Fantastyczne anime w fantastycznych czasach współczesnych

P.R. Ofiarski

Fantastyczne anime w fantastycznych czasach współczesnych

Jakiś czas temu, w ramach jednego z numerów popełniłem tekst o anime, które miały miejsce w światach fantasty, czyli takich, które są bliższe Tolkienowi czy Martinowi. Zapowiedziałem wtedy, że napiszę jeszcze co najmniej dwa teksty, które będą opisywały serie, które mają miejsce w dwóch innych światach: współczesnych oraz w przyszłości. Oto przed wami czasy współczesne.

Przed omawianiem serii, chciałbym najpierw wyznaczyć kleszcze chronologiczne. Dla niektórych czasy współczesne to okres w którym żyjemy teraz i już np. stan wojenny to inna epoka. Aby mieć jasność, jako czasy współczesne określam mniej więcej wiek XX i XXI, czyli czasy pierwszej i drugiej wojny światowej, bądź też je przypominające, a także okres po wojnie, aż do dzisiaj.

Skoro chronologię mamy za sobą, czas się przyjrzeć tytułom. We wcześniejszym tekście podjąłem próbę oceny aż dziesięciu serii. Teraz skupiłem się tylko na sześciu, lecz o wiele bardziej obszerniejszych opiniach. Zabieg może dziwić z tego względu, że tematyka współczesnej fantastyki jest o wiele bardziej popularna popularna na rynku japońskim niż tradycyjne fantasy. Można powiedzieć, że co druga seria, która należy do kategorii fantastyka ma miejsce właśnie w czasach, w których obecnie żyjemy. Ale nie ukrywajmy, w większości są to tytuły, które są okrutnie powtarzalne jeśli chodzi o fabułę: mamy chłopaka/dziewczynę z mocą i wianuszek dziewcząt/chłopaków wokół niego/niej i akcję. I tak kopiuj – wklej od wielu już lat. Cóż, nie da się ukryć, że czytając część przygotowanych przeze mnie tekstów dostrzeżecie, że jest tu też powtórzenie tej kliszy, jednak z pewnych powodów, zrobiły na mnie o wiele większe wrażenie niż inne produkty kopiowania.

Nie pozostało mi nic innego, tylko zaprosić Was do lektury.

 

Fate/Zero

Pisząc o tym tytule, muszę wspomnieć słowa niejakiego Artura Orzecha, który komentując konkurs Eurowizji w 2015 roku powiedział o Estonii tylko kilka wyrazów: kocham, kocham, kocham. Tak samo mógłbym powiedzieć o tym tytule i zakończyć jej opiniowanie. Ale zdaję sobie sprawę, że to nie będzie dość wyczerpujące dla osób, które po raz pierwszy mają styczność z tym serialem. Więc jedziemy.

Akcja rozgrywa się w latach 90 XX wieku w Japonii, w mieście Fuyuki, które zostało wybrane jako arena walk między siedmioma magami, których celem jest zdobycie przedmiotu zwanego Świętym Gralem. Aby to osiągnąć, do każdego z nich zostają przypisani tzw. słudzy, którzy są postaciami wprost z kart historii lub bohaterami mitów. Wraz z towarzyszącym im czarodziejem muszą się pozbyć innych rywali. Zwycięzca może być tylko jeden.

Brutalnie, krwawo, intrygująco, oto całe Fate/Zero.

