Milena Jadzińska – Anioł sprawiedliwości

Kiedy się ocknął, nie wiedział, co się stało ani gdzie się obecnie znajduje. Spojrzał na szare, miejscami grafitowe, chmury. W oddali zobaczył wieżę jakiegoś starego zabytkowego zegara. Skupiając wzrok na tym, co widnieje w bliższej perspektywie, ujrzał skaliste mury po części zbudowane z czerwonej cegły. Ulicę zdobił kamienny bruk. Po drugiej stronie wyrastał bujny zielony las pełen mroku i tajemnic.

Poczuł ból głowy i zauważył, że ma w niej niepokojącą pustkę. Postanowił jeszcze dokładniej przyjrzeć się otoczeniu. Po paru minutach zorientował się, że stoi na żelaznym moście. Zrobiło mu się zimno, a do nozdrzy napłynął zapach stęchłej wody, która witała go wszystkimi odcieniami czerni swych czeluści.

Mógł zobaczyć w tej mętnej rzece swoje zniekształcone odbicie. Zdawał się blady, ale równie dobrze mogła to być tylko iluzja, oczy miał prawdopodobnie ciemne, z lewej skroni spływała mu na policzek stróżka cieczy, która, patrząc jego oczami, wydawała się czarna, lecz w rzeczywistości takiego koloru z pewnością nie miała. Krew bezszelestnie skapywała na marmurową płytę. Potargane włosy również ukazywały mu się w ciemnych, a może nawet czarnych barwach.

Oprócz swojego odbicia zauważył stojący za nim pomnik kamiennego cmentarnego anioła, którego czas z pewnością nie szczędził. Odwrócił się w tamtą stronę, ale żadnego anioła tam nie spostrzegł. Oczami znów powędrował w stronę tafli wody, tam kamienny stróż wyraźnie się odznaczał. Miał ogromne pierzaste skrzydła, długie kręcone włosy, szatę, która wyglądała, jakby była zwilżona. Prawą rękę skierował na wprost z wyraźnie wysuniętym palcem wskazującym, który w dość przerażający sposób wskazywał na niego. W lewej ręce trzymał długą, co najmniej trzymetrową, ostro zakończoną kosę. Twarz anioła wydawała się jednak spokojna, poza oczami, na które składały się dwie bezkresne wypalone dziury.

Mężczyzna powoli odsunął się od żelaznej balustrady. Nigdzie w swoim otoczeniu nie wypatrzył tej kamiennej rzeźby. Pomyślał wtedy, że może rzeka jest płytka, a kamienny anioł po prostu leży gdzieś na dnie.

Postanowił przejść na drugą stronę mostu i udać w kierunku kamiennych miejskich murów. Droga nie była długa, zajęła mu jedynie kilka minut. Wejścia na teren miasta broniła ogromna żelazna brama. Popchnął ją lekko i ku jego zdziwieniu pozwoliła mu wejść na teren osady. Idąc brukowaną uliczką, próbował znaleźć kogoś, kto tam mieszka i wyjawi mu nazwę tej miejscowości. Jednak każda kręta ścieżka do niczego nie prowadziła, a ponadto okazywała się pusta. W tym starym, prawdopodobnie średniowiecznym, mieście nikogo nie było. Wyglądało na opuszczone? Martwe?

Kiedy ponownie dotarł do bramy, była już, niestety, zamknięta. Z rozmaitych zakamarków zaczęły wychodzić myszy, szczury i pająki, wypełzać węże. Znad zegarowej wieży nadleciała chmara ptaków. Ewidentnie znajdowały się wśród nich same kruki i wrony, gdyż wszystkie były czarne.

Zwierzęta zaczęły go gryźć, dźgać, dziobać i kąsać. W ekspresowym tempie pozbawiły go skórzanej czarnej kurtki i białej koszuli. Za ogrodzeniem dostrzegł kamiennego anioła, który jednym ruchem kosy przeciął żelazną furtkę na pół.

– To za to, co jej zrobiłeś – powiedział beznamiętnie.

Atakowany ze wszystkich stron mężczyzna nie wiedział, o co chodzi.

– Ko-mu?

Zapytał z trudem. Całe ciało miał w tej chwili tak bardzo zmasakrowane, że przypominał krwawą kulkę mięsa.

– Nie udawaj. – Anioł spiorunował go swym przerażającym spojrzeniem – Pamiętasz.

Powoli kamienna kilkumetrowa postać zaczęła ulegać przeobrażeniu. Zmalała. Pokryła się ludzką skórą. Zniknęły też jej atrybuty – skrzydła i kosa. Pojawiły się długie rozwiane rudozłote włosy.

Nie tylko anioł uległ przemianie. Miasto także przybrało nowy kształt. Stało się piękną wiosenną łąką. Świeciło słońce, a niebo było intensywnie błękitne.

