Dusza ludzka

Twierdzą, że dusza ludzka żyje, dopóki trwa o niej pamięć pośród żywych…

Był to jeden z tych listopadowych wieczorów, kiedy nawet kota żal wypuścić z domu na zewnątrz. Wiatr bezlitośnie chłostał korony drzew, zrywał liście, które ostatkiem sił zdołały utrzymać się na gałęziach. Słupek rtęci błądził w okolicach zera. Tamtej nocy nie było już co liczyć na poprawę pogody, toteż jeśli w ogóle kogoś spotykał, to wyłącznie byty podzielające jego los. Ludzie z krwi i kości, jeśli nie leżeli pod kołdrą, wgapiali się w telewizor z szklanką gorącej herbaty w dłoni.

Zygmunt spokojnie szedł ulicą, nikt i nic nie było w stanie zakłócić kroków leniwie posuwających go do przodu. Nie śpieszył się, czasu miał wiele, noc była jeszcze młoda. Nim mrok miał zacząć ustępować nieba na rzecz wschodu słońca, musiało minąć kilka długich godzin.

Szedł na przekór nieprzyjaznej pogodzie. Nie odczuwał zimna, po prostu nie mógł go odczuwać – tak samo jak ciepła, deszczu, śniegu. Nie tęsknił za odczuwaniem temperatur, ciśnienia i wielu innych kaprysów pogody. Jedyne, czego mu tak naprawdę brakowało, to krople deszczu na twarzy. Wiele dałby, by móc je ponownie poczuć na skórze, zwrócić lico ku niebu, dać upust wyobraźni. W dalekiej przeszłości często wychodził z domu właśnie gdy padał deszcz. Życie bolało, strasznie go dotknęło. Deszcz był dla niego niby kąpiel oczyszczająca, która zmywała złą krew sączącą się z serca i duszy. A jeśli działo się tak, że nie mógł całkowicie zapomnieć o bólu, koił ciszą. Oczywiście deszcz, uderzając w ziemię, w dachy zabudowań, przywoływał całą kawalkadę dźwięków, lecz one nie miały nic wspólnego z życiem. W czasie deszczu życie chowa się w domach, zagrodach, norach. W czasie deszczu wszystko co żywe szuka schronienia, jak gdyby deszcz był czymś destrukcyjnym, zdolnym zgasić lichy płomień istnienia. On, spacerując w deszczu, idąc pod wiatr w najpodlejsze ulewy, nie spotykał życia, którego tak bardzo nienawidził. Liczył na to, że spotka w końcu śmierć, bo jeśli życie tak panicznie boi się deszczu, to musi mieć to jakiś związek ze śmiercią. Był martwy już za życia, więc unikał tego, co żywe, a że jego ciało zawisło gdzieś na granicy życia, śmierć omijała i jego. Czekał na to zbawienne spotkanie przez wiele dziesięcioleci. Dożył sędziwego wieku, co w tamtym okresie zakrawało wręcz na cud – górna granica wieku, do którą osiągał przeciętny śmiertelnik, wynosiła pięćdziesiąt lat. On dożył dziewięćdziesięciu.

Przez ponad siedemdziesiąt lat wychodził deszczu naprzeciw. Spacery te mógłby liczyć w tysiącach, dziesiątkach tysięcy. Powinien więc choćby mimo woli zapamiętać smak zbawiennej kropli deszczu. Teoretycznie właśnie tak powinno być, jednakże po upływie dziewięciuset lat można nawet zapomnieć, jak własne imię brzmi w obcych ustach, a samemu trzeba by je powtarzać co jakiś czas, żeby w ogóle móc je pamiętać. Pośród tylu set lat można zapomnieć wiele, nawet tak zbawienne zjawisko, jakim dla niego był deszcz.

Jeśli kiedykolwiek otrzymałby przywilej spełnienia dwóch życzeń, jedno z nich mógłby wypowiedzieć w każdym języku świata – w nocy, za dnia, o każdej porze roku, ostatkiem sił byłby w stanie wyrzec tych kilka słów. Powtarzał to życzenie co dzień, nie mając żadnej realnej szansy na powodzenie. Powtarzał je po tysiąckroć: powtarzał je, kiedy jeszcze żył, po śmierci również nie zaprzestał. Po dziś dzień szuka Boga, w każdym języku świata wzywa jego imię, w każdym języku świata prosi, by choć jeszcze raz było mu dane ją spotkać. Jeden jedyny raz, jedna rozmowa, jedno spojrzenie. Drugie życzenie dotyczyłoby deszczu, chciałby na powrót  móc odczuwać wszystko, co z nim związane.

Chwila nostalgii oddaliła jego myśli od celu wędrówki, i choć oderwanie od rzeczywistości nie trwało długo, przeszedł całą ulicę nie spoglądając ponad dachy budynków. Nie zawrócił, nawet jeśli minął się z poszukiwanym celem, z każdym następnym domem mógł dosięgnąć kolejnego.

Nie mijał się już z nikim, a może tylko nie dostrzegał obecności innych. Jego także minąłby bez słowa, bez spojrzenia, gdyby zamiast pod słupem, przysiadł kawałek dalej, gdzie przytłumione światło latarni mogłoby go nie dosięgnąć. Siedział na ziemi, z kolanami podkurczonymi pod brodę, rękoma obejmował nogi. Patrzył gdzieś w dal, zdawał się nie dostrzegać rzeczywistości – był zupełnie od niej oderwany. Wyglądał jak zbity pies, wyrzucony z domu tylko dlatego, że pogryzł nowe buty, nie tak dawno jeszcze kochającej bezgranicznie pani.

Zygmunt byłby i może przeszedł obok obojętnie, wiele temu podobnych obrazów widywał na przestrzeni dziewięciuset lat tułaczki. Mijał sobie podobnych z mniejszą lub większą rezerwą, nie spoglądał w ich stronę dłużej, niżeli wymagało tego pobieżne objęcie wzrokiem, bez wdawania się w szczegóły –  nigdy się nie zatrzymywał, nigdy nie rozmawiał. Wyznawał zasadę mówiącą, że każdy sam jest kowalem swojego losu – zarówno za życia, jak i po śmierci. Tylko najinteligentniejsi i najtwardsi mogą przetrwać w obu światach – zwłaszcza w świecie umarłych. Tym razem Zygmunt zatrzymał się. Zauważył, że skulona postać niknie, co dla duszy jest równoznaczne z końcem bytowania, lecz wcale nie ten fakt poruszył jego martwe serce – jedni umierają, a na ich miejsce zajmują kolejni, taka już natura światów.

Gdyby Zygmunt nie spowolnił kroku, zapewne nie dostrzegłby źrenic powracających z krain obłędu, skupiających się na jego osobie. Gdyby nie ta siła, której nie mógł określić ani słabością, ani litością, która w niewytłumaczalny sposób hamowała mu nogi, błagalne spojrzenie poczułby jedynie na plecach, wtedy łatwo mógłby je zignorować. Gdyby… Lecz stało się tak, że to błagalne spojrzenie uderzyło z całą siłą w ostatnią wrażliwą część starej duszy, jedyną, która mogła go zatrzymać, zmusić do rozmowy, nawet do udzielenia pomocy.

Spojrzał głęboko w zrezygnowane oczy, w najdalszych zakamarkach źrenic zauważył strach. Ale to nie ten strach pobudził do życia martwe serce starej duszy. Zygmunt dostrzegł siebie. Lecz nie było to aktualne odbicie zatwardziałej twarzy, głowy pełnej niezbędnej, praktycznej wiedzy, gromadzonej przez całe stulecia. On widział siebie, Zygmunta sprzed dziewięciuset lat, Zygmunta zagubionego w gąszczu niewiedzy, Zygmunta w sidłach strachu.

Zatrzymał się w pół kroku, całym sobą zwrócił się w stronę młodej duszy. Zygmunt wie, jak odróżnić starą duszę od młodej. Wokół młodych dusz roztacza się aura niepewności, tak jest zawsze. W przypadku tej młodej duszy dochodził jeszcze strach, który dodatkowo potęgował ową aurę.

– Co się ze mną dzieje? – spytała młoda dusza. Gdyby jej oczy były zdolne wyrażać uczucia poprzez płacz, łza ścigałaby łzę.

– Umierasz – odpowiedział Zygmunt. Młoda dusza nie mogła odnaleźć w jego głosie nuty współczucia, a niewątpliwie Zygmunt zaczynał mu współczuć, lecz lata pozbawione dialogu uczyniły jego mowę niezdolną do okazywania głębszych emocji. Sam przemawiający także to dostrzegł.

Młoda dusza zakwiliła, jak gdyby rzeczywiście była tym zbitym psem, wyrzuconym z domu za błahe przewinienie.

– Umierasz. Ponadto wiem, że już kiedyś raz umarłeś – Zygmunt dokończył zdanie, lecz nie myśl. Zbyt wiele chciałby powiedzieć od razu, przez co mógłby zasiać w młodej duszy jeszcze większy niepokój. Milcząc zastanawiał się, co dalej począć. Cisza,  wiele niewiadomych w głowie, sprawiły, że zaczął postrzegać młodą duszę jako całkowicie odrębny byt, mający z nim samym niewiele wspólnego. Jeśli ma mu pomóc, musi mówić dalej, inaczej jego serce na powrót przeobrazi się w kamień, a wtedy po prostu odejdzie, skazując niknącego na pewny koniec. Musi ponownie zauważyć w nim podobieństwo do dawnego siebie – dalsze słowa przywołają wspomnienia, niezbędne ku temu.

– Więc nikt tobie nie wytłumaczył… Tak też myślałem.

Twarz, jeszcze sekundę temu naznaczona lękiem, przemieniła się w oblicze pełne zaciekawienia. Zygmunt dostrzegł ogrom pytań ciskających się na usta młodej duszy. Nie czekał, aż zasypie go ich gradem, mówił dalej.

