Paweł R. Ofiarski – We krwi prawda cz. 1

   Stauf spoglądał w stronę coraz bardziej narastającego stosu chorągwi, które padały u stóp doży, Ofierna oraz jego. Starożytny zwyczaj nakazywał, by po wygranej bitwie zliczyć pokonanych. Wedle podań, kiedyś robiono to przynosząc do stóp zwycięzcy jakąś część ciała pokonanych wrogów, czy to uszu, dłoni, a nawet głów. Z czasem w tej tradycji zaczęły zachodzić nieco bardziej cywilizowane zmiany i poczęto wyliczać, ile wrogich oddziałów rozbito w czasie bitwy. A że każdy oddział miał swój własny proporzec i obowiązkiem chorążego była ochrona chorągwi do śmierci, jego zdobycie przez wroga miało stanowić o porażce danej formacji. To co jednak najbardziej Staufa zmuszało do refleksji to znajomość heraldyki, co w efekcie kończyło się identyfikacją poległych szlachciców i często wspomnień z nimi związanych. Dwa białe konie, zwrócone do siebie, na czerwonej tarczy: ród von Zelzen, na chrzcinach którego jeszcze dwa lata temu pił wino, czarny niedźwiedź na żółtym polu: von Pir, z członkiem którego pięć lat temu wygrał turniej w Tenderheim. Ile szlacheckiej krwi tu poległo z powodu byle łyczka, któremu zachciało się wykazać wyższość nad innymi, taka luźna myśl przechodziła przez głowę Staufa.

            Gdy tylko w czasie bitwy doszedł potężny okrzyk Gryfonów „Huza!”, Otto już wiedział, że za chwilę poleje się morze krwi. Z lasu zaczęli wyjeżdżać jeźdźcy, którzy szybko zaczęli nabierać rozpędu, by uderzyć w stronę cesarskiego rycerstwa. Impet był potężny, a nad polem bitwy rozległ się odgłos umierających koni. Gryfoni jednym uderzeniem niemal rozbili w całości wysłaną przez cesarskich jazdę. Stauf wiedział, że widzi to też Schwalzwalde i szybko ruszy w sukurs resztce swoich oddziałów. Otto nie pomylił się: nad polem bitwy rozległy się śpiewy modlitewne zakonników, wzywających Polemo, czy jak mówią na niego na północy, Belladona o wsparcie w swoich czynach. Na czele jechał osobiście wielki komtur zakonu Gorejącego Słońca, co tylko podnosiło morale szarżujących. Naprzeciw nich znów wyszła lekka kawaleria, która ponownie zdołała się przegrupować, korzystając z tego, że zakonnicy zajęci byli walką z Gryfonami. Tym razem impet uderzenia był znacznie większy i mocno przerzedzili liczebność kawalerzystów, omal nie zdobywając chorągwi Staufów. Aby do tego nie dopuścić, wysłano na ratunek piechotę, która miała zawiązać walką zakonników do czasu, gdy jazda ze wschodu przygotuje się do kolejnego natarcia. Szybko zawiązali ich walką, by nie dopuścić, by rycerstwo cesarskie samo zdecydowało się ponowić szarżę. W międzyczasie, udało się obronić chorągwie, którą po śmierci chorążego przejął Castor von Wulfhof i bronił jej, mimo ran. W końcu, Gryfoni zdołali się przygotować do szarży i uderzyć na zakonników, ostatecznie zamykając bitwę zwycięstwem Republiki. Po obu stronach padło wielu, nie mniej, największe straty miało cesarstwo, włącznie ze śmiercią wielkiego komtura.

            Tego samego, którego główna chorągiew spoczęła jako ostatnia na stosie innych. Na niej dwóch mężczyzn położyło na noszach ciało Sigfrida von Schwalzwalde. Jego zbroja i płaszcz były pokryte krwią poległych w czasie bitwy, a śmiertelny cios został zadany pod pachą. Sądząc po ilościach dziur, Stauf zdołał wydedukować, że cios wyszedł z rąk wideł, a więc prawdopodobnie zabił go zwykły piechur. Niezbyt godna śmierć dla szlachcica. Inaczej jednak musiał sądzić doża Tepper, który spoglądał na ciało wielkiego komtura z wielkim zadowoleniem.

– Oto proporzec i ciało tego, co myślał, że jest ponad wszystkie mocarze – rzekł Ofiern, spoglądając na ciało.- Człek, choć gwałtowny, znał rycerskie rzemiosło i winno się okazać mu należyty szacunek i pochować ze wszystkimi honorami.