Pozornie: banalna fabuła polegająca na walce. W rzeczywistości: jeden z najlepszych seriali o magach. Tak, nie użyłem tutaj słowa anime, gdyż moim osobistym zdaniem Fate/Zero jest produkcją, którą nie można oceniać pod kątem animacji rodem z Japonii. Porzucając dygresję, dlaczego tak sobie cenię tę serię? Jedną z najważniejszych zalet są bohaterowie. W większości, są to osoby dorosłe, świadome niebezpieczeństwa, jakie niesie sobą ta walka i nie boją się przebierać w środkach, by wyeliminować swojego przeciwnika. Ich motywy są w większości sensowne: zemsta, szaleństwo, zawiść, władza, a nawet żal. Co prawda, musiała się wkraść typowa bolączka postaci z anime, czyli idealista, ale z drugiej strony, jeśli miałbym akceptować idealistów, to tylko takiego, jak tu! Co więcej, czuć, że to nie są statyści na scenie, a postaci z krwi i kości, które knują, myślą, prowadzą intrygi, zawiązują sojusze, zdradzają. Tutaj nie ma miejsca na litość. Informacje o świecie są podawane bez pośpiechu, dzięki czemu unika się zbędnej ekspozycji w jednej scenie, a potem, widzu, sprawdź, czy wszystko pamiętasz. Oglądający na bieżąco dostaje porcję informacji i łapie wszystko w lot, co, biorąc pod uwagę, jak rozległe jest uniwersum Fate, nie jest takie oczywiste. Oczywiście, skoro są magowie i ich słudzy, nie mogło zabraknąć i walk. Powiem tak, gdybym oglądał takie sceny w filmie aktorskim, skrzywiłbym się. Tutaj, wręcz przeciwnie. Bogate barwy, przepiękne projekty postaci, brak oszczędności na choreografii walk i unikanie powtórzeń w tym aspekcie. Najgorzej wypadają jedynie pełne animacje CGI, czyli generowane komputerowo. Tutaj niestety Japończykom jeszcze daleko do amerykanów, ale z drugiej strony to animacja nie w pełni komputerowa. Kilka słów warto też poświęcić muzyce i reżyserii dźwięku. O ile ścieżka dźwiękowa była generowana głównie przez mix komputerowy przy akompaniamencie orkiestry, świetnie się komponowała ze scenami z serialu. Na specjalne wyróżnienie zasługuje również gra aktorska (czy raczej głosowa). Seyiu (aktorzy głosowi) w Fate/Zero to aktorzy z najwyższej półki, którzy szczycą się już wieloletnim doświadczeniem w branży, a już z samego głosu można wyczytać, że to nie jest seria przeznaczona dla dzieci.

Jeśli miałbym polecić komuś rozpoczęcie oglądania anime, Fate/Zero byłoby najlepszym wyborem, pod warunkiem, że ktoś lubi fantastykę. Nie jest naiwna, a fabuła przypomina zachodnie konstrukcje scenariusza, dzięki czemu potencjalny Europejczyk lub Amerykanin nie dostanie niestrawności w oglądaniu właśnie tej produkcji.

Highschool DxD

Jeśli jest jakiś gatunek anime, które większość z nas kojarzy, jest to z pewnością hentai, czyli, nie rozpisując się zbyt obszernie, animowane porno. Mało jednak kto wie, że hentajce mają młodszą siostrę o nazwie ecchi, czyli serie o zabarwieniu erotycznym, dostępną dla osób, które nie ukończyły jeszcze wieku osiemnastu lat. „Scenki” ograniczają się jedynie do animacji zbyt obszernego biustu lub pokazaniem go, dużą ilością scen kąpieli i asekuracyjnym lądowaniu głównego bohatera na poduszkach tłuszczowych (czyli piersiach). Często gęsto ten gatunek jest również haremówką, czyli wokół jednego „mężczyzny” rozrasta się wianuszek dziewcząt, które reprezentują wszystkie możliwe stereotypy żeńskiej postaci w anime (od tsundere po lolicon). Nie muszę mówić, że większość takich serii to szajs, że już nawet „Zmierzch” ma lepszą historię.

Highschool DxD to jeden z nielicznych wyjątków potwierdzających regułę. Przede wszystkim, posiada fabułę. Niezbyt lotną, ale jednak, posiada ją. Zaczynając: Hyoudou Issei, zwyczajny, zboczony nastolatek, dostaje uśmiech od losu i zostaje zaproszony przez cud miód dziewczynę na randkę. Licząc na pocałunek, dziewczyna idzie na całość i proponuje mu… śmierć. Okazuje się, że dziewczę jest upadłym aniołem. Z opresji ratuje go czerwonowłosa piękność, Rias Gremory, przeganiając czarnoskrzydłą. Niestety, chłopak umiera, ale dobra wróżka Rias przywraca go do życia. Z tym, że owa wróżka okazuje się być demonem. Dosłownie. A przywrócony Issei również powstaje jako demon. I tak zaczyna się ciąg przyczynowo skutkowy, mający doprowadzić nowopowstałego diabło-demona (zależnie od tłumaczenia) do swojego życiowego celu: posiadania własnego haremu. Tak, wiem, że to głupie. I żenujące. I pozbawione polotu. Ale strawne, o co jest trudno w tego typu seriach.