– Dusza ludzka żyje tak długo, dopóki trwa w pamięci żywych. Widocznie o tobie już zapomniano. Nie zamartwiaj się tym zbytnio, to najnormalniejsza kolej rzeczy. Ile czasu minęło od twojej śmierci?

– Osiemdziesiąt lat.

– Osiemdziesiąt lat… Szybko o tobie zapomniano. Zresztą od jakiegoś czasu widzę, że świat szybko się zmienia. Żyje się szybko, szybko się umiera, szybko się zapomina. O mnie pamiętano przez trzysta lat, jednakże były to zgoła odmienne czasy. W dawnych wiekach pielęgnowano pamięć o zmarłym, przekazywano historię o nim z pokolenia na pokolenie. Wspomnę jeszcze, że żyłem dziewięćdziesiąt lat. W tamtych latach było to czymś nieosiągalnym. Swojego czasu byłem człowiekiem najdłużej żyjącym, bynajmniej udokumentowanym. W wielu księgach figurowało moje nazwisko. Kiedy ludzie zaczęli dożywać dziewięćdziesięciu lat, kiedy przestało to być czymś niezwykłym, zapomniano o mnie. Czasem ktoś zajrzy do tych starych ksiąg, głośno wyczyta moje imię. Ja wtedy wiem, że tak się dzieje. Całego wypełnia mnie energia, dzięki której czuję się… – Zygmunt zamilkł, zamknął powieki, po czym przemówił nie otwierając ich. – …jak gdybym na nowo zaczynał żyć. Zapewne nawet po śmierci czułeś się, jakbyś wcale nie umarł,  tylko dalej był człowiekiem z krwi i kości. To przez pamięć żywych. I zapewne odczuwałeś wyraźnie, jak o tobie zapominano. A najdokładniej czuć to tutaj – Zygmunt przyłożył dłoń do piersi, za którą niegdyś biło serce. – To jest tak, jakby je wyrywano rozgrzanymi szczypcami.

– Dokładnie tak było – odrzekł zafascynowany słuchacz. Zygmunt dalej ciągnął swoją mowę, zdawał się w ogóle nie słyszeć wtrącenia młodej duszy.

– Czasami myślę, że śmierć zażartowała sobie ze mnie. Nie może być tak, że ktoś tak skrupulatny jak ona zapomina o jednym, nic nieznaczącym istnieniu. Myślę, że dożyłem sędziwych lat wyłącznie dlatego, że pogardzałem życiem. Piłem na umór, jadłem co wpadło mi w ręce, spałem tam, gdzie akurat alkohol zwalił mnie z nóg. Sypiałem w zaspach śnieżnych, w kałużach, leżałem oddany na łaskę południowego słońca. Prowadziłem destrukcyjny tryb życia odkąd stałem się najnieszczęśliwszym człowiekiem świata. I tak, jak niegdyś chorowałem, z chwilą, w której obumarło moje serce, nie nabawiłem się nawet kataru. Cóż za ironia losu, nie uważasz? Jakaż wielka kpina ze strony śmierci.

Wielu ludzi cieszy się z życia, wie jak właściwie żyć, jak czerpać zewsząd pełne garście szczęścia. A pomimo tego umiera w pełnym okresie rozkwitu ciała i umysłu. A człowiek, który gardził wszystkim, co żywe wiódł długą, pełną cierpienia egzystencję. Do tego jeszcze cieszył się dobrym zdrowiem.

– Dlaczego tak bardzo gardziłeś życiem? – zapytała młoda dusza.

Zygmunt sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości. Wspomnienie dalekiej przeszłości oddalało go od rozmówcy, czyniąc z niego wyłącznie słuchacza.

– Oczywiście mogłem wyjść śmierci naprzeciw… – Zygmunt zaniósł się pełnym szaleństwa śmiechem. – Ale jeszcze wtedy wierzyłem w te bajki o istnieniu nieba i piekła. Jeśli któreś z nich istnieje, to jest to wyłącznie piekło. A znajduje się ono tutaj, na ziemi. Wróćmy jednak do czasów ślepej wiary, w której pokładałem wszelkie nadzieje. Popełniwszy samobójstwo nie trafiłbym do nieba, a tylko tam mógłbym… Masz szczęście, że mnie spotkałeś – rzekła starsza dusza, porzucając nagle wcześniejszy tok wywód. – Chodź ze mną, poszukamy odpowiedniego domu.

– W nocy chowasz się po domach? Straszysz tam? – zapytała młoda dusza.

– To co robię, co my dziś razem zrobimy, jest o wiele okrutniejsze od straszenia. Jak już wcześniej wspomniałem, pamięć żywych utrzymuje duszę przy życiu. Gdy pamięć żywych przemija, dusza sama musi walczyć o przetrwanie, w przeciwnym razie zniknie. Tego właśnie doświadczasz, nikniesz, ale nie jest jeszcze za późno.

Większość dusz nie wie, jak walczyć o przetrwanie, przez co przestaje istnieć. Czy po tym życiu jest następne? Nie wiem, i nie chcę wiedzieć. Naprawdę masz wielkie szczęście, że mnie spotkałeś. Nie trwońmy czasu na rozmowy w miejscu, nie wiadomo ile go tobie jeszcze zostało.

– Łukasz, mam na imię Łukasz.

– Zygmunt. Miło mi.

Stara dusza pomogła młodej stanąć na nogi. Przez wzgląd na osłabienie Łukasza, nie mogli przemieszczać się szybko. Z wolna przemierzali ulice. Zygmunt przez cały czas kierował wzrok z lewej na prawą stronę, następnie z prawej na lewą. I tak w koło.

– Czego właściwie szukamy? Nie możemy wejść do pierwszego napotkanego domu? O, choćby i do tego – Łukasz spory wysiłek włożył w podniesienie ręki. Palcem wskazał na zaniedbany budynek. Starsza dusza zatrzymała się nagle. Z wyrozumiałością osoby mającej w zanadrzu bagaż pełen życiowych mądrości spojrzał Zygmunt na Łukasza.

– W domu, który właśnie wskazałeś, mieszkają szczęśliwi ludzie. My szukamy tych, którzy nie potrafią żyć, którzy gardzą życiem, którzy nie zasługują na nie, bądź już go nie chcą. Powiedz mi, kimże byłbym, gdybym zabijał ludzi potrafiących żyć, cieszących się z tego najcenniejszego daru? Nie mylą cię uszy. Gdy zdasz sobie sprawę z pewnych rzeczy, zrozumiesz, o czym mówię. Gdybym zabijał ludzi szczęśliwych, byłbym zwykłym mordercą.

„Zabijał”, to słowo rozdarło myśli Łukasza. Doznał dziwnego uczucia, które przypominało obrzydzenie i zgrozę wzięte w jedno. „Zabijał”, ze zwykłego słowa, znanego mu jedynie z filmów, wiadomości, słowa niedotyczącego jego osoby, przeobraziło się w potwora stojącego na wprost jego oczu. Widział upiorną twarz, która do złudzenia przypominała jego własne oblicze. Cały ociekał krwią – miał ją we włosach, na rękach, czuł jej zapach. Brzydził się swoim krwawym odbiciem. Poza tym nie potrafił wyobrazić sobie, jak wygląda śmierć zadawana przez duszę. Bał się tego, co może nadejść, rozwodził się nad przyszłością, lecz nie pozostało mu inne wyjście – musi zabijać, by samemu móc przetrwać. Zebrał myśli, do pomocy przywołał rozsądek. „Jeśli trzeba śmierci człowieka, będę zabijał”, pomyślał. Pogodził się z losem, tylko jeszcze zastanawiał się, jakie koszta będzie musiał w związku z tym ponieść. Wyrzuty sumienia? Nie zauważa ich śladu w starszej duszy, jej twarz nawet nie drgnęła, gdy usta wyrzekły słowo „zabijał”. „Może martwi nie mogą odczuwać wyrzutów sumienia? A jeśli występują one, to może należy traktować je jako symbol zwycięstwa? Wola przetrwania powinna być dla mordercy wystarczającym usprawiedliwieniem występku. Będę usprawiedliwiał się właśnie wolą przetrwania”, myślał Łukasz. Był już zdecydowany na wszystko. Ponadto znajdował coraz to nowe argumenty pozwalające słowu „zabijał” zmaleć do rozmiarów ziarnka piasku.

– Już wiem, dlaczego szukasz takich, a nie innych ludzi. Ty chcesz pomagać ludziom pragnącym śmierci, nieszczęśliwym, jak ty niegdyś.

– Jesteś bardzo spostrzegawczy. Wszystko, co rzekłeś, jest zgodne z prawdą. Zabijając, wcielam się w śmierć, w jej łaskawszą stronę. Inaczej: jeśli śmierć ma serce, jeśli jest zdolna odczuwać litość, to ja jestem tym sercem, jestem tym uczuciem, gdy odbieram życie.

Teraz sprawdzimy domostwo, które wskazałeś. To, co w nim ujrzysz, porównasz z tym, co zobaczysz w domu, którego szukamy. Jeśli martwisz się o czas pozostały tobie, to powiadam ci, abyś się nie trapił. Znajdziemy właściwych ludzi szybciej, niż mógłbyś przypuścić. Świat jest pełen nieszczęśliwych, zmęczonych życiem ludzi.

Dusze weszły na podwórze ogrodzone stalowym płotem – rdza obejmowała każdą jego część, niektóre elementy prawie w całości zostały strawione przez korozję. Elewacja budynku również nie wyglądała olśniewająco – farba dużymi płatami odchodziła od ścian, mech porastał fundamenty.

Chwilę później stali już w pokoju. Pomimo później godziny pomieszczenie tętniło życiem. Nadgryziony przez mole dywan w większej części usłany był zabawkami. Trójka dzieci – chłopczyk i dwie dziewczynki – bawiła się w najlepsze. Pierwsze oznaki snu po kolei roztwierały maleńkie usta, naznaczały oczy łzawą powłoką znużenia. Lecz dzieci ani myślały o pójściu spać. Matka stała w drzwiach prowadzących na korytarz, bez wymiernego skutku nawołując jedno po drugim.