Mężczyzna podszedł do złotowłosej dziewczyny i wręczył jej mały jasnofioletowy kwiatek. Dziewczyna zmrużyła zielone oczy i spojrzała na niego z pogardą.

– Ile razy mam ci powtarzać, żebyś mnie nie nachodził! – warknęła piskliwym głosikiem.

– To tylko jeden kwiat – wyszeptał.

– O jeden za dużo – mruknęła. – Tym razem ci nie odpuszczę, powiem ojcu, że mnie prześladujesz…

Nagle obraz dziewczyny całkowicie się zamazał.

Była noc, a on znajdował się w mieście. W rogu ciemnej alejki czekał na niego mężczyzna w czerni. Próbował spokojnie ominąć to miejsce, jednak mężczyzna wyszedł mu naprzeciw i chwycił za szyję. Parokrotnie uderzył go z całej siły w twarz.

– Jeżeli kiedykolwiek jeszcze raz zbliżysz się do Róży – mężczyzna popatrzył mu głęboko w oczy, próbując wzbudzić w nim strach, który już i tak opanował całe jego ciało, nie pozwalając mu ruszyć choćby palcem – to cię zabiję, pokroję na kawałeczki i wrzucę do rzeki, rozumiesz?

Chwycił go tak mocno, że nie mógł oddychać.

– T-ak. – Ledwo wystękał.

Mężczyzna szarpnął go za lewe ramię, puścił szyję, złapał za prawą nogę i z całej siły rzucił nim o bruk.

Minęło parę lat, a postać Róży bez przerwy nawiedzała go w myślach. Jego samopoczucie, fizyczne i psychiczne, ulegało pogarszaniu. Zapominał o spotkaniach, nie miał siły ani ochoty pracować, gubił dokumenty, narzędzia, klucze. Powoli zaczął także nadużywać alkoholu. Każdego wieczora, kiedy siedział samotnie w mieszkaniu, wypijał po kilkanaście butelek różnych trunków.

W głównym pomieszczeniu mieszkalnym roiło się od rozbitego szkła, resztek jedzenia, smrodu alkoholu, nie wspominając już o niezliczonej liczbie robactwa.

Któregoś wieczoru wyszedł na miasto. Stojąc na moście, spostrzegł Różę z ojcem
i jakimś innym mężczyzną, który trzymał ją za rękę. W tym samym momencie podeszła do niego dziewczyna o włosach i twarzy białych jak mleko.

– Aniela – wyszeptała mu do ucha, patrząc z bardzo bliskiej odległości w oczy, które ona miała intensywnie błękitne.

Wzrokiem uciekał do Róży.

Aniela jednak pochłonęła go całkowicie swą osobą, odwracając uwagę od kochanej przez niego dziewczyny. Niestety, on nie był dla niej łaskawy. Często wpadał w furię, a kiedy coś nie szło po jego myśli, rzucał czym popadnie.

Zakochana dziewczyna po cichu liczyła, że jej ukochany się zmieni i ją w końcu naprawdę pokocha. Nie chciał jej za żonę, ona nie chciała być dla niego tylko przyjaciółką, więc pomyślał, że może weźmie ją jako kochankę.

Długo się jej opierał, ale musiał sam przed sobą przyznać, że Aniela była naprawdę atrakcyjna. Pewnej nocy wreszcie jej uległ. Żyli tak przez długie lata. Nie musiał na nią pracować, bo sama utrzymywała się z krawiectwa. Nie musiał robić nic w domu, bo wszystkim zajmowała się Aniela.

Przestał pracować, zmuszając biedną dziewczynę do cięższej pracy. W złości nadal się na niej wyżywał. Czasem tylko powiedział jej coś okrutnego, innym razem rozbił jej łuk brwiowy albo podbił oko.

Jednego wieczoru wrócił kompletnie pijany i widząc w Anieli Różę, która każdego dnia odrzucała jego zaloty, a teraz chodzi za rękę z innym, wpadł w szał. Zaczął wyzywać biedną zakochaną i utrzymującą go dziewczynę, kilkanaście razy z całej siły uderzył ją po twarzy, następnie zgwałcił.

Po kilku miesiącach okazało się, że Aniela spodziewa się dziecka. Na początku było to dla niego tylko kolejnym powodem do picia i częstszego wpadania w szał. Ciężarnej dziewczynie dostawało się za wszystko. Za przesoloną zupę, za otwarcie okna, za to, że się
w ogóle odezwała.

Jednak jakiś czas później zaszła w nim ogromna zmiana. Przyzwyczaił się do widoku ciężarnej Anieli, a w dodatku postanowił, że jeżeli powije mu córkę, nazwie ją Róża. Ze wszystkich sił dbał o kochankę. Poszukał nawet pracy, żeby zapewnić im lepszy byt. Co więcej, bywały chwile, że myślał o małżeństwie, jednak zanim zdążył wcielić swoje plany w życie, zmieniał szybko zdanie.

