Eutanasta i Niedźwiedź

Wszystkim obecnym ciężko było w to uwierzyć, jednak ciało znajdujące się w trumnie leżącej na katafalku, nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Niegdyś energiczna, a po pijaku skora do bitki, postać rosłego i tęgiego brodacza, leżała w absolutnym bezruchu.

Nie było wiadomo, kto wpadł na idiotyczny pomysł wciśnięcia nieboszczyka we frak. Do tego wyglądało na to, że był to jego ślubny frak, z czasów, gdy był młodszy o jakieś dwadzieścia kilogramów. Im dłużej się na niego patrzyło, tym bardziej miało się wrażenie, że guziki koszuli wystrzelą zaraz w powietrze niczym pociski. Po za tym elegancki ubiór po prostu do niego nie pasował. Ani do wyglądu, ani do charakteru.

O popełnienie tego karygodnego czynu podejrzewano wdowę po zmarłym, choć nie mówiono tego głośno. W końcu biedaczka straciła ukochanego męża. A znając reputację nieboszczyka, po takiej stracie, kobitce mogło przewrócić się w głowie. Dlatego też wszyscy przymykali oczy na udziwnienia, takie jak frak, czy całe morze kwiatów. Wszystko w pięknym, staromodnym i całkowicie niepraktycznym stylu.

Wiadomym było, że nieboszczyk, nie lubił długich pożegnań. Tyczyło się to również pogrzebów. Dla takiego człowieka idealnym ostatnim pożegnaniem był ten z rodzaju szybkich, odbywający się na morzu. Pech chciał, że stary Wilk Morski wyzionął ducha na suchym lądzie. Na szczęście, żaden z jego przyjaciół czy krewnych, nie chciał wygłosić pożegnalnego monologu. Ewentualnie, to wdowie nie udało się nikogo przekonać. Skończyło się na tym, że łysawy, tłusty klecha, pogadał trochę o Bogu wzywającym do siebie „Tego dobrego człowieka”.

– Wszyscy znaliśmy Beniamina, alias „Niedźwiedzia”, Bere – rzekł na zakończenie – I wszyscy możemy to potwierdzić.

Potwierdzić, że był dobry? Zależy w czym…

Ponoć dobrze się z nim piło, o ile było się jego przyjacielem. Jeśli nie, to lepiej było wyjść z baru zanim Niedźwiedź się upił. Gdy nie miał kogo sprać, przewracał tylko stół, przy którym siedział i wychodził.

Był też ponoć dobrym mężczyzną. Potwierdzenie można było uzyskać u wszystkich kobiet, które miał. W całym porcie nie było takiej, która nie marzyłaby o Niedźwiedziu Bere. Można sobie wyobrazić późniejszy lament wszystkich panienek, kiedy dowiedziały się o ślubie Niedźwiedzia. Usidliła go piętnaście lat młodsza, Maria, zwana przez niego Misiaczkiem. Później tak jej już zostało. Niedźwiedź i Misiaczek, byli chyba najszczęśliwszą parą w całym mieście. Potwierdzenie słodkiej bajeczki o Pięknej i Bestii.

Na pewno był dobry również w tak zwanej, brudnej robocie. Świadczyła o tym jego reputacja i to, co mówili o Niedźwiedziu na mieście. Potrzebowałeś ochrony – zgłaszałeś się do Bere. Chciałeś ściągnąć dług – wynajmowałeś Bere. Ktoś miał przelecieć przez ścianę – Niedźwiedź ci to załatwił. Wszystko wskazywało na to, że jego pseudonim nie wziął się z obco brzmiącego nazwiska.

Korowód opuścił kaplicę na końcu dzielnicy i powędrował za miasto, nad klify. Fale grzmiały, rozbijając się o skały i wysoką, pionową ścianę. Wiatr dął głośno, wiejąc znad morza, zapowiadał rychłe nadejście sztormu.

Zgodnie z ostatnią wolą zmarłego, ciało wyjęto z trumny, obwiązano obciążnikami, po czym zrzucono w morskie odmęty.

Postawiłem kołnierz swojego prochowca, po czym szybko złapałem kapelusz, żeby mi nie odleciał. Niespiesznym krokiem podszedłem do wdowy. Stała na krawędzi klifu wpatrując się w fale raz za razem rozbijające się o stromy brzeg. Łzy spływały po jej bladych, zbyt mocno przypudrowanych policzkach.

– Jest pani pewna? – zapytałem z miejsca. Fachowo byłoby zadać owo pytanie jak najciszej, jednak grzmot fal i wiatr sprawiły, że musiałem je niemal wykrzyczeć.

Pokiwała głową w odpowiedzi.

Przyłożyłem jej do pleców strzykawkę, kształtem przypominającą pistolet. Dobrze leżała w dłoni, a system ciśnieniowy szybko wtłaczał całą zawartość.

– Tak dla pewności – rzuciłem.

Nie zdążyła odpowiedzieć. Chwyciłem ją za rękę i wbiłem długą igłę w plecy. Trucizna wlała się prosto do płuc błyskawicznie niszcząc pęcherzyki. Moja klientka nawet nie była świadoma tego, że już nie oddycha.

Misiaczek spadł w przepaść goniąc swojego ukochanego Niedźwiedzia. Schowałem strzykawkę o kształcie pistoletu i odszedłem.

Nikt nic nie mówił. Znali wolę wdowy. Wszystko odbyło się jak należy – po cichu, dyskretnie i elegancko.

Podręcznikowa eutanazja.


Bartłomiej Sztobryn

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.