– Jazda do łóżek! – w tonie wypowiedzi kobiety nie było śladu zdecydowania. Czułe matczyne serce nie pozwalało jej na srogość.

– Daj im jeszcze chwilę – rzekł ojciec. – Widzisz, jak się ładnie bawią? Piętnaście minut. Później to ja rozkażę tobie i sam położę dzieci spać.

Kobieta podeszła do mężczyzny. Ten wstał, objął ją w pasie, po czym pocałował. Głośne cmoknięcie poderwało trzy pary wiecznie ciekawskich oczu – skierowały się one w stronę rodziców.

– Za-ko-cha-na pa-la! Ja-cek i Bal-ba-la!

Pokój wypełniła najszczersza radość, Łukasz nigdy jeszcze nie słyszał takich dźwięków. Widział obrazy, które same w sobie były wyrazem szczęścia. Dorośli uśmiechali się do siebie, do dzieci – ku ich uciesze pocałowali się raz jeszcze.

– Zaniedbany budynek, obskurne meble, podarte ubrania… Ale wiem, że widzisz coś więcej, widzisz szczęście. Byłbyś w stanie zabić to szczęście? Zakładam, że ta rodzina nie posiada oszczędności, że żyje od wypłaty do wypłaty, że często tej wypłaty nie wystarcza im na życie. Spójrz na nich raz jeszcze i powiedz mi, kimże byłbym, gdybym zabił któregokolwiek z tych osób?

– Mordercą. Byłbyś zwykłym mordercą.

– Dokładnie tak. Widzę, że zaczynasz mnie rozumieć. Przedłużając swój byt kosztem tego szczęścia byłbym zwykłym mordercą. Teraz poszukajmy właściwego domu, wtedy zrozumiesz różnicę pomiędzy morderstwem a naturalnym pragnieniem przetrwania w zgodzie z selekcją naturalną.

Ruszyli dalej. Szli nieco szybciej, a kondycja Łukasza była coraz słabsza. Jak przedtem zdołał iść samodzielnie, tak teraz musiał wspierać się na ramieniu Zygmunta, który nadawał tempo marszu.

– Zaraz znajdziemy odpowiedni dom. Na następnym skrzyżowaniu skręcimy w prawo, w bogatszą dzielnicę. Tam powinniśmy odnaleźć ludzi nieszczęśliwych. Pieniądze tylko z pozoru dają szczęście. Opowiedz mi o tym, jak umarłeś. Jakie prowadziłeś życie?

Łukasz z wyraźnym trudem odpowiadał na pytania, jednakże z każdym wspomnieniem nabierał sił. Wróciły one także w zwiotczałe nogi. Puściwszy ramię Zygmunta, zatoczył się dwa razy – starsza dusza podtrzymała go przy obu zachwianiach równowagi. Potem obyło się już bez pomocy, Łukasz szedł samodzielnie.

– Umarłem dość szybko. Zginąłem w wypadku samochodowym, nie miałem najmniejszych szans wyjść z niego żywy – jechałem zbyt szybko. Na zakręcie wyrzuciło moje auto na przeciwległy pas, wprost pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Z auta zostało niewiele, podobnie jak ze mnie. Moje ciało rozerwało się na setki mniejszych kawałków. Gdyby nie było pewności, że to ja prowadziłem auto – mama widziała jak odjeżdżam spod domu – musieliby przeprowadzić badania DNA, by ustalić tożsamość kierowcy. Istna masakra. Czegoś tak okropnego w życiu nie widziałem, a doznane odczucia potęgował fakt, że to byłem ja – widziałem strzępy tego, co przed chwilą było mną, sam nie byłem w stanie rozpoznać siebie.

– To musiał być dla ciebie prawdziwy szok. Widzieć siebie w takim stanie… Opowiedz o swoim życiu.

– Chcesz wiedzieć, czy załapałbym się na twoje odwiedziny? – Łukasz wydawał się być rozbawiony własnym pytaniem. Zygmunt przytaknął skinieniem głowy.

– Prowadziłem dość hulaszczy tryb życia. Alkohol, kobiety, narkotyki – chleb powszedni. Pieniędzy nie brakowało mi nigdy. Bogaci zazwyczaj są zepsuci, a zwłaszcza ci, którzy tylko trwonią je na prawo i lewo, nie przykładając ręki do ich pomnażania. Bogaci często są nieszczęśliwi. Ja nigdy nie zdawałem sobie z tego sprawy, aż do dziś. Dopiero kiedy zobaczyłem w tym biednym domu jak wygląda prawdziwe szczęście, zrozumiałem, że tak naprawdę nigdy nie byłem szczęśliwy. O tak, gdybym nie zginął w wypadku, którejś nocy na pewno zawitałbyś pod mój dach.

Mając dużo pieniędzy mogłem co dzień spać z inną kobietą. Zaliczyłem ich bardzo dużo – Łukasz sylabizował całe ostatnie zdanie. Przeciągał w czasie jego wypowiedzenie. Przemawiał z dumą. Zygmunt pomyślał, że te kobiety, które posiadł wyłącznie za sprawą bogactwa, były jedynym jego osiągnięciem w życiu – widział w tym upadek moralny.

– A ty ile zaliczyłeś panienek? – zapytał Łukasz.

– Tutaj cię zaskoczę. Jedną.

– Jedną? To niedorzeczne.

– A jednak to prawda. Kochałem ją… bardzo ją kochałem. Właśnie wkroczyliśmy w bogatą dzielnicę. Wytężaj wzrok.

– Ale czego dokładnie mam wypatrywać?

– Dom będzie otoczony czernią.

– Chyba, kurwa, żartujesz?! Jest noc. Jak mam pośród mroku zauważyć kolor czarny?

– Zobaczysz, że ta czerń rzuci ci się w oczy.

Zapadła minuta, może dwie, całkowitej ciszy z rodzaju tych ciążących, które nie mogą trwać długo.

– Kto nauczył cię walczyć o przetrwanie? Zakładam, że byłeś nieświadomy, jak ja teraz jestem. Długo błądziłeś w tym zawiłym labiryncie świata umarłych? – dopytywała młodsza dusza.

– Jestem samoukiem. Za życia byłem bardzo spostrzegawczy, i taki pozostałem po śmierci. Dzisiejsza noc do złudzenia przypomina mi zdarzenie sprzed paruset lat. Błądziłem po ulicach, byłem wystraszony, z godziny na godzinę stawałem się coraz słabszy, nieznajomość przyczyny tego stanu pogłębiała strach. Szedłem do momentu, w którym moją uwagę przykuł dom zewsząd otoczony czarną poświatą. Przeniknąłem do jego wnętrza, sam nie wiedząc dlaczego. Wtedy nie pomyślałbym nawet, że to instynkt przetrwania popychał mnie w tamtą stronę.

Wszyscy domownicy spali, zresztą noc była już w pełni rozkwitła. W erze pozbawionej elektryczności i tych wszystkich pudeł, które sobą karmi, ludzie kładli się do łóżek bardzo wcześnie. Ciemne ulice odstraszały zwykłych obywateli. Po zmroku spotykało się jedynie bandytów i prostytutki – reszta społeczeństwa obawiała się wytknąć nos poza drzwi.

Stałem przy łóżku, obserwowałem śpiącego mężczyznę. Nie potrafię jednoznacznie określić, skąd zrodziło się to pragnienie… Chciałem wiedzieć, o czym śni, przekonać się, jak bardzo zmieniły się marzenia senne na przestrzeni trzystu lat. Poza tym byłem ogromnie ciekaw pragnień ludzkich. Świat zmienił się wielce, wiedziałem także, że dalej będzie się zmieniał. Widziałem na własne oczy zachodzące przemiany, lecz nigdy nie próbowałem zagłębić się w myśli ludzkie – aż do nocy, o której teraz prawię. Skupiłem się na mężczyźnie, zastanawiałem się, o czym śni, próbowałem wyczytać to z jego twarzy. Gdy skupienie przybrało formę medytacji, byłem już w jego śnie. Tak nawiasem powiem tobie, że pragnienia ludzkie nie zmieniły się ani trochę – wciąż śnią o seksie i bogactwach.

Przebywałem w umyśle tego człowieka aż do świtu, będąc jednocześnie istotną częścią każdego ze snów. Nad ranem mężczyzna już nie żył, a ja poczułem się znacznie lepiej – w chwili, w której przenikałem mury tamtego domu, byłem w takim samym położeniu, w jakim teraz jesteś ty. Po tamtej nocy, po śmierci mężczyzny, przez miesiąc czułem się wspaniale. Z upływem trzydziestu dni ponownie poczułem się gorzej, zaczynałem niknąć, lecz już wtedy wiedziałem, jak walczyć o przetrwanie. Z tamtym dniem stałem się lepszą stroną śmierci. Nawet przypadek nie był w stanie spowodować, że mógłbym zabić niewłaściwego człowieka. Tamten mężczyzna chorował, bardzo cierpiał.

– Skąd mogłeś o tym wiedzieć?

– Powiedział mi o tym we śnie. Myślał, że to ja jestem śmiercią, że przyszedłem uwolnić go…

Zygmunt zatrzymał swoje słowa w połowie zdania, cały znieruchomiał, jego stopa zawisła w powietrzu, około dwudziestu centymetrów nad chodnikiem.

– Właśnie znaleźliśmy właściwy dom. Spójrz no na tę czerń zawisłą nad dachem. Widzisz jak przylega do ścian? Cały dom otacza czerń, tworząc coś na kształt kopuły.

– Jednak może być coś czarniejszego od nocy… Dlaczego nigdy wcześniej tego nie dostrzegłem?

– Nie patrzyłeś uważnie. Teraz zobaczysz, czym różnią się ludzie mieszkający pod tym okazałym dachem od poprzednich, ulokowanych w zaniedbanym domu.