Niestety, jego radość z oczekiwania i spokój ducha minęły z dniem narodzin jego… syna. Tym razem wpadł w tak dziki amok, że wyrzucił niemowlaka przez okno, a Anielę tak długo bił i gwałcił, aż przestała się ruszać… i zmarła.

Zwłoki dziewczyny leżały w jego mieszkaniu przez wiele długich miesięcy.

Pewnego dnia postanowił pokroić je na kawałki, włożyć do materiałowego worka
i wrzucić ciemną nocą do rzeki. Dla kurażu musiał przed tym wypić kilka butelek mocnego alkoholu. Później, chwiejąc się na nogach, szedł od jednej strony do drugiej. Wszedł na most
i wrzucił zmasakrowane ciało. Właśnie tam. W miejscu, w którym się poznali. Zakończył to tam, gdzie się zaczęło.

Pozbycie się ciała dziewczyny nie rozwiązało jednak jego problemów. Ponadto pod jego dom zaczęła przychodzić policja, próbując ustalić okoliczności śmierci znalezionego na bruku martwego niemowlęcia. Sąsiedzi kilkakrotnie wskazywali na niego. On jednak dyplomatycznie tłumaczył, że nie wie, skąd się wzięło to dziecko pod jego oknem.

Po każdej takiej wizycie pił coraz więcej i więcej. Raz po zachodzie słońca wyszedł na miasto. Zobaczył Różę, która szła sama. Pomyślał, że to jego szansa. Podszedł do niej, jednak, gdy to zrobił ogarnęło go zupełnie inne uczucie od tego, które żywił do niej przez te wszystkie lata. To już nie była bezgraniczna miłość. O nie! To była bezkresna nienawiść. Nienawiść za zmarnowanie mu życia, za alkoholizm, depresję, za uczynienie go takim nieszczęśliwym, za pogardę malującą się na jej twarzy za każdym razem, kiedy wręczał jej kwiaty. Nagle z całej siły cisnął nią o kamienny bruk. Bez opamiętania bił ją pięściami po głowie i twarzy.

Ktoś go od niej odciągnął.

Dwóch mężczyzn. Jeden dobrze mu znany. Może już odrobinę stary, ale najwyraźniej nadal w dobrej formie. Drugi był młodszy ze złotą obrączką na serdecznym palcu prawej ręki. Był tak bardzo umięśniony, że na jego widok szamoczącego się furiata ogarnął strach, a może nawet przerażenie.

Dziewczyna leżąca na kamiennej posadzce się nie ruszała. Była cała we krwi.

– Co zrobiłeś mojej córce?! – pierwszy cios przyszedł szybciej, niż się spodziewał.

Ojciec Róży walnął go tak mocno, że jego głowa z impetem poleciała na mur, o który uderzyła z głuchym łoskotem.

– Dlaczego zaatakowałeś moją żonę?

Kolejny mężczyzna bił go jeszcze mocniej niż pierwszy.

Pięści napastników powoli pozbawiały go sił i tchu. Obraz z każdą kolejną minutą coraz bardziej się rozmazywał.

Nim się zorientował, był już martwy. Tak jak Róża.

Zmarła, doznając w wyniku tego ataku zbyt dużego uszkodzenia mózgu.

Dwaj mężczyźni siekierą poszatkowali ciało mężczyzny i wrzucili do rzeki. Tak jak on wcześniej uczynił ze zwłokami Anieli.

Różę pochowali na starym cmentarzu, w miejscu pochówku jej matki.

Wraz z pomnikiem usytuowali tam postać ogromnego marmurowego Anioła, który kilka lat później w niewiadomy dla nikogo sposób zaczął wskazywać na ludzi winnych cudzej krzywdy i posiadł ogromną kosę, zakończoną ostrym metalem.

Pewnego dnia Anioł zniknął z cmentarza. Miejscowi ludzie twierdzili, że ukradli go złodzieje. Niestety, Anioł sam opuścił cmentarz i postanowił pojawić się na moście. Jego celem było zabijanie zabójców, morderców, dręczycieli, gwałcicieli i wszystkich tych, którzy przyczynili się do nieszczęścia drugiego człowieka – bez względu na to, czy uczynili to przypadkowo, czy też umyślnie. Każdy zasługiwał na karę, także zatopiony na dnie rzeki mężczyzna. Kamienny Anioł zstąpił po niego aż do samych piekieł.

Krył się na moście, chował w rzece. Wreszcie zamknął go w martwym mieście, każdego dnia skazując na gryzienie, dziobanie, kucie i kąsanie. Kosą codziennie odcinał mu nogi i ręce — za każdy cios, który wymierzył w niewinną istotę.

Pozbawiony sił i tchu mężczyzna spojrzał na posąg Anioła z wypalonymi oczami.

– Kim jesteś? –to były jedyne słowa, które dał radę z siebie wyksztusić.

– Twoim Aniołem Sprawiedliwości.

Facebook Comments