To nie są droidy, których szukasz, czytaj dalej o Highschool DxD…

Z pewnością jednak powodem tego, że dało się przełknąć pigułkę nie był świat. Nie powiem, początkowo zdawał się być logiczny i intrygujący. Mamy demony, upadłe anioły i siły niebios, które są ze sobą w wiecznym konflikcie, mamy ich agentów, którzy starają się wykonywać wolę swoich panów, klientów, którzy zaprzedają swoje dusze, by zyskać demoniczną pomoc. Wszystko zdawało się być w porządku. Do czasu, gdy autorzy nie uznali, że skoro skorzystaliśmy z mitologii chrześcijańskiej i żydowskiej (wybaczcie wierzący, ale tak by pomyślał typowy Japończyk, co nie znaczy, że ja się z tym zgadzam), jak mamy jeszcze nordycką, egipską, chińską, japońską, do tego magów, wampiry, wilkołaki i smoki na dokładkę. Dostało się nawet legendom arturiańskim. Robi się z tego taki galimatias, że nie wiadomo kto z kim i dlaczego, a na dodatek, jaką rolę ma postać: czy jest złym, dobrym, obserwatorem. Węzeł Gordyjski to przy tym pryszcz. I nie ma tutaj żadnego Aleksandra Macedońskiego, który byłby w stanie go przeciąć. Albo, co ja się będę, to się staje coraz głupsze…

W tle tych „cudnych” wydarzeń mamy bohaterów, czyli ród Gre… wróć, piersi. Co by nie mówić, to jest główny powód egzystencji tej serii: pozwolić młodym, dojrzewającym Japończykom zobaczyć trochę animowanego cyca. Duże, małe, średnie – do wyboru do koloru. Widz od początku wie, że to one grają główną rolę w tym anime i jest powodem jego sukcesu, nie tylko w Japonii, ale też na zachodzie. Całe szczęście pozostają wierni kategorii wiekowej. Nie wiem, co by było, gdyby zdecydowano się, by zamiast ecchi zmienili go w hentai. Chociaż, lepiej nie krakać. Ale teraz serio, bohaterowie. Przyzwoici, a jak na haremówkę, świetnie napisani. O ile mnie denerwuje taka klisza, że do głównego bohatera kleją się dziewczęta z powodu jego szlachetności, to w tej serii ma to sens. Główne bohaterki zachowują się instynktownie i lgną do silnego osobnika. Co więcej, w ich frywolnym zachowaniu jest sens, gdyż to w końcu demony i takie powinny być. Główny bohater to erotoman o szlachetnym sercu z potężną mocą, ale sam w sobie nie jest irytujący i doprawdy zabawny, że chce mu się kibicować. Drugi męski rodzynek w serii może początkowo wydawać się cieniem, ale później nabiera pazura i świetnie zaczyna partnerować Isseiowi. Do tego mamy jeszcze tonę postaci mniej lub bardziej ważnych, których nie sposób policzyć.

Seria liczy już 3 sezony i czwarty w drodze. Mimo tego, że jest to głupie, to można polubić tę serię, choćby za ciekawe postaci żeńskie i efektywne pojedynki. Osobiście, będę oglądał dalej.