Dom stał pośrodku wielkiego ogrodu. Wchodząc na posesję odnosiło się wrażenie, że odgradza ją od reszty świata niewidzialna granica, po przejściu której wkracza się do świata bajek. Drzewa cytrynowe, bananowce, palmy, egzotyczne kwiaty. Zygmunta zadziwił stan flory, poruszył fakt, że rośnie w klimacie zupełnie niesprzyjającym ich rozwojowi. Gdyby Zygmunt mógł odczuwać bodźce zewnętrzne, na własnej skórze poczułby gwałtowną zmianę temperatury. Działo się tak za przyczyną specjalnego systemu grzewczego. Instalacja była rozmieszczona ledwie dziesięć centymetrów pod powierzchnią ziemi, na terenie całej posesji. Dzięki owej instalacji grzewczej egzotyczna fauna mogła utrzymywać się przy życiu.

Nie potrzeba było duszom niczego więcej, jak wzroku, by mogli pojąć ogrom bogactwa i przepychu właścicieli. Ogrodzenie tworzyły stalowe winorośle – liście i grona owocu do złudzenia przypominały prawdziwe. Poza tym drzewa, cała egzotyczna roślinność, której nie uraczysz nigdzie indziej, jak we właściwym im klimacie, chyba, żeby spełnić określone warunki, które na tej szerokości geograficznej, zdawałoby się, mogły zapewnić jedynie ogrody botaniczne. Ścieżka dzieliła posesję na dwie części, a tworzyła ją kostka brukowa koloru złota. Nie uraczyłoby się na niej ziarna piasku, jej błyszcząca powierzchnia odbijała blask nocnego nieba – księżyc z góry spoglądał na swoje nieskazitelne oblicze. Ścieżka prowadziła pod same drzwi wejściowe budynku. Dom wydawał się być wielki, i taki był w rzeczywistości. Za duży nawet dla rodziny z dziesięciorgiem dzieci, babcią, dziadkiem, wujkiem i ciocią.

– Dostrzegasz pierwsze różnice? Będzie ich więcej.

Młoda dusza milczała, patrzyła na dom z pewnego rodzaju zachłannością. Zygmunt wyłapał ten błysk rozjaśniający źrenice Łukasza, który był wyrazem ożywienia myśli i ducha. Ten dom musiał przynieść z sobą jakieś wspomnienia, stara dusza była niemalże pewna, że za chwilę dowie się, jakaż to myśl wprowadziła ogrom poruszenia w niknącą postać.

– Wchodzimy. Wyglądasz coraz słabiej – rzekł Zygmunt, co było zgodne z prawdą. Łukasz z upływem każdej minuty niknął coraz bardziej, był już niemalże przezroczysty. Jednakże jakaś tajemnicza energia emanowała z każdej części twarzy młodej duszy, co sprawiało, że na przekór niknięcia wyglądał bardzo żywo.

– Kiedyś mieszkałem tutaj. To było tak dawno, przed wieloma zmianami, jakie zaszły od dnia mojej śmierci, że zapomniałem, że nie poznałem miejsca, w którym spędziłem dzieciństwo. Ten bruk – Łukasz wskazał ręką na ścieżkę – był kiedyś ścieżką wysypaną białym kamieniem. Za mojego życia w ogrodzie nie rosły kwiaty, tym bardziej fikuśne drzewka. Cały ten teren porastały wiekowe drzewa, osiedle powstało wewnątrz dębowego lasu. Dasz wiarę, że nie wycinano więcej drzew niżeli było to konieczne pod zabudowę domu, dojazdu do niego i ewentualnie parkingu dla kilku aut? Stare drzewa, bardzo stare. Ich korony skutecznie przesłaniały słońce, co latem tworzyło z tego miejsca prawdziwy raj. Pojedyncze promienie odnajdywały małe przesmyki pomiędzy gałęziami. Światło wąską strugą padało na trawę. Wyobraź sobie setki takich promieni, niby serpentyny, i siebie tańczącego pośród nich. Teraz już nie ma tych drzew, nawet ślad po nich nie pozostał, wszystko wygląda inaczej.

Te dwie kolumny, podtrzymujące zadaszenie tarasu, przypomniały mi szczeniackie lata, lecz dopiero gdy stanąłem przed tymi drzwiami, gdy ujrzałem wyrzeźbione na ich powierzchni motywy z mitologii greckiej, uświadomiłem sobie, że to właśnie jest mój dom rodzinny.

– Chcesz tam wejść? Jesteś tego pewien? Te mury mogą skrywać w sobie ludzi, w których płynie krew twojej rodziny, twoja krew.

– Wątpliwe – odparł Łukasz. „A jeśli nawet, to nie chcę o tym wiedzieć”, dodał w myślach. Instynkt przetrwania przemawiał coraz głośniej, zagłuszał wątpliwości, rozkazywał wręcz.

– Dobrze. Wchodzimy do środka.

Przeniknęli przez drzwi, znaleźli się w korytarzu, który swym rozmiarem dzielił dom na cztery części. Korytarz układał się w kształt krzyża o równych ramionach. Ściany pokrywała dębowa boazeria, deski, którymi wyłożona była podłoga, pochodziły z tegoż samego gatunku drzewa.

– Już teraz wiemy, co stało się z drzewami – rzekł Zygmunt. – Strasznie tu cicho, domownicy zapewne już śpią. Chodźmy poszukać ich sypialni.

Przenikali przez ściany wielu pomieszczeń, w korytarzu nie pojawiali się już praktycznie w ogóle – chyba, że przyszło im przejść do przeciwległego skrzydła budynku. Zwiedzili jadalnię i ogromny salon, który obejmował prawie jedną czwartą domu. W swych poszukiwaniach zajrzeli także do kuchni, małej biblioteczki i całego szeregu pokoi gościnnych, ze starannie zasłanymi łóżkami i skromnym umeblowaniem.

Zygmunt wyczuł życie, gdy tylko przeniknął przez mury domu – mógłby od razu skierować się do właściwego pomieszczenia. Jednakże tam znajdowali się dorośli, zaś Zygmunt poszukiwał dzieci, a one wysyłają znacznie słabsze sygnały, informujące dusze o ich bliskości. Szukał dzieci, ale w żadnym wypadku po to, by je zabić – nigdy nie skrzywdził dziecka. Jeśli w tym domu odnajdzie małych ludzi, porozmawia z nimi, wypyta o rodziców, o więzy łączące ich z nimi. Dzieci podczas snu odpowiadają na każde zadane pytanie, udzielają szczerych odpowiedzi. Jeśli tata czy mama bije, dziecko nie skłamie – podczas snu nie obawia się kary, nie czuje strachu. Jeśli w domu zamieszkałym przez nieszczęśliwych dorosłych żyją szczęśliwe dzieci, Zygmunt po prostu odchodzi, by poszukać innej ofiary. Tutaj nie spotkał dzieci, choć podczas obchodu znaleźli się w pokoju, który kiedyś musiał należeć do dziecka. Znajdowała się w nim kołyska, łóżeczko z baldachimem, regały wypełnione maskotkami. Istniała jeszcze jedna możliwość – maleństwo mogło spać z rodzicami, dlatego pokój stał pusty. Lecz było to mało prawdopodobne, gdyż cały dom wypełniało zło i smutek. W tym małym pokoju znajdowało się największe skupisko smutku i zła, ze znaczną przewagą pierwszego uczucia. Wiele łez widziały te ściany, tego Zygmunt był pewien.

Sypialnia kobiety i mężczyzny usytuowana była w prawej części budynku. Niewielki metraż przesycony był zapachem kobiecych perfum. Choć dusze są pozbawione zdolności odczuwania zapachów, mogą się nauczyć je dostrzegać poprzez kolory. Umarli mają wrażliwe źrenice, widzą znacznie więcej niżeli mogli dostrzec za życia. Kobieta użyła perfum o zapachu jaśminu, świadczyła o tym różowa mgiełka unosząca się w powietrzu.

Ciemność rozjaśniało delikatne światło małych żarówek, wmontowanych w każdą półkę regału z kryształami. Szkło, jeśli stało blisko krawędzi, potęgowało efekt oświetlenia. Młoda i stara dusza rozglądały się po pokoju. Ściany przyozdabiały obrazy malarzy, zapewne współczesnych twórców. Zresztą wszystko, co znajdowało się w pomieszczeniu, miało ścisły związek z teraźniejszością. Zygmunt szukał choćby cienia czasów minionych, jakiejś cząstki dawnej kultury. Dom skrywał w sobie wiele starych artefaktów, lecz sypialnia nie opiewała w żaden z nich. Za sprawą właścicieli pozbawiona przeszłości, za przyczyną dusz – przyszłości.

Jedną ze ścian w całości pokrywała rozsuwana szafa z wielkim lustrem. Zygmunt wpatrywał się w jego powierzchnię. Miał cichą nadzieję – jak za każdym razem gdy spoglądał w cokolwiek, co było zdolne odbić przeciwległy obraz – zobaczyć swoje oblicze. Bardzo był ciekaw tego, jak wygląda, zastanawiał się, czy przypomina starca, którym był w momencie śmierci, czy też może odzyskał rysy nastolatka. Widział wiele rzeczy odbitych przez taflę szkła – regał z kryształami, wielki obraz przedstawiający nagą kobietę, wiszący tuż za nimi, lecz nie dostrzegał ani siebie, ani Łukasza.

Odwrócił wzrok od tafli szkła, zbliżył się do łóżka. W czerwonej pościeli spał mężczyzna, po drugiej stronie kobieta. Byli zwróceni do siebie plecami, z ciałami umiejscowionymi na skrajach łóżka. Zygmunt wyczuł siłę odpychającą ich od siebie. Pomiędzy dwoma ciałami dało się wyczuć niechęć, odrazę, lecz najbardziej wyczuwalna była nienawiść, jaką kobieta wysyłała każdą cząstką siebie w stronę mężczyzny. Zygmunt podszedł do niej. Spojrzał najpierw na nią, później na stolik – na blacie, obok lampki nocnej, leżała obrączka. „Wiec mamy do czynienia z małżeństwem”, pomyślał.

