dziada! Jak on mógł?!
Miała ochotę zapalić. Rzuciła dawno temu, teraz jednak bardzo by ją to uzależnienie uspokoiło. Nie miała jednak papierosów, a za Chiny Ludowe nie miała ochoty opuszczać swojej nory w ich poszukiwaniu.
Zignorowała delikatne pukanie do drzwi. Czuła się jak nastolatka – a raczej jak małe bezbronne dziecko.
Zastanawiała się, po co w ogóle urządziła całą tą durną scenę z policzkowaniem?! Gdyby jedynie powiedziała mu coś głupiego, nie znaleźli by się tak blisko siebie…
Zadrżała z rozkoszy na samo wspomnienie jego ust.
Nie była na to wszystko gotowa. Za szybko, za spontanicznie, za emocjonalnie, za mocno…
Miała ochotę nigdy nie opuszczać tego pokoju, albo właśnie uciec gdzieś jak najdalej! Od całej ten zabójczej przygody, niebezpieczeństw i – przede wszystkim – od jedynej osoby, przy której czuła się tak niebezpiecznie bezpieczna!

Antek wszedł do jadalni. Drżącą ręką nalał sobie herbaty i w milczeniu zjadł śniadanie. Wydarzenie sprzed kilku chwil poważnie nim wstrząsnęło. Nie miał pojęcia, jak teraz będzie wyglądała jego relacja z Justyną. Nie uświadamiał sobie dotąd w pełni rozmiaru swoich pragnień w stosunku do niej, najwyraźniej jednak za bardzo się pospieszył…
Niechętnie pozostawił te myśli na później. Próbując się skupić, układał w myślach plan dnia i trasę przejazdu.Trzeba było wszystko zorganizować. Im szybciej uporają się z tą historią – o ile wyjdą z niej żywi – tym szybciej będzie mógł poświęcić czas i uczucia osobie, w której się zakochał.
Na sam dźwięk tych słów, wypowiedzianych jedynie w myślach, poczuł ogromną, przyjemną falę ciepła. Uśmiechnął się do siebie, przypominając sobie, jakie wrażenie wywarł na Justynie. Zaskoczył ją, tak samo jak zaskoczył siebie… Ale to była miła niespodzianka, którą przez kilka chwil oboje się rozkoszowali.
Ponownie upomniał się w myślach: „PLAN!!! GONIĄ NAS PSYCHOLE!”
Musieli odwiedzić parę szmateksów, żeby ubrać się stosownie do warunków pogodowych. Trzeba było jeszcze kupić żywność i dojechać do Świętej Lipki na godzinę 21. Znał okolicę i wiedział, że tylko on to zdoła ogarnąć. Dobrze, że niedaleko mieszkał jego kumpel handlujący samochodami. Przyjaźnili się od dawna, więc nie było problemu z pożyczeniem busa. Stary, bo stary, ale niezawodny i wygodny.

Dorota stała chwilę przed drzwiami pokoju, w którym zamknęła się Justyna. Pokiwała w milczeniu głową, znacząco się uśmiechając, po czym niespiesznie wróciła na dół i opadła wyczerpana na fotel w hallu.
Całe ciało przechodziły jej dreszcze. Wizja sprzed kilku chwil była krótka, ale poczuła w niej oddech śmierci. Musiała się skupić i pomyśleć w spokoju.
Od czasu, kiedy zaczęła się ta kabała, wizje zrobiły z niej istotę kierowaną odczuciami. Nie była już tą samą, opanowaną i pewną siebie kobietą. Teraz bała się kogokolwiek dotykać. Okazało się, że wizje mogą pojawiać się również pod wpływem słów. Jak tak dalej pójdzie, nie będzie mogła normalnie funkcjonować. Musi się opanować. Musi jakoś zapanować nad tym swoim darem – wszak jak powiedział Nostradamus, wizja przyszłości to tylko miraż, ale znając go można zmienić jej bieg.
Otworzyła oczy i ujrzała przed sobą Marka. Siedział na schodach naprzeciw i przypatrywał się jej dziwnym wzrokiem.
– Co się tak gapisz, jakbyś nigdy kobiety nie widział? – burknęła zirytowana tym widokiem. Że też nie miała jak się odizolować od nich wszystkich choć na chwilę!
– Było bardzo źle..? – spytał nie zrażony, z wyczuwalną nutą troski w głosie. Nie lubiła, kiedy stawał się taki – to nie zapowiadało niczego dobrego.
Udała, że nie usłyszała pytania.
– Moje gratulacje, kuzynku – rzekła do Antka, który właśnie wynurzył się z jadalni i stanął w progu z niewyraźną miną. – Nieźle namieszałeś. Nie spodziewałam się po tobie takiego temperamenciku.
Antoni nic nie odpowiedział, tylko spojrzał znacząco w górę schodów.
– I tak cię nie wpuści – ciągnęła dalej, w odpowiedzi na jego myśl. – Ja też tu kwitnę, a tak cholernie mam ochotę się teraz położyć i odpocząć.
– Smoczyca zionęła ogniem, co? – skomentował Marco sarkastycznie. – Jak coś, możesz zawsze przyjść odpocząć do mnie, moje drzwi są otwarte – zwrócił się do Karmel z wyrzutem przepełnionym żalem, nieudolnie skrywanym pod płaszczykiem ironii.
– Byś raz chociaż zmilczał, idioto, i nie popisywał się swą wątpliwą elokwencją! – sapnęła wściekle złotooka w odpowiedzi na tę jawną aluzję.
Marco zamilkł i spojrzał na nich wyniośle spod zmrużonych powiek, po czym odwrócił się ostentacyjnie i zamaszystym krokiem wszedł po schodach na piętro. Odpowiedziało im z góry dobitne trzaśnięcie drzwiami.
– Następna kobieta z jajami – skonstatowała Karmel zmęczonym głosem. – Niech no się jeszcze teraz popłacze, to będziemy mieć pełen komplet w tym burdelu.
Antoni stał zasępiony, nie wiedząc co począć. W ciszy, jaka zaległa, rozbrzmiewało wyraziście tykanie zegara. Spojrzał na tarczę – dochodziła dwunasta. Z miejsca oprzytomniał.
– Idź połóż się w moim pokoju i odpocznij – powiedział do kuzynki, kładąc jej stanowczo dłoń na ramieniu. – Ja… pójdę porozmawiać z nią. Nie mamy teraz czasu na żadne odwałki.
– Niech moc będzie z tobą – skwitowała kpiąco Dorota, podnosząc się z fotela. Jej głos zabrzmiał jednak słabo i niewyraźnie.