– Prawdę rzeczecie, panie hetmanie – powiedział Stauf pełen powagi. – Ale wciąż tylko ciało i chorągiew. Niedługo uszyją następną i dadzą tytuł nowemu zakonnikowi, który przejmie jego obowiązki. Winniśmy zostawić kwestię pochówku na później i rozmyślać, co dalej. Panie Tepper, jakieś sugestie?

– Poślemy posłańców do cesarza, by wymusić na nim wycofanie się swoich sił z naszych ziem – powiedział doża. – Wyślemy mu także te chorągwie, by wiedział, że mamy na tyle sił, by się z nim zmierzyć.

– To świetny pomysł – pokiwał głową Stauf, a Wolfgang skinął głową z lekkim uśmiechem. – Jeśli chcemy jeszcze bardziej go rozjuszyć. Jak to mawia stare przysłowie, obetniesz głowę hydrze, wyrosną dwie następne. Wysyłając emisariuszy, będzie to świadectwo, że to my jesteśmy stroną słabszą i chcemy pojednania, a tymczasem to z ich strony powinno wyjść takie poselstwo. Dodatkowo, dzięki chorągwiom będą w stanie wykalkulować ile sił trzeba, by nas ostatecznie rozbić. Stąd mam inną sugestię.

– Mówcie – powiedział doża, ruchem ręki dając wolność wypowiedzi Staufowi.

– Lekką kawalerię wyślemy na północ, by sabotowała wrogie ataki strategią uderz i uciekaj, obniżając morale. W międzyczasie, w miastach niech trwa zaciąg mieszczan. Przydadzą się w trakcie późniejszych bitew. Teraz, gdy zakonnicy zostali pokonani, trzeba się zmierzyć z głównymi siłami, a ją stanowi głównie piechota. Dojdzie pewnie do oblężeń, to też trzeba się skupić na odpowiednim ufortyfikowaniu miast.

– Zapewne cechy nie odmówią wystawienia swoich sił do obrony murów – zapewnił doża, w co nawet Stauf nie wątpił. – Zastanawia mnie, czemu jednak taka nagła zmiana strategii? Wcześniej byłeś waćpan  przeciwny zamykaniu się w twierdzach i miastach.

– Prawda li to – przyznał Ofiern. – Tam nie będziemy w stanie wykazać swego rycerskiego kunsztu jako znakomici jeźdźcy.

– Z całym szacunkiem, panie Tepper, gówno wiecie o strategii – Stauf zauważył, że twarz doży zrobiła się czerwona ze wściekłości. – A wy, hetmanie, o siłach cesarstwa. Z całego kraju zaleje nas piechota, która wie od wieków, jak należy walczyć z ciężkozbrojnym rycerstwem. Piki, które noszą, mają długość nawet do czterech metrów. Ustawione w formacji jeża będą trudniejszym przeciwnikiem dla jazdy aniżeli sama kawaleria, gdyż zwierzęta, niezależnie jak dobrze wytrenowane, nie powtrzymają naostrzonego grotu, który wbije się w szyje zwierzęcia i zupełnie unieruchomi jeźdźca.

– A co z lekką jazdą, hm? – dochodził dalej doża, wstrzymując się od wściekłości. – Nie będzie w stanie wymanewrować wroga i zmusić go do ataku?

– Nie – zaprzeczył Otto, ciężko wzdychając, że musi wykładać takie podstawy. – Po pierwsze, odniosły duże straty. Z dziesięciu chorągwi, zostały tylko cztery, nie licząc Wilców, co daje nam siłę czterech tysięcy ludzi. To żadna siła. Lepiej wykorzystać ich do demoralizacji wojsk a nie na pole bitwy. Wilcy zaś lepiej by zaczęli kąsać tyły, grabiąc, paląc i gnębiąc ludność sąsiadujących księstw. Po drugie, na polu bitwy ciężej będzie ustawić pułapkę dla piechoty, która porusza się w szyku. A tak dobry dowódca, jakim jest Marszałek Raizner, który ma dowodzić cesarskimi wojskami, wie, jak przygotować się do odparcia pułapki.