Przyglądał się kobiecie z udawanym spokojem, trudno było mu opanować drżenie rąk. „Jest taka podobna…”, urwał myśl w połowie. „To niemożliwe, to nie ona”, dopowiedział. Zmęczone rysy twarzy kobiety wskazywały, że ma za sobą ciężki dzień, ciężki tydzień. Ale równie dobrze całe jej życie mogło być wielkim bagażem trosk, co w opinii Zygmunta było wielce prawdopodobne. Na delikatnej skórze lica malował się smutek, nawet sen nie przynosił jej ukojenia. Wyglądała na znacznie starszą niżeli była w rzeczywistości. Zygmunt na podstawie skóry na szyi ocenił jej wiek na trzydzieści lat. Natomiast ułożenie brwi, układ ust, podkrążone oczy z nienaturalnymi zmarszczkami wokół nich wskazywały na czterdzieści, czterdzieści pięć wiosen na karku. Jednakże Zygmunt wiedział, że skóra nigdy nie kłamie. Zauważył także, że poduszka była mokra od łez.

Zygmunt pogładził dłonią włosy kobiety. Ta poruszyła nieznacznie głową, niewątpliwie za sprawą dotyku. Pochylił się nad nią, zatrzymał usta tuż przy jej uchu, po czym zaczął szeptać, nie przestając głaskać blond włosów.

– Dlaczego płakałaś? – zapytał.

Nagle twarz kobiety przybrała inny wyraz, łzy poczęły wylewać się zza zamkniętych powiek. Słowa przerywane łkaniem zaczęły wypływać z drżących ust.

– Moje dziecko…

– Co z nim? Nie ma go tutaj.

– Ono nie żyje. Moja mała córeczka…

– Wszystko będzie dobrze, teraz uspokój się. Najdalej jutro spotkasz się ze swoją córeczką. Obiecuję, że tak się stanie.

Zygmunt cofnął dłoń, zaś kobieta, zupełnie już odmieniona na twarzy, zapadła w głęboki sen. Uśmiech przeobraził ją w prawdziwie piękną kobietę, skóra wokół oczu wygładziła się – zmarszczki znikły. Zdało się obu duszom, że powróciła do czasów, gdy żyła jej córka.

– Ona już od dawna chce umrzeć – rzekł Zygmunt. – Od bardzo dawna. Umarła z chwilą utraty dziecka.

– Zupełnie jak ty niegdyś, gdy straciłeś ukochaną kobietę.

– Masz rację, przyjacielu. Teraz musimy dowiedzieć się czegoś o mężczyźnie.

– Czy będziesz rozmawiał z nim, jak z tą kobietą?

– Nie, z nim nie da się rozmawiać. Jego serce jest przepełnione złem. To zło płynie w jego żyłach wraz z krwią, karmiąc niegodziwością każdą komórkę jego ciała. Jako umarli, możemy rozmawiać z żywymi wyłącznie podczas ich snu. To pierwsza zasada. Drugim czynnikiem jest natura człowieka – musi mieć czyste serce, mówiąc krócej – być dobrym. Dlatego możemy rozmawiać z każdym dzieckiem, one posiadają nieskazitelnie czyste serca, bez wyjątku. Natomiast dorośli nie zawsze. Z tym człowiekiem na pewno nie porozmawiamy. Musimy go obudzić, wtedy przekonamy się, jaki jest naprawdę.

Zygmunt cofnął się do regału z kryształami, wyciągnął rękę ku najwyższej półce, pochwycił dłonią wielki półmisek i bezceremonialnie strącił go na podłogę. Grube szkło nie zdołało oprzeć się twardemu podłożu. Z chwilą zderzenia z podłogą naczynie rozpadło się w drobny mak. Towarzyszył temu potępieńczy hałas – porwał on ciszę nocną w swe szpony, rozdarł na strzępy, po czym odrzucił w najdalszy kąt.

Zygmunt nie okazywał najmniejszych oznak zdenerwowania. Był opanowany, jak gdyby robił to już setki razy. Łukaszowi los nie oszczędził nerwów, był niespokojny, coś na kształt tremy wprowadzało burzowe chmury w jego myśli. Jednakże było też coś, co łączyło z sobą obie dusze. Oczekiwanie. Stali w miejscu, mniej i bardziej cierpliwie wyglądali dalszego rozwoju wydarzeń.

– Co to, kurwa, było? – krzyknął mężczyzna. Ciskał przekleństwami już z chwilą otwarcia powiek. Nim zeskoczył z łóżka na podłogę, wyrzucił z siebie całą serię obelg. Strach narastał w mężczyźnie, a każde przekleństwo było tego świadectwem. Biegiem rzucił się w stronę włącznika światła. Uderzywszy w niego pięścią, rozświetlił wszystkich pięć żarówek żyrandola. Intensywne światło poraziło blaskiem jego rozespane źrenice. Wściekle mrużył oczy, żałował, że nie zapalił nocnej lampki – jej światło byłoby bardziej przyjazne. Prócz hałasu, przeklinał jeszcze ten gwałtowny przypływ adrenaliny, nakazujący mu działać szybko i stanowczo, lecz także i bezmyślnie.

Kobieta wybudzała się powoli, jakby już nic i nigdy nie było w stanie wprowadzić do jej serca strachu. Powoli odrywała głowę od poduszki, równie leniwie otwierała powieki. Charakteryzował ją spokój, który wobec gwałtu dokonanego na ciszy nocnej nie powinien mieć racji bytu. Gdzieś poza światem realnym przebywały jej myśli. W zasadzie całe wnętrze kobiety – dusza, serce, uczucia skrywane przed światem – wybyło gdzieś daleko, nie tylko poza mury tej sypialni, czy też za ogrodzenie domu, lecz poza granice normalności, gdzie dla niej normalność stanowiła przemoc, jakże często wymierzona w jej osobę. Tylko ciało, obojętne na otoczenie, słuchało przekleństw ciskanych przez męża – obce, dalekie, na równi znienawidzone z barwą głosu, włosami, zapachem, dłońmi co dzień kładącymi się na jej ciele. Patrzyła, jak ten obcy i daleki mężczyzna, tak dobrze jej znany, miota rękoma niby wróbel skrzydłami, gdy pragnie wzbić się w powietrze. Oczy miał zaczerwienione, jakby ta złość doprowadziła do wrzenia jego krew. A cały ambaras wywołał rozbity kryształ. Śmiała się głośno, już nie w duchu wyrażała swoje rozbawienie. Miała w nosie ten kryształ, gdzieś tego mężczyznę.

Czuła się dziwnie, ten spokój, którego nic i nikt nie był w stanie zakłócić sprawiał, że była szczęśliwa. Od dziesięciu lat nie zaznała odrobiny szczęścia. Z chwilą, w której umarła jej córeczka, nie próbowała szukać ani szczęścia, ani spokoju. Śmiała się nie tylko z męża i jego bezsensownej złości. Śmiała się jak ktoś, kto przez zupełny przypadek znalazł coś, o istnieniu czego już od dawna nie pamiętał, co zgubił całe wieki temu, i choć to coś powinno być mu niezbędne do życia, nauczył się istnieć bez tego. A teraz śmieje się, pytając siebie, jak dał radę żyć bez tego, jak mógł zapomnieć o tym, jednocześnie mając pewność, że to coś będzie już zawsze przy nim.

Zanim dźwięk tłuczonego szkła i przekleństwa męża obudziły ją, spała, tego była absolutnie pewna. Nikt nie mógł jej niczego obiecać, a pomimo tego każdą cząstką siebie – przesadnie przygładzonymi włosami, myślą, każdym calem skóry i włosem z niej wyrastającym, wyczuwała złożoną obietnicę.

Dotknęła okolic oczu, były mokre od łez. Odnalazła ich ślady także na policzkach. Płakała, co często się jej zdarzało w przeciągu ostatnich dziesięciu lat, lecz nie pamięta, by kiedykolwiek płakała przez sen. Tak, tego była absolutnie pewna. Łza zabłąkana na rzęsie opadła, gdy gwałtowniej mrugnęła powieką, i wpadła wprost w otwartą dłoń, opartą na kolanie. Przestała się śmiać, dłoń przycisnęła do piersi. „Nie będę już więcej płakać”, pomyślała. Dziwne przeczucie podpowiadało jej, że właśnie tak już będzie, że ta łza zamknięta w dłoni jest ostatnim namacalnym dowodem smutku. Nie będzie już łez, nie będzie już smutku, jak i czegoś jeszcze, czego w tamtej chwili nie potrafiła sprecyzować, lecz wiedziała, że dokonanie niewiadomej to tylko kwestia czasu, krótkiego czasu.

– O co robisz tyle hałasu?! O głupi kryształ?! Stać cię na całą fabrykę tego gówna, a ty lamentujesz nad jednym… – kobieta nie dokończyła zdania. Mężczyzna dopadł do niej, wymierzył siarczysty policzek. Głowa kobiety przekręciła się w prawą stronę, jednakże ani siła ciosu, ani ból, który musiał mu towarzyszyć, nie zrobiły na niej najmniejszego wrażenia.

Wiele razy była bita, lecz nigdy nie zdołała przyzwyczaić się do razów. Zawsze posłusznie przyjmowała każdy cios, nie podnosząc głowy, łkając niemo. Jednakże tamtego wieczoru podniosła głowę, z dumą spoglądając w twarz oprawcy. W jej oczach nie można było odnaleźć choćby śladu strachu. Nawet nienawiść, uporczywie żywiona i pielęgnowana przez wszystkie lata małżeństwa, gdzieś się ulotniła. Tylko cicha pretensja z przeszłości, skrywana przez dziesięć lat, urastała z wolna w jej gardle. Gdy owa pretensja osiągnęła rozmiar, którego już nie dało się utrzymać w sobie, zaczęła krzyczeć. Lecz nawet ten krzyk był pozbawiony złości, gdyż nią wcale nie był – cicha pretensja musiała w końcu stać się głośnym wyrzutem.