Zapukał do drzwi dyskretnie, acz zdecydowanie.
– Wejść! – usłyszał w odpowiedzi.
Pełen mieszanych uczuć nacisnął klamkę i wsunął się do środka.
Justyna siedziała nieruchomo patrząc w okno, obrócona do niego plecami.
– Przepraszam, to było nieodpowiedzialne – zaczął, przerywając milczenie.
Odwróciła się i spojrzała na niego, nadal jednak nic nie mówiła.
– Wybacz, że tak bezmyślnie naruszyłem twój spokój – ciągnął dalej Antoni z kluchą w gardle – Więcej już tego nie zrobię – zamilkł. – Chyba, że mnie o to poprosisz – dodał cicho po chwili.
Nie chciała zachowywać się jak typowa kobieta – nie lubiła tego, uważając, że to ją osłabia. Wolała być szorstka i męska w obyciu. Pod tą maską czuła się bezpiecznie. Ten młody archeolog rozwalał jednak jej bezpieczną skorupę na kawałki, wydobywając z niej wzsystkie te cechy osobowości.
Właśnie tymi słowami doprowadził ją znowu do szału.
– Wyluzuj – rzucił pospiesznie, widząc wściekłość w jej oczach. – Czasem jesteśmy tylko ludźmi.
– Jak mam wyluzować? – odpowiedziała mu twardo, prawie agresywnie.
– Wiem że jesteś silną kobietą i rozumiesz, czego wymaga sytuacja. Zatem jedziemy dzisiaj na wycieczkę i zakupy. Prawda? – powiedział łagodnie, ale stanowczo.
– Tak. I co z tego? – jej złość narastała. Antoni jednak nadal zachowywał spokój.
– Potrzebowaliśmy więc busa dla wygody, przestrzeni i swobody poruszania się – ostatnie dwa słowa mocno zaakcentował.
Justyna dopiero zrozumiała, o co mu chodzi. Nie potrafiła się jednak uspokoić.
– Żeby zdążyć wszystko załatwić, powinniśmy wyruszyć najpóźniej za godzinę. Wybaczysz mi całe to zajście i dasz radę się ogarnąć do tego czasu..? – spytał niepewnie?
Spojrzała na niego przeciągle i kiwnęła głową twierdząco. Uśmiechnął się blado.

„Boże, dopomóż”, pomyślał będąc już za drzwiami, przecierając ręką spocone czoło. Zauważył wtedy nieruchomą postać siedzącą  w fotelu w rogu korytarza. Holden przypatrywał mu się w milczeniu.
„To chyba jedyny normalny uczestnik tej całej szopki”, pomyślał Antoni wybuchając w myślach histerycznym śmiechem, gdy zbiegał na dół skrzypiącymi schodami.
Wyszedł na taras i przysiadł na stopniach. Myśli buzowały w nim niczym zacier w gorzelni. W pokoju Justyny starał się zachować spokój, chociaż najchętniej przytuliłby ją i trzymał w ramionach tak długo, dopóki by się nie uspokoiła. Niestety, chora sytuacja w jakiej się znaleźli, wybitnie nie sprzyjała dopuszczaniu do głosu naturalnych potrzeb, nakazując trzymać swe emocje na krótkiej smyczy.
Przypomniał sobie wczorajszą bójkę braci i swój bezduszny komentarz odnośnie zachowania Marka.
„Zaiste, los potrafi być złośliwy i oddać z nawiązką” – pomyślał mając wciąż jeszcze przed oczyma zajcie w holu i poczuł nagły przypływ sympatii dla nieszczęsnego długowłosego postrzeleńca. – „Następnym razem zastanowię się dobrze, zanim powiem ci coś przykrego”.
Zegar w hallu wybił powoli i nieubłaganie dwunastą.
Antoni wstał  ze schodów i westchnął ciężko.
– Hej, wiara, wyruszamy! – rzucił na zapęd wesołe hasło ze studenckich rajdów, które wydały mu się nagle odległym wspomnieniem z innego życia. Miało być dowcipnie, a wyszło jak wyszło.
„CZAS!!! GONIĄ NAS PSYCHOLE!” – pomyślał, wracając do rzeczywistości.
Trudno, są różne rajdy w życiu.
Ten może być ostatni.


<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Facebook Comments