            Otto spoglądał kątem oka na dożę, który słuchał tego wszystkiego jak bajki starego rycerza: z pełnym podziwem, cząstką niezrozumienia i wielką niecierpliwością. Wiedział, że oczekuje od Staufa dalszych informacji, nie mniej nie miał zamiaru się z nimi dzielić. Odsłonięcie zbyt wielu kart może spotkać przykry koniec każdego. A póki co, nie miał zamiaru kończyć swojego żywota i kariery. W przypadku Ofierna doradca wojskowy dostrzegł, że ten rozumie o co mu chodzi, ale miał wrażenie, że hetman spogląda na niego z dozą lekceważenia. Otto wiedział o co mu się rozchodzi. Pavel Ofiern pochodził z bardzo starej atrynijskiej rodziny szlacheckiej, która niejednokrotnie miała w dłoni buławę hetmańską, a jego przodkowie zawsze dowodzili w największych wojnach, w których brała udział Atrynia. Wierzył w niemal zapomniane przez cesarstwo cnoty, a jedną z nich była rycerskość, którą przekładano na pole bitwy. A że rycerz składa się z jeźdźca i konia, to brak jednego z tych elementów sprawiał, że przestał istnieć. To pozornie i głupie porównanie było dla Atrynijczyków bardzo ważne, gdyż słynęli ze swojej jazdy i dzięki niej górowała nad resztą państw, to też pozbawienie ich tego atutu znacznie temperowało ich pewność siebie. Pozbawienie Ofierna możliwości wykazania się swoją jazdą mogło uchodzić za zhańbienie go. Ale w głębi duszy Otto wiedział, że hetman zdaje sobie sprawę, że Stauf ma rację, to też nie robił z tego awantury.

–  A więc obrona miast – przyznał doża, klaszcząc raz dłońmi. – Wyślę wieści do najważniejszych miast republiki, by cechy zaczęły się zbroić. Nie mniej, uczynię to dopiero po uczcie.

– Uczcie? – wzrok Staufa gwałtownie przesunął się w stronę Teppera. – W tym momencie?

– Oczywiście – stwierdził zadowolony z siebie doża, zarzucając do tyłu teatralnie płaszcz. – Cóż lepszego będzie nad napawaniem się zwycięstwem przy kielichu wina, akompaniamencie muzykantów wprost z Akademii Sztuk Pięknych wraz ze wszystkimi tymi, którzy przyczynili się do zwycięstwa w tej bitwie.

– Mądrze Pan prawi – Ofiern kilka razy kiwnął głową na znak aprobaty. – Nic tak nie smakuje po bitwie jak dobra biesiada.

– Postanowione – zakrzyknął Wolfgang, odwracając się piętą w stronę obozu. – Stauf, tuszę, że się również pojawisz i nie będziesz podpierał namiotu.

– Oczywiście, że przybędę – odpowiedział chłodno Otto, kłaniając się mijającemu go hetmanowi, który odwzajemnił grzeczność. – Wpierw sprawdzę co z wojskami i zrobię porządek z tym ciałem i chorągwiami.

            Doża nic nie odpowiedział, gdyż zadowolony oddalił się, nucąc jakąś wesołą melodię. Otto westchnął głęboko i machnął w stronę dwóch gwardzistów republiki, którzy wyznaczeni byli do przynoszenia chorągwi, wskazując na ciało wielkiego komtura. Ci uderzyli tylko pięścią w płytowy kirys na znak potwierdzenia rozkazu i zabrali ciało z dala od Staufa, który i tak zaczął się oddalać od gwardii. Niedaleko niego stali jego osobiści strażnicy, chociaż bardziej można byłoby ich nazwać członkami jego armii. Co prawda, z racji stanowiska, Stauf miał przywilej korzystania z gwardii doży, to pewniej się czuł w otoczeniu własnych żołnierzy. Ci mężczyźni, wyposażeni w  pełne kolczugi, stożkowate szyszaki i płaszcze z herbem rodowym Staufów, gdy tylko zobaczyli swoje pryncypała zasalutowali. Otto odwzajemnił się skinięciem głowy, pewnym krokiem ruszył w stronę namiotów, by osobiście sprawdzić nastroje wśród wojska. Zaraz za nim ruszyli jego ludzie w liczbie sześciu.