– Wiem, że to ty ją zabiłeś! Ona nie spadła łóżka! To ty ją skatowałeś! Ty gnoju! Policja też o tym wiedziała! Sąd także! Ty skurwielu, gdyby nie twoje pieniądze, gniłbyś teraz w pierdlu, co noc posuwany w dupę!

– Zaraz pokażę tobie, kto kogo posunie w dupsko!

– Widzisz, ona już nie chce żyć, a on na życie nie zasługuje. Trafiliśmy do właściwego domu – rzekł Zygmunt.

Stara dusza beznamiętnie wpatrywała się w scenę gwałtu. Jeśli gdzieś dotykał Zygmunta ten potworny obraz, to musiało dziać się to głęboko w jego wnętrzu – tam, gdzie nie dosięgał wzrok Łukasza. Natomiast Łukasz rwał się, by pomóc kobiecie. Próbował chwycić mężczyznę, lecz okazało się być to nadaremnym wysiłkiem – jego ręce nie były zdolne zatrzymać się na jakiejkolwiek części ciała żywego człowieka.

– Możemy dotykać ludzi gdy śpią, wyłącznie dotykać – rzekł Zygmunt.

– Ale ty zwaliłeś kryształ z półki.

– Owszem, ale wyłącznie dlatego, że to martwy przedmiot. Nie mógłbym nim rzucić. A żeby nauczyć się przesuwać przedmioty potrzeba wielu lat treningu – Zygmunt podszedł do Łukasza, położył rękę na jego ramieniu.

– Gdy zaśnie, uduszę go.

– Nie dasz rady. Prędzej sam zginiesz z wyczerpania. Poza tym nie odstąpię ci kobiety, ona jest moja. Jeśli chcesz umrzeć, twoja sprawa. Ale pamiętaj, że w czasie snu możesz go uśmiercać tyle razy, ile tylko zechcesz, aż do świtu – wystarczy, że wkradniesz się do jego  snu.

– Jeśli tylko zechcę, on może umierać choćby i tysiąc razy?

– Jeśli starczy tobie nocy, tak.

Tajemniczy uśmiech zagościł na twarzy młodej duszy, która wycofała się pod regał z kryształami. Łukasz wciąż był niespokojny, lecz już znacznie mniej porywczy.

– Teraz musimy poczekać, aż to się skończy i zasną. Scena, która rozgrywa się na naszych oczach nie ma nic wspólnego z miłością. Jest to wyłącznie brutalny akt przemocy, zniewolenia, upokorzenia.

– Mężczyznę spotka zasłużona kara – wtrącił Łukasz. – Właściwie dlaczego wspominasz o czymś tak oczywistym?

– Obrałem sobie zły wstęp dla przemowy. Wybacz. Może zacznę zupełnie inaczej. Za życia, a zwłaszcza pośród niekończącej się tułaczki umarłego, napatrzyłem się na miłość ciała, na zaspokojenie zwierzęcych potrzeb. Nawet nie zwierzęcych, nie można ubliżać zwierzętom, do bezmyślnego obcowania popycha je natura, potrzeba przedłużenia gatunku. Tymczasem ludzie parzą się z sobą z czystej potrzeby chuci. To jest straszne.

Kochałem kiedyś, kochałem jak nikt wcześniej, kochałem jak nikt później. Kochałem tak mocno, że gdyby miłość dawała władzę, rządziłbym światem. Lecz miłość jest jak człowiek uzbrojony w kij, stojący naprzeciw człowieka dzierżącego topór – człowiek z toporem jest uosobieniem życia. Jak myślisz, kto wygra, gdy tych dwoje zetrze się z sobą? Miłość przeważnie przegrywa w starciu z życiem. A jeśli miłość okazuje się jakoś walczyć z życiem, mieć nad nim przewagę, z chwilą śmierci ukochanej osoby zdajesz sobie sprawę z jej bezużyteczności.

Ona umierała na moich rękach. Ostatnie jej spojrzenie było utkwione we mnie. Z jej ust scałowałem ostatnie tchnienie życia. Rodzina miała ją wydać za mąż za jakiegoś szlachcica. Była piękną kobietą, niejeden gotów był oddać za nią życie.

Zmarła na zapalenie płuc. Kilka dni przed ślubem wybiegła z domu. W największą ulewę błąkała się po ulicach, dopóki deszcz nie przestał padać. Przyszła do mnie by umrzeć, a ja nic nie mogłem zrobić, jak tylko czuwać przy niej. Miłość ukoiła jej cierpienia, pozwoliła zachować trzeźwy umysł pomimo wysokiej gorączki. Umierała, lecz w przekonaniu, że wiodła w pełni szczęśliwe życie. Była blisko mnie po sam kres życia, zupełnie tak, jak przyrzekła, będąc już pewną wielkiej miłości, jaka połączyła nasze istnienia na dwa lata przed ową tragedią.

– Nie mogliście uciec?

– Nie. Czasy były wtedy inne. Stanowisko rodziny było rzeczą świętą, a zwłaszcza wola ojca. Nie do pomyślenia był sprzeciw, jakąkolwiek formę buntu skórzany pas dusił w zarodku. Zresztą kiedyś wychowywano dzieci w atmosferze posłuszeństwa i czci.

– Ona jednak sprzeciwiła się.

– Tak, postawiła na swoim i zapłaciła za to najwyższą cenę, której była świadoma od samego wyjścia z domu w ten ulewny wieczór. Nie mogła inaczej postąpić, jak zbuntować się i umrzeć.

Zawsze była wielce pomocna i życzliwa. Nigdy nie zazdrościła, uśmiech tylko w przypadku wyjątkowych nieszczęść schodził jej z twarzy. Przez te wszystkie lata w mojej pamięci zatarło się wiele obrazów, wiele twarzy straciło wyraz, nawet moje własne oblicze. Dzięki imionom, tej szczątkowej tożsamości, nie stały się one mglistym wspomnieniem. Zapomniałem wiele, jednak jej twarz, każde słowo, wspomnienia z nią związane, to wszystko żyje we mnie, w tym martwym sercu, które nigdy nie nauczyło się jej nie kochać, choć uparcie tego próbowało.

Zapadło milczenie, pełna rozpaczy cisza, o sile zdolnej przyćmić każdy dźwięk, każdy kolor i obraz. Tym, co w tamtej chwili przesłaniała, był akt okrucieństwa rozgrywający się na oczach dusz. Jednocześnie ta sama cisza zdawała się opowiadać nieszczęśliwe dzieje Zygmunta. Niemy narrator oddawał cały tragizm dopiero co opowiedzianej historii. Cisza nagle przerwała swą opowieść. W jednej sekundzie świat z powrotem nabrał właściwych kolorów, widziane obrazy przestały być zniekształcone, stały się wyraziste, dźwięki we właściwej formie dobiegały do uszu obu dusz. Ponownie mieli przed oczyma kobietę zaciskającą zęby na poduszce, bierną wobec okrucieństwa, a jednak w jakiś sposób górującą nad nim. Słyszeli sapanie mężczyzny, widzieli twarz oblaną czerwienią zmęczenia.

– Po zabiciu człowieka przeżyjesz miesiąc. Po upływie tego czasu musisz zabić następnego. Gdy nastanie świt, rozstaniemy się, zbyt długo wędrowałem sam, twoja obecność mi ciąży. Jestem typem samotnika, a ty jesteś pierwszą duszą, z którą rozmawiam tak otwarcie, a to mnie martwi. Może i dusza, jak żywe ciało, starzeje się, może jestem już zbyt zgorzkniały na towarzystwo. Dzięki tobie wyrzucam z siebie cały żal, wszystkie bolączki serca. Jest mi z tym dobrze, już dawno zapomniałem, jak oczyszczająca może być rozmowa. Zaczynam też dociekać przyczyn mojej niechęci do jakiegokolwiek towarzystwa, jak i powodów wylewności. Nie chcę znać przyczyny tego stanu, gdyż może się okazać, że rzeczywiście jestem już stary. Im dłużej będziesz przy mnie, tym intensywniej będę doszukiwał się tego źródeł. Już raz byłem stary. Ciesz się, że nie zaznałeś zniedołężnienia ciała i umysłu. Wolę żyć w niewiedzy.

Zanim na powrót stanę się zgorzkniały, zanim ponownie zamknę w sobie wspomnienia, nim ukryję je przed światem, przed tobą, pozwól, że jeszcze o czymś tobie opowiem. Na pewno wiesz czym jest dżuma, chyba nie muszę opisywać tej straszliwej choroby. Byłem świadkiem wielkiej epidemii dżumy. W tamtym okresie pochłonęła ona miliony istnień, zarówno żywych, jak i umarłych. Byłem już wtedy martwy, widziałem ogrom tragedii po obu stronach życia. Setki trupów leżały na ulicach. Dzieci obejmowały martwych rodziców w nadziei, że to tylko sen zmorzył ukochaną mamę, ukochanego tatę. Patrzyły na wykrzywione cierpieniem twarze, czekały całymi dniami na wybudzenie rodzica, aż w końcu śmierć przychodziła i po nie. W tym samym czasie dusze rodziców bezskutecznie próbowały objąć dzieci, z rozpaczą patrzyły na ich powolne umieranie. Całe ulice były wyściełane ciałami, żywi musieli stąpać po ciałach w mniej lub bardziej zaawansowanym stopniu rozkładu. Gnijące mięso przywierało do bosych stóp, obrzydliwy widok. Dziękuję, nie wiem komu, za to, że dusze  nie mogą wyczuwać zapachów, lecz mogłem sobie wyobrazić ten potworny smród. Przebywałeś kiedyś w pobliżu padliny? Jeśli tak, to pomnóż ten odór razy tysiąc. Miasta, wsie, spowijała zielona mgła, najstraszliwszy kolor, jaki w życiu widziałem. Zielona mgła to nic innego, jak odór rozkładających się ciał, widmo tragedii, która zdawała się nie mieć końca. Dżuma była niczym krwiożerczy potwór, którego głód wydawał się być nie do zaspokojenia. Patrząc na ten cały ogrom nieszczęść, odnosiłem wrażenie, że mgła ustąpi dopiero, gdy cała ludzkość padnie trupem.