            Stauf w otoczeniu swoich żołnierzy zszedł z pagórka, na którym mieścił się namiot narad, w którym przed bitwą przygotowywali (czy raczej on przygotowywał) strategię bitwy i skierował się do obozu poniżej. Z góry wyglądało to, jakby na równinie stanęło nowe, potężne miasto zrobione z wielokolorowych namiotów, zarówno o tradycyjnym, trójkątnym kształcie, jak i w formie pawilonów, które były zarezerwowane głównie dla szlachty, dowódców poszczególnych oddziałów i co bogatszych najemników. Szczególną uwagę zwracały te o czerwonych barwach, odseparowanych od pozostałych, a które zamieszkałe były przez Gryfonów. Wejście do tej części obozu było pilnowane przez samych rycerzy ze wschodu, jakby chcieli się odróżnić od zwykłego żołdactwa. Jeszcze przed bitwą dochodziło do wzajemnych przepychanek między atrynijczykami, a pijanymi żołnierzami republiki, które omal nie skończyły się na wewnętrznej bitwie. Szczęśliwie, skończyło się na kilku ciężko rannych, a ludzie w porę się opanowali, gdy zobaczyli Staufa z uzbrojonych w pełne płytowe pancerze gwardzistów Norithoru, gotowych oddać strzały z kusz w stronę niesubordynowanego wojska. Podobnie uczynił też Ofiern, jednak mając za sobą grupę Wilców, którzy czekali tylko na pretekst by ulżyć komuś z życia. Obecnie jednak nie dochodziło do żadnych wewnętrznych konfliktów. Ludzie zajęci byli radowaniem się po zwycięskiej bitwie, śpiewając sprośne piosenki, otwierając beczki z piwem i rozpalając ogniska, na których dzisiejszej nocy upieczony będzie nie jeden świniak. W końcu dał rozkaz kwatermistrzom, by w chwili zwycięstwa nie ograniczali jadła dla żołnierzy. Niektórzy czyścili swoją broń i pancerze, inni zszywali uszkodzone ubrania i skórzane zbroje, które nosili. Jednak, gdy tylko Stauf postawił nogę w obozie i zaczął przez niego przechodzić, żołnierze zaczęli wiwatować na część Norithoru oraz samego Ottona, podnosząc do góry swój oręż i pięści. Co ciekawe, nikt nie wzywał imienia doży, co przeświadczało Staufa, że żołnierze wiedzą, komu tak naprawdę zawdzięczają zwycięstwo. Doradca wojskowy republiki żałował jedynie, że nie robią tego ci, co znajdowali się w drugim i trzecim obozie. Ten drugi to był obóz jeniecki, w którym przetrzymywano pojmanych wrogów. Część z nich była to szlachta i zakonnicy, którzy zdołają się wykupić z rąk doży (a Stauf wiedział, że Tepper bardzo chętnie przygarnie ich denary), a pozostała część to zwykli poborowi i czeladź, którzy mogli liczyć na łut szczęścia, że ich panowie o nich nie zapomną lub będą zmuszeni do pracy w charakterze przymusowej służby w obozie, chyba, że zdecydują się zmienić stronę. Tak to zwykle robi się z najemnikami, którym proponuje się walkę po ten zwycięskiej stronie. Jeńcy nie cieszyli się na zwycięstwo i z tamtej strony nie dochodziło nic poza szczękami pancerza pilnujących więźniów. Trzecia część obozu nie była taka cicha, ale odgłosy dobiegające z tamtej strony raczej wskazywały, że dla niektórych bitwa wciąż trwa. Był to lazaret, gdzie opatrywano rany. Z czego opatrywanie było stwierdzeniem nad wyraz niepoprawnym. Medyków było mniej niż rannych, to też prowadzono selekcję. Tych, co mają największe prawdopodobieństwo przeżycia opatrywano jako pierwszy, a potem resztę. W przypadku tych drugich kończyło się to często na amputowaniu kończyn bądź też, w przypadkach bardziej krytycznych, po prostu uśmiercaniem. Oczywiście, medyk to też człowiek i odpowiedni dźwięk w sakiewce mógł nieco przyspieszyć sprawę, stąd niekiedy lazarety zmieniały się w aukcje ludzkim życiem. Było to przerażające, ale jednocześnie jakże ludzkie. Stauf tego nie potępiał. Sam tak robił wielokrotnie, a wiedział, że i jego ranny, były zięć, Castor von Wulfhof, też poczynił w tę stronę jakieś kroki.

            Gdy tylko obszedł większość obozu, ukontentowany morale żołnierzy, zaczął kierować się w stronę swojego namiotu, by odpocząć i przemyśleć następne kroki. Mieścił się on na pagórku w samym centrum obozu i był otoczony namiotami swoich najwierniejszych żołnierzy. Ufał im bardziej niż swojej rodzinie, to też tylko wśród nich czuł się najpewniej. Skinął jeszcze kilku żołnierzom i ojcowsko niejednego poklepał po ramieniu, wykazując podziękowanie za dobrą walkę, by dość do swojego namiotu. Tam, oprócz czekających go wojsk, czekało jeszcze dwóch mężczyzn, których Stauf znał bardzo dobrze. Jeden z nich, ubrany w czarny dublet i białą koszulę z koronkami na rękawach, opierał dłoń na szabli. Mimo, iż mężczyzna nosił broń typową dla Atrynijczyków, nie pochodził z tego królestwa na wschodzie. Dowodem były czarne włosy, zaczesane w kitkę, gdy tymczasem w Królestwie Atrynii nosi się krótkie włosy, a także wyszyty na piersi herb Marchii Walsberg, części cesarstwa leżącej na północnym wschodzie. Drugi mężczyzna był ubrany w bardziej krzykliwy strój, składający się z żółtego kaftana i czerwonych spodni, zaś za pasem zwykły miecz jednoręczny. Na piersi miał wyhaftowaną tarczę o pięciu czerwonych słupach oraz postaci mężczyzny z dzbanem i lwa, który w całości tworzył herb Księstwa Flavoux, leżącym na południowym wschodzie i najbliżej granic z Republiką Norithoru. Na dodatek, mężczyzna był rudy, co w cesarstwie uchodziło za przejaw głupoty. Ten mężczyzna jednak był zaprzeczeniem tego mitu.

            Wszak obaj byli ambasadorami na dworze w Norithorze, a na takich nie wybierano głupców. Zazwyczaj.

Podczas, gdy całe cesarstwo rzuciło się na Republikę jak wściekły pies, to tylko dwa księstwa nie stawiły się na wezwanie cesarza: Marchia Walsberg i Księstwo Flavoux. To pierwsze chroniło się tak zwanym Pax Walsi, które pozwalało im nie brać udziału w walkach w chwili, gdy terytorium dowolnego organu państwowego przechodzi przez kryzys w postaci epidemii na dużą skalę. Ma to być forma kwarantanny, by choroba nie rozpowszechniała się na pozostałe ziemie cesarstwa. Takie prawo orzec mogli jedynie eklezjanie Hilen i Walsa, czyli kolejno bogini zdrowia i boga śmierci, i to wspólnie. Oczywiście, odpowiednia dotacja będzie w stanie znacznie ułatwić ustanowienie Pax Walsi. Państwo objęte tym prawem nie będzie brane pod odpowiedzialność w chwili, gdy nie stawi się na wezwanie cesarskie. Interesujące jest to, że emisariusze wysłani na dwory przez wybuchem epidemii dalej mogą reprezentować interesu swojego państwa, to też Sebastion wciąż mógł szyć swoje intrygi. W przypadku Księstwa Flavoux sprawa miała się trochę inaczej. To księstewko leżało tak na peryferiach państwa, że niemal było zapomniane. Ambasadorzy rzadko gościli na dworach, to też nie brali czynnego udziału w polityce. O ile na dworze w Tellamel często pojawiali się emisariusze z innych księstw i republik, to stwierdzali, że nawet nie ma sensu ingerować w cokolwiek ze względu na to, że nie mieli nic do ugrania w tym dziwnym księstwie. To też, gdy Rispodelh II ogłosił swoją krucjatę na południe i nie dostał odzewu z dworu w Tellamel, miał to określić jako typową reakcję mało ambitnego dziecka, które chce bawić się tylko swoimi klockami. Jednakże, bliskość konfliktu tak blisko granic Księstwa Flavoux wymusiła wzmocnioną reakcję dworu i posłania kilku emisariuszy do Norithoru, by badali sytuację i donieśli o finale. Dla dworu w Tellamel, Norithor był jedynym zagrożeniem wewnątrzpaństwowym, to też rozstrzygnięcie było istotne dla księżnej siedzącej na tronie we Flaxoux.

Stauf zdawał sobie sprawę, że ich obecność, nawet ambasadora z Flavoux niesie coś ważnego. Nawet nie wynikało to z polityki. Po prostu Otto znał ich dość dobrze osobiście.

– Sebastion – zaczął Stauf, zwracając się do ubranego na czarno emisariusza, otwierając szeroko ręce. – Nie lada niespodziankę sprawiłeś, że się tutaj pojawiłeś.

– Radość jest odwzajemniona, Ottonie – odpowiedział Sebastion Waer, ściskając doradcę. – Myślałem, że nie dożyjesz wieczora.

– I sprawić ci zawód, że nie będziesz musiał pić. Bynajmniej! – zaśmiał się Stauf, odrywając się od misia i podchodząc bliżej drugiego ambasadora. – Vigo Kasapi, myślałem, że już dawno zagrzebałeś się w tłumie innych dworzan w Norithorze.