Widziałem umierających ludzi, a później te same twarze konające po raz drugi. Dżuma zbierała okrutne żniwo. Kładła pokotem całe rodziny, wsie, miasta. Nie było żywych, którzy mogliby pielęgnować pamięć o zmarłym. Umierali żywi, umierały dusze. Podwójna tragedia, nie sądzisz?

Do dziś nie potrafię powiedzieć, która śmierć – żywego człowieka, czy też jego duszy – była bardziej okrutna. Ludzie jeszcze za życia ulegali rozkładowi, bardzo cierpieli. Natomiast po śmierci ich oblicza były przepełnione strachem, może nawet to nie był strach, a coś o wiele gorszego – nigdy wcześniej, ani później, nie widziałem czegoś podobnego. Dusze wyglądały tak, jakby doświadczały większego bólu niżeli podczas powolnego umierania za życia. Cierpieli zwłaszcza dorośli, po jednej, jak i po drugiej stronie. Patrzyli z boku na cierpienie swoich dzieci, najstraszniejszym dla człowieka, i dla duszy, jest oglądanie śmierci własnego dziecka, a jeszcze gdy dochodzi do tego tak okrutna śmierć… – Zygmunt głośno westchnął. – Nie mogę dalej o tym mówić. Pozostaję całkowicie bezsilny wobec tego wspomnienia.

Próbowałem pomóc duszom, lecz nie mogłem zrobić nic. Jeszcze wtedy nie wiedziałem wiele o życiu po śmierci, o walce o przetrwanie. W zasadzie to dżuma nauczyła mnie najwięcej o życiu po śmierci.

Gwałt dobiegł końca. Mężczyzna leżał po swojej stronie łóżka. Żyły na jego szyi uwydatniało podwyższone tętno, przyśpieszony oddech nie dawał się ujarzmić. Oczy miał zamknięte, usta na wpół otwarte. Niebawem zmęczenie miało wziąć górę nad ciałem, wciąż wyraźnie pobudzonym. Zaś jego umysł, już zupełnie odrętwiały, zapomniał, z jakiej przyczyny doświadczył gwałtownej pobudki.

Kobieta nie od razu ułożyła się do snu. Udała się do łazienki. Długo zmywała z siebie pot mężczyzny, każdy fragment skóry, jakiego poważył się dotknąć, szorowała aż do zaczerwienienia – w niektórych miejscach pojawiła się krew. Krocze oczyściła z nasienia. Koszulę nocną, splamioną potem męża, spermą i śliną, wyrzuciła do kosza na śmieci. Nagie ciało okryła dopiero w sypialni. Mężczyzna już wtedy spał.

Ugniatała poduszkę, wygładzała pościel, czego nie miała w zwyczaju robić, gdyż przeważnie kładła się i po prostu zasypiała, bądź próbowała zasnąć. W tamtej chwili przypominała ptaka wijącego gniazdo. Ptaka, który jest już za stary, by znosić jaja i wychowywać potomstwo, za stary, by dalej żyć. Zygmunt słyszał o gatunku nielota, zamieszkującego Australię, który pod koniec życia wije dla siebie pośmiertne gniazdo. W nim ostatni raz pokłada się do snu, w nim też umiera samotnie. Kobieta w swych poczynaniach bardzo przypominała tego ptaka.

Zygmunt próbował odnaleźć na jej twarzy piętno gwałtu. Zarówno twarz, jak i ciało było pozbawione śladu cierpienia i przemocy. Wesołość przebijała się poprzez każdy gest, spojrzenie utkwione w ścianie, tudzież innej części pokoju. Zygmunt przeczuwał, że nawet gdyby poinformował ją o tym, że to posłanie będzie jej ostatnim – łożem, na którym spotka śmierć, i to w dodatku nim słońce w pełni wzejdzie – nie rzuciłby tym cienia smutku na tę wesołość.

– Skup się teraz. Myśl tylko o mężczyźnie, a po chwili znajdziesz się w jego śnie. Nie miej wyrzutów sumienia, one są tylko zbędnym balastem obydwu żywotów. Widziałeś przecież, co zrobił tej kobiecie. Zniszczył jej życie, zabił własną córkę. On, jak mało kto, zasługuje na śmierć. Skup się i zgotuj mu najokrutniejszy koniec żywota, jaki mogłaby zrodzić ludzka wyobraźnia. Pamiętaj, że w jego głowie to ty jesteś panem snu, możesz zrobić wszystko, absolutnie wszystko.

Zygmunt nie miał pewności, że Łukasz właściwe wprowadzi w życie pośpiesznie wykładaną naukę. Nigdy z nikim nie dzielił się swoją wiedzą. Sam szybko potrafił wkraść się w marzenia senne śpiących ludzi, ale czy właściwie przekazywał to, co w sposób instynktowny powtarzał każdego miesiąca, przez kilkaset lat?

Łukasz wypiął pierś do przodu, jak gdyby nabierał powietrza w płuca. Wyimaginowany oddech dodał mu animuszu. Wszystkie myśli nakierował na mężczyznę. Wielkie skupienie ułożyło mięśnie twarzy Łukasza w wyraz iście stoicki. Przymknął powieki, a gdy je otworzył, był już we śnie mężczyzny.

Łukasz znalazł się w ogromnej komnacie starożytnego zamczyska. Pośrodku niej stało wielkie łoże, otoczone przez dwadzieścia dziewięć kobiet – wszystkie były nagie. Chude, pulchne, czarne, żółte, białe, latynoski. Blondynki, rude, brunetki. Każda z nich piękna na swój sposób. Na przykład ruda miała włosy przypominające żywe płomienie i bladą skórę, jak kartka papieru. Murzynka nosiła na głowie dredy, była uposażona w bujne piersi i ogromne pośladki. U każdej z kobiet Łukasz odnajdywał coś tak wielce urzekającego, że gdyby miał określić, która podoba mu się najbardziej, której pragnie ponad wszystkie, stałby niezdecydowany, błądząc oczyma po piersiach, pośladkach, udach, zaglądając głęboko w oczy, dotykając każdej z osobna, zastanawiając się, której nadałby miano najpiękniejszej. Noc dobiegłaby końca, nim którakolwiek z kobiet wysunęłaby się choćby na milimetr przed szereg, w którym zostałyby ustawione dla lepszego porównania. Takie właśnie były kobiety – każda inna, a jednocześnie tak samo urzekająca, jak reszta.

Łukasz podszedł bliżej zamkniętego przez kobiety kręgu – dłońmi utorował sobie miejsce między pulchną pięknością, o ogromnych szmaragdowych oczach, a szczupłą Azjatką drobnych kształtów. Uzyskał wgląd na łoże, które było ośrodkiem centralnym snu.

Przeraźliwie chuda blondynka siedziała okrakiem na mężczyźnie. Pod dyktando miłosnego uniesienia oddawała swoje biodra – poruszała nimi delikatnie, bezustannie kołysząc się w przód i w tył. Była niczym zbuntowana fala na spokojnym morzu, która wbrew wszechobecnej spokojnej toni naznacza swoją obecność. Blondynka z każdym ruchem zdawała się być bliżej spełnienia – twarz jej zmieniała się z każdym zagłębieniem członka w rozpalonym łonie.

Ani mężczyzna, ani kobieta  nie zauważyli Łukasza. Fakt bycia przez nich niedostrzeżonym dawał młodej duszy szeroki wachlarz iście hucznego oznajmienia swojej obecności. Czekał więc na chwilę, w której będzie mógł zaskoczyć mężczyznę w sposób najpodlejszy – długo nie trzeba było mu czekać na jej nadejście.

Plecy kobiety wygięły się w łuk, uda zesztywniały, zaś z jej twarzy biła namiętność w najczystszej postaci – Łukasz w całym swoim żywym życiu nie widział tak intensywnego i jednocześnie tak długiego orgazmu. Mężczyzna w swojej ekstazie był tylko o krok za blondynką. Uderzał coraz mocniej w rozchylone uda kobiety, lekko uniesione wskutek paraliżującej rozkoszy. Gdy zdawało się, że za kilka sekund i mężczyzna doświadczy niedających się opisać rozkoszy, Łukasz wsunął dłonie pod pachy blondynki i ściągnął ją z nabrzmiałego członka. Na blondynce nie wywarło to najmniejszego zaskoczenia, dalej przeżywała swój orgazm – sztywną, drżącą, odrzucił na dalszą część łoża.

Pierwszą reakcją mężczyzny było zdziwienie. Gdy już nieco oswoił się z sytuacją, zaskoczenie przerodziło się w złość. Z szeroko otwartymi oczyma poderwał się z łoża, wlepił w intruza pełne nienawiści spojrzenie, a gdy usta wykrzywione poprzez złość zaczęły się rozchylać, głos zabrała młoda dusza.

– Moje drogie panie, możecie odejść, lecz nie odchodźcie za daleko, będziecie jeszcze potrzebne tej nocy, ale tym razem to ja was wezwę. Tymczasem zajmijcie się sobą, nie chcę byście były zimne, gdy ponownie się do was zwrócę.

Kobiety oddaliły się w najdalszą część komnaty. Rozpoczęła się orgia, prawdziwe święto kobiecych żądz. Rozchylały się uda, ukazując nabrzmiałe kobiece łona. Przywierały do nich usta, języki błądziły dookoła nich. W wypiętych pośladkach niknęły palce. Jęki rozkoszy wypełniły komnatę, Łukasz musiał podnieść głos, by mężczyzna mógł go wyraźnie posłyszeć.

– A teraz, podły skurwysynie, zabawisz się ze mną, wyłącznie na moich warunkach. To w co się pobawimy? Mógłbym tym paniom kazać pożreć cię żywcem. Tak, właśnie tak mógłbym uczynić. Zostawiłbym tobie oczy, byś mógł patrzeć, jak będę je wszystkie po kolei pierdolił. I wiesz co? To jest całkiem dobry pomysł!