– Dlatego noszę się krzykliwie – odpowiedział Vigo, szczerząc się od ucha do ucha, również ściskając się ze Staufem. – Choć wciąż nie aż tak mocno jak niektórzy w moim ojczystym księstwie.

– Wy tam we Flavoux zawsze mieliście walnięte we łbie, jeśli chodzi o modę– machnął ręką Otto, gdy już skończył się już witać z drugim towarzyszem. – No, gadajcie, co was tu sprowadza.

– Jak to co? – zdziwił się Sebastion.- Osobiście chcieliśmy złożyć gratulację za zwycięstwo nad siłami zakonnymi.

– To chyba powinniście iść wpierw do doży – stwierdził Stauf, uśmiechając się krzywo. – W końcu to on dowodził całą bitwą.

– Nasza wizyta u ciebie ma charakter nieoficjalny – stwierdził Vigo, uśmiechając się kwaśnie. – Stąd gratulację do… prawdziwego herosa dzisiejszego dnia odbędą się później.

– Organizuje ucztę z grajkami, więc zapewne będziecie mieli okazję mu pogratulować – stwierdził Otto, klepiąc obu towarzyszy po plecach. – No ale nim dojdzie do tej winiarskiej uczty, co powiecie na skosztowanie prawdziwego trunku. Mam coś specjalnego u siebie w namiocie, specjalnie na okazje, by się odpowiednio przygotować na tę nudną biesiadę.

– Brzmi nad wyraz dobrze – stwierdził Kasapi. – Prowadź.

            Stauf zadowolony, podciągnął pas do góry i nakazał swoim żołnierzom pozostanie na posterunku. Ci zasalutowali i wykonali rozkaz. W tym czasie szlachcic z ambasadorami skierowali się w stronę namiotu.

            Gdy trójka mężczyzn weszła do środka, uderzył ich wszystkich kwaśny zapach potu, który wydobywał się z przepoconych ciuchów. Stauf już od dawna był w trakcie kampanii, to też rzadko miał okazję prać swoje ubrania. Zaraz przy jednej ze ścian stał manekin, na którym zwykle wisiał pancerz. Zawołał do siebie kilku paziów, którzy pomogli mu ściągnąć kolczugę i kirys. Gdy tylko pozbył się balastu, poczuł lekkość na ramionach i brzuchu, który mocno mu ściskał. Najlepsze lata wojaczki miał już za sobą, to też jego brzuch rozrósł się, że powoli nie mieścił się już w zbroi. Dwaj ambasadorzy zajęli miejsca na krzesłach, które umieszczone były przy stole, na którym leżała bardzo dokładna mapa Republiki Norithoru. Obok stała jeszcze skrzynia oraz piedestał na miecz.

            Gdy tylko służący skończyli ściągać pancerz Staufa i ten pozostał jedynie w brązowej przeszywanicy, spodniach oraz butach, odwiesili go na manekin i wyszli. Otto w tym czasie skierował się w stronę skrzyni, wyjmując z niej trzy kubki oraz szklaną butelkę z zieloną cieczą.

– Wygrałem to od jednego z najemników w kości – powiedział Otto, odkorkowując butelkę i rozlewając ciecz. – Dokładnie trzy takie. Jak zobaczyłem tego wojownika, myślałem, że mnie będzie chciał pobić, ale zadziwiająco oddał fant w moje ręce. Siłacz o dobrym sercu.

– To niezbyt dobra cecha u najemnika – stwierdził Vigo,  spoglądając podejrzanie na ciecz.

– No nie wiem – odpowiedział Stauf, wzruszając ramionami. – Potem widziałem, jak mieczem rozplatał dziesięciu mężczyzn bez żadnego zwątpienia. Ot, taki paradoks. W każdym razie, wygrałem trzy butelki tego trunku. Jeden sam już wypiłem, drugi rozpiję z wami, trzeci na inną okazję. Ostrzegam jednak, czegoś tak mocnego nigdy jeszcze nie piliście.

– Kto nie ryzykuje, nie wygrywa – powiedział Sebastion, unosząc kubek. – Zdrowie, panowie.

            Gdy wszyscy wtórowali słowem zdrowie, unieśli naczynia do góry i chcieli wypić duszkiem. Gdy jednak doszli do połowy, zarówno Kasapi i Waer nabrali powietrza w usta, łapiąc oddech. Potem zaczęli kaszleć.

– Stauf, kurwa – zaczął Sebastion bardzo przytłumionym głosem. –Czy ty chcesz nas zabić?!

– Ostrzegałem – odpowiedział Otto, odkładając pusty kubek. – Teraz wiecie, że już próbowaliście wszystkiego.

– Z czego to jest zrobione – chciał spytać retorycznie Vigo, przykładając usta do rękawa kaftana, nie mniej Stauf zdołał na to odpowiedzieć.

– Ten najemnik mówił, że robi to jeden z drwali z jego rodzinnych stron z pokrzyw i innych roślin, które znajdzie w lesie. Wspomniał coś o nazwie drzewinki, ale nie wiem, czy to nazwa wsi czy jakieś miejsce w lesie. Kiedyś będę musiał to sprawdzić. O ile będzie jeszcze okazja. No, ale dość krotochwil, panowie.

– W rzeczy samej – przyznał Sebastion, odkładając kubek, wciąż jednak się krzywiąc. – Przejdźmy do interesów. Jako ambasadorowie, którzy na co dzień przebywają na dworze doży chcąc nie chcąc musimy złożyć gratulacje zwycięstwa Tepperowi.

– Jak rozumiem, to oficjalna wizyta waszego poselstwa? – spytał Stauf, chowając butelkę z powrotem do skrzyni.

– Tak – przyznał pewnie Vigo, poprawiając swój kaftan. – Skierowana bezpośrednio do doży. Nieoficjalnie, składamy w twoje ręce gratulacje za majestatyczną wiktorią nad zakonami. Cesarz jest bardzo z tego zadowolony.

– Więc nasza umowa dojdzie do skutku, tak? – ponownie spytał Stauf, dołączając do ambasadorów, a sam zaczął się uśmiechać od ucha do ucha.

– Naruszenie potężnego filaru, jakim był Zakon Gorejącego Słońca i Grobu św. Thadeusa znacznie osłabi wpływy polityczne wielkich mistrzów w Kelrad, dzięki czemu duża część senatu przestanie kwestionować sukcesję i przejdzie na stronę Rispodelha II, niech nam żyje jak najdłużej – powiedział Waer bardzo poważnym głosem. – A jako, że ciebie wskaże się jako tę osobę, która pod Zielonymi Polami zgniotła kwiat cesarskiego rycerstwa, zostaniesz przez senat okrzyknięty bohaterem.

– Oczywiście, niektórzy dalej będą cię ogłaszali zdrajcą – wtrącił się Vigo. – Dorowie, którzy mieli dobre relacje z kościołami od pokoleń, nie będą patrzyli na to przychylnym okiem, ale ich partia nie będzie miała takiej siły przebicia, by senat nie przyjął twojej kandydatury do rodzin senatorskich w stolicy.

– Pysznie – przyznał Stauf, bardzo z siebie zadowolony. – Mam nadzieję, że pałac, który sobie wypatrzyłem w Kelrad wciąż jest wolny. Żaden inny nie pomieści moich rzeczy z twierdzy w Republice.

– A skoro już przy tym – zagaił Waer, uderzając palcami o stół. – Jak zamierzasz wycofać się z Norithoru i pokonać pozostałą armię… zdrajców.

– Podjąłem już odpowiednie kroki – wyznał Stauf. – Lekkiej kawalerii nakażę udać się na północ pod pretekstem akcji dywersyjnych. Oczywiście, to będzie kłamstwo, dywersja dywersji, że tak ujmę. Moimi rozkazami, jeźdźcy po prostu udadzą się bezpośrednio do obozu cesarskich, by się oddać na służbę. Do Norithoru zostanie wysłana informacja o zdradzie, to też, bojąc się kolejnych takich sytuacjach, pójdę z resztą sił w stronę wojsk cesarza. Tam oczywiście, połączę swoje siły z wysłanymi wcześniej wojskami i oficjalnie ogłoszę zmianę stron.

– Szalone i odważne – przyznał Vigo. – Powiedziałbym, że wręcz ryzykowne dla całego planu. Wysłani żołnierze mogą nie chcieć dołączyć do wojsk cesarskich, w końcu dotąd bili się za swoje państwo i mogliby zignorować rozkaz poddania się i wciąż walczyć.