Łukasz dmuchnął mężczyźnie w twarz, lecz nie miało to nic wspólnego z oddechem, bo czy oddech mógłby wyrywać drzewa z korzeniami? A taką właśnie mocą dysponowały we śnie płuca Łukasza. Podmuch odrzucił mężczyznę, który zatrzymał się dopiero na ścianie. Przywarł do niej całą tylną częścią ciała. Łukasz wstrzymał oddech, mężczyzna powoli osuwał się w dół, lecz nie było mu dane opaść na kamienną posadzkę. Ze ściany wyrosły cztery upiorne dłonie – długie, pomarszczone palce uzbrojone w ogromne lwie pazury. Dwie dłonie pochwyciły ręce mężczyzny, kolejne dwie każdą z kończyn. Pazury zagłębiły się w spanikowanym ciele, po czym dłonie rozciągnęły członki do momentu, w którym rozległ się rozpaczliwy trzask stawów. Byłyby dalej ciągnęły, każda w swoją stronę, lecz Łukasz stanowczo powstrzymał je od rozerwania mężczyzny na pomniejsze kawałki.

– Wystarczy! – rozkazał dłonią. Następnie zwrócił się do kobiet. – Moje drogie panie, przerwijcie, proszę, lizanie cipek, wyjmijcie z nich paluszki. Zapewne zgłodniałyście, stąd ta zachłanność języków. Możecie zjeść tego oto pana – wskazał palcem na ścianę z zawisłym na niej mężczyzną. Kobiety bezzwłocznie rzuciły się we wskazaną przez Łukasza stronę.

– Trzy z was zostają ze mną, ja również jestem głodny, ale waszych wdzięków. Zdecydujcie same, które to będą.

Trzy kobiety spowolniły rozpędzone nogi. Była to przeraźliwie chuda blondynka, smukła żydówka, z burzą czarnych loków na głowie i garbatym nosem oraz latynoska z jędrnymi piersiami, wielkimi pośladkami, z twarzą przyozdobioną uśmiechem godnym anioła. Trzy kobiety, nie czekając na polecenie Łukasza, udały się w stronę łóżka, wdrapały na posłanie i ułożyły swe ciała w lubieżne pozy. Pozostałe dwadzieścia siedem, niczym psy myśliwskie z lisa, darło skórę z mężczyzny. Gdy na jego ciele nie pozostał najmniejszy skrawek skóry, szczęki poczęły zaciskać się na odkrytych mięśniach. Kobiety naprężały przy tym karki, wysiłek uwydatniał każdą z żył na szyi i twarzy, rękoma zapierały się o posadzkę, o ścianę, szarpały dopóty, dopóki kawał mięsa nie oderwał się od ciała mężczyzny. Łapczywie przeżuwały ociekające krwią kęsy, nierzadko jeszcze drżące. Z każdej rany obficie lała się purpurowa ciecz, a jedną wielką raną był już cały mężczyzna. Krwi wciąż przybywało, zalała całą posadzkę – Łukasz, zmierzając w kierunku kaźni, brodził w niej po kostki.

– Oszczędźcie oczy, chcę by widział, jak mnie zaspokajacie. Czeka nas długa noc – Łukasz uśmiechnął się chytrze do mężczyzny, jego cierpienie było dla młodej duszy wielką przyjemnością, orgią zmysłów. W owej chwili już wiedział, że te wszystkie kobiety nie sprawią mu równie wielkiej uciechy, jak strach i ból przedzierający się przez błagające o litość spojrzenie mężczyzny.

Łukasz skierował się w stronę łoża. Trzy kobiety widząc, że patrzy na nie, wypięły w jego stronę pośladki. Mniej więcej w połowie odległości dzielącej łoże od ściany, przystanął. Nie odwracając się za siebie, przemówił:

– Gdy już obgryzą cię do kości, na nowo obrośniesz w ciało. I tak wkoło, aż do wschodu słońca!

 

Zygmuntowi długo przyszło czekać na opadnięcie kobiecych powiek. Cierpliwie wpatrywał się w twarz wtuloną w poduszkę, źrenicami pełnymi zachwytu wyłapywał każdy ruch tylko z pozoru niespokojnego ciała. Kobieta zamykała oczy, potrafiła przez całą minutę chować je za kurtyną powiek, po czym otwierać nagle. Można by rzec, że igrała ze snem, bawiła się w kotka i myszkę – raz będąc kotem i ścigając sen, który akuratnie na ten czas przybrał postać myszy, chwilę później samemu będąc myszą.

Czekanie nie nudziło Zygmunta. Upajał się  radością kobiety, nierozumieniu przez nią nagłego jej przypływu i poniechaniu szukania jego przyczyn. Była szczęśliwa, to jej w zupełności wystarczało. Starą duszę radował jeszcze jeden fakt, a było nim wielkie poruszenie, układające twarz mężczyzny w nienaturalny grymas. Walczył on ze snem – Zygmunt gołym okiem mógł zmierzyć wszystkie wysiłki, jakie wkładał w bezskuteczne próby  wybudzenia się z koszmaru.

– Mam nadzieję, że teraz bardzo cię boli – pomyślał Zygmunt.

Kobieta rozespała się na dobre. Twarz jej była pełna spokoju – górna powieka dotykała delikatnie dolnej, rozchylone usta ze świstem porywały małe hausty powietrza. Zygmunt podszedł bliżej, pochylił się nad kobietą, na bok odsunął grzywkę okalającą czoło, ucałował odsłoniętą skórę.

– Dziękuję – usłyszał w odpowiedzi na niemy gest współczucia i zrozumienia.

– Jesteś takim samym człowiekiem, jakim ja byłem za życia. Jesteś taka spokojna. Zachowaj tego spokoju jak najwięcej, za chwilę się spotkamy.

Zygmunt utkwił spojrzenie w twarzy kobiety, zebrał swe rozbiegane myśli w jedną, skupiała się ona na spokojnym oddechu. Zamknął oczy, a kiedy ponownie je otworzył, stał już na łące w otoczeniu maków, rumianku i mleczu w pełni przekwitłego. Słońce świeciło wysoko, lecz niemrawe rzucało promienie w kierunku ziemi. Zygmuntowi na myśl przyszedł letni poranek.

Ruszył przed siebie, rosa osiadła na źdźbłach traw przenosiła się na jego spodnie. Z każdym krokiem w powietrze wzbijały się nasiona mleczu. Część z nich przywierała do okrycia nóg Zygmunta, lecz znaczną większość porywał delikatny wietrzyk. Wypatrywał kobiety, musiała być gdzieś tutaj, w końcu to jej sen. Szedł przed siebie, przystając czasem, by zerwać maku, rumianku – wybierał najpiękniejsze kwiaty. Natrafił także na róże. Uzbierało się kwiecia na duży bukiet, utrwalił go w jedno źdźbłami traw splecionymi w warkocz, którym związał łodygi.

Łąka zdawała się nie mieć końca, brnął przed siebie, wciąż nie mogąc odnaleźć kobiety. Mógłby ją przywołać, lecz nie chciał stać się panem jej snu, a jedynie jego częścią. Wspiął się na pagórek, wyrosły nagle spod ziemi. Na jego szczycie uzyskał wgląd na całą okolicę. Łąka obejmowała cały wyimaginowany świat. W oddali zauważył kobietę, zamajaczyła na horyzoncie, niewyraźna, niby mara, duch. Zygmunt zbiegł z pagórka, co sił w nogach zmierzał w jej stronę.

Stali naprzeciw siebie, dokładnie na wyciągnięcie ręki, i nawet ta bliskość nie zwróciła w stronę Zygmunta spanikowanych oczu kobiety.

– Szuka pani czegoś? – odezwał się Zygmunt.

Kobieta poderwała gwałtownie głowę, była wyraźnie zdziwiona obecnością Zygmunta. Niepewnie przemówiła.

– Szukam mojej córeczki, zgubiłam ją gdzieś i teraz nigdzie nie mogę jej znaleźć. Pomoże mi pan jej poszukać?

– Właśnie po to tu jestem.

– A nie śpieszy się pan na spotkanie? Trzyma pan przeuroczy bukiet kwiatów. Założę się, że da go pan pięknej kobiecie. Dawno nie dostałam kwiatów, pewnie przestałam być piękna – głos kobiety był pełen smutku i goryczy. Opuściła głowę chcąc ukryć zakłopotanie, utkwiła wzrok w ziemi.

– One są właśnie dla pani – Zygmunt zwrócił bukiet kwiatami ku niebu, podał go wprost w wyciągnięte z niedowierzaniem ręce. Kobieta przytuliła kwiaty do siebie, powąchała, i nim zdążyła podziękować za ten dar, wyraz prawdziwego szczęścia rozjaśnił jej twarz.

– Mam na imię Anastazja. Wie pan, jak ta księżniczka.

– Wiem. Jesteś równie piękna jak ona. Moje imię brzmi Zygmunt. Nie bój się o córeczkę. Jeszcze dziś się z nią zobaczysz. Możesz mi zaufać.

– Pana głos wydaje się być taki znajomy.

– Ktoś dzisiaj złożył tobie obietnicę, Anastazjo.

– Tak, teraz sobie przypominam. To był pan? Nie muszę pytać, to był pan.

– Jeszcze dziś zobaczysz swoją córeczkę, przyrzekam to tobie. Ona jest blisko, bez trudu ją odnajdziemy, ale najpierw musi być już po wszystkim.

– Po wszystkim?

– Podaj mi dłoń, przejdziemy się na długi spacer. Wszystko tobie wyjaśnię, wszystkiego nauczę. Jesteś taka podobna do…

– Do kogo?

– Podaj mi dłoń, będziemy mieli dużo czasu na rozmowy. Najważniejsze, byś nie bała się tego, co nadejdzie, byś nie bała się mnie, a wtedy ja już zawsze będę przy tobie…


Robert Kapczyński – Dusza ludzka

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 6 (#3 2017) kwartalnika Abyssos.