– Ryzykowne z pozoru, Vigo – zaprzeczył Stauf, spoglądając na mapę, gdzie zaznaczone były twierdze i kluczowe wsie w republice. – Większość rodzin szlacheckich w Norithorze nie popiera działań doży, który traktuje ich jak zwykłych obywateli, a nawet trochę z pogardą. Jak to on sam określił „pozostałość starożytnych systemów władzy na południu” z chęcią dobrałoby mu się do gardła jeszcze w chwili, gdy wybuchła cała wojna. Udało mi się ich poskromić, dając im coś na pożarcie: lojalistów, zdrajców wśród błękitnej krwi, którzy pozostawali wierni doży. Podczas gdy normalni obywatele sądzili, że w ten sposób usuwamy stronników cesarskich, usuwaliśmy przeszkody na naszej drodze do późniejszej, prawdziwej rewolucji. Wszyscy byli zadowoleni.

– Cholera, Otto – pokiwał z uznaniem Sebastion w stronę szlachcica. – Strategia godna Marszałka Cesarstwa, hełmy z głów.

– Wszystko pięknie, Stauf- dodał z mniejszym podziwem Vigo. – Ale wciąż dużo ryzykujesz, posyłając wojska samopas. Nawet jeśli nie będą dalej lojalni wobec republiki, jakiemuś Henrichowi z Psiej Budy uderzy fantazja, by ruszyć na trakt by rabować. No i nie zapomnij o Atrynijczykach. To wciąż znaczący sojusznicy dla Norithoru, a ich Wilcy to z natury grasanci, którzy pozostawieni samym sobie, zaczną grabić, palić, gwałcić każdą napotkaną wieś czy miasteczko.

– Jeśli chodzi o Ofierna i jego jeździecką kompaniję, nie musicie się bać – uspokajał Stauf, wciąż nie przestając się uśmiechać. – Wiem od moich szpiegów w Królestwie Atryni, że tamtejsze wschodnie plemiona nomadyczne znów przepuszczają zmasowany atak, to też lada dzień dostaną rozkaz, by się wycofać z Norithoru, pozostawiając dożę osamotnionego. A co do pierwszej twojej uwagi, Vigo, masz rację, ale nie puszczę żadnego szaraczka z Psiej Budy jako dowodzącego całym przedsięwzięciem. Pójdzie najbardziej zaufana osoba z całej tej bandy błękitnokrwistych: mój były zięć, Castor von Wulfhof.

– Castor Błazen? – zaśmiał się Sebastion. – I ludzie go posłuchają?

– Nie wiesz co mówisz, Waer – szturchnął ambasadora Vigo.- Na południu mówią o nim Castor Nieustraszony. Ale fakt, ma dość mieszaną reputację i jego czyny pod Hagenbach miały dwuznaczny wydźwięk. Część może mieć wątpliwości co do czynu

– Wystarczy – Stauf uniósł otwartą rękę do góry. – Plotki plotkami, nie mniej trudno o bardziej zaufaną osobę aniżeli on. Choćby przez to, że jest mi winien nie lada przysługę za to, że wyciągnąłem jego i jego ród z pohańbienia, o czym pewnie słyszeliście.

– Oczywiście – przyznał Sebastion, kiwając głową. – Niektórzy uważają zamieszki w Wulfhof jako początek rebelii przeciwko cesarstwu i śmierć wielu szlacheckich głów spoczęła na głowie młodego Castora, nie mniej, wciąż nie ma gwarancji, że posłucha.

– Nie ma innej drogi, gdy ruszył już zegar – zakończył krótko Stauf. – Sam z nim porozmawiam i przekonam, żeby nie robił żadnych głupot.

– A zakładając hipotetycznie, czy gdyby jednak odmówił, co zrobisz? – dopytywał dalej Waer. – Zabijesz go w imię racji stanu?

            Przez chwilę Stauf zamilkł, jakby szukając odpowiedzi. Zarówno Sebastion, jak Vigo wiedzieli, że nie będzie to łatwe dla niego. Wiedzieli, że z chłopakiem łączy szczególna więź, dla większości niezrozumiała. To dwa przeciwne bieguny, które muszą ze sobą współżyć dla dobra jednego i drugiego i dla oby ambasadorów nie było to do końca zrozumiałe.

            Stauf w końcu wstał z miejsca i odpowiedział.

– Nie zabiję go, przynajmniej nie w sposób typowy dla Modris i czy Norithioru. Jeśli będę musiał, po prostu pokonam go w bitwie i wtedy rozsądzę o jego losie. Nie jestem zabójcą, a żołnierzem. On też. Zasługuje przynajmniej na tyle.

            Sebastion kiwnął głową, ale Otton zauważył, że po tych słowach usta Vigo nabrały jakiegoś krzywego uśmiechu.

Facebook Comments