Fate/Stay Night; Fate/Unlimited Blade Works

Fikcyjne miasto Fuyuki zostaje wybrane jako arenę walk między siedmioma magami… Nie, nie macie deja vu. Dokładnie tak samo zaczęła się opinia na temat serii Fate/Zero. Tutaj mówimy o serii, która jest starszą siostrą wspomnianej, gdyż Zero było prequelem. W oryginale, Fate jest serią noweli wizualnych (Visual Novel), która zaczęła się właśnie od Fate/Stay Night, a każdy następny produkt jest pochodny. Zapewne zastanowicie się, czemu zdecydowałem się wybrać anime, które dzieją się w tym samym świecie, zamiast opisać je w jednym tekście na temat całej serii. Odpowiedzią na to pytanie jest to, że mimo, że dzieją się w tym samym uniwersum, to już serie różnią diametralnie. Bo ile Fate/Zero to akcja wymieszana z intrygami siedmiu magów, Stay Night to już akcja wymieszana z romansem.

Założenia obu produkcji jest ta sama: siedmiu magów, siedem sług, wojna o Gral. Zmieniają się (w większości) bohaterowie i narracja całej akcji. Głównym bohaterem jest licealista o imieniu Shirou, który na pozór prowadzi zwykłe życie: uczęszcza do szkoły, trenuje szermierkę (dawniej też łucznictwo), pracuje dorywczo i ma swoją przyjaciółkę, która zajmuje się domem, poprzez gotowanie po sprzątanie. Jedynie co go odróżnia od pozostałych, to jest to, że posiada jakieś drobne zdolności magiczne. Pewnego razu dostrzega walkę między dwoma osobami, które okazują się być sługami dwóch magów. Jeden ze sług dostrzega go… i przebija włócznią. Ale, że anime nie znosi pustki, w tajemniczy sposób (dla niego) zostaje przywrócony do zdrowia. Sielanka nie trwała długo, bo zaraz potem przybywa rzeczony sługa z włócznią, by dokończyć dzieło (jedna z zasad wojny: zero świadków). W desperackiej próbie obrony, nieświadomie przyzywa swojego sługę a on sam, chcąc nie chcąc, staje się siódmym mistrzem w wojnie o Gral.

Trójka głównych bohaterów w Fate/Stay Night w tle mroku…

Sam scenariusz nie jest najwyższych lotów. Mamy młodzieńca, który posiada ukryte moce i który musi się zmagać z przeciwnościami wojny, w której początkowo nie chce brać udziału, ale potem dostrzega możliwość, że dzięki temu spełni swoje marzenie zostania bohaterem. Mamy też bohaterki, które stanowią potencjalne wątki miłosne Shirou oraz masę postaci z drugiego i trzeciego planu, które mają za zdanie szkodzić protagonistom. W przeciwieństwie do Zero, nie mamy za dużo intryg, a czarne charaktery z założenia są złe. Ot, typowa seria romantyczna dla młodzieży. Jednakże, dobrze skonstruowana fabuła i dobrze poprowadzona narracja opowieści sprawia, że ogląda się serię całkiem przyjemnie.

Co bardziej uważni, mogli dostrzec, że na początku opisu pojawiły się dwa tytuły: Stay Night i Unlimited Blade Works. Jeśli ktoś sądzi, że to pomyłka, wyprowadzam z błędu. To jest to samo anime, z tym, że przedstawia alternatywną ścieżkę wydarzeń. Inna dziewczyna jest głównym obiektem westchnień bohatera oraz historia toczy się zupełnie inaczej. W pierwszej dekadzie XXI wieku doczekaliśmy się wpierw filmowej wersji UBW (skrót od Unlimited Blade Works), która nie zachwyciła pod kątem reżyserii, ale już w 2014 roku otrzymaliśmy pełnoprawny serial animowany, który naprawia błędy poprzedniczki. Niestety ta ścieżka, jak dla mnie nieciekawa.  Jest nastawiona mocno na akcję, skupia się w zasadzie na trójce bohaterów, pozostałych bohaterów zostawiając jako tło, które nie zostało dobrze wykorzystane. Irytujący są również protagoniści. Shirou, choć już w ścieżce Stay Night był idealistą, tutaj przerasta wszelkie możliwe granice i staje się niemal egoistycznym burakiem, który pragnie spełnić jedynie swoje marzenie. I niestety, taki zostaje do końca. Główna bohaterka ścieżki, Rin, o ile w Stay Night była bardzo rozważną i sprytną postacią, tutaj zmienia się w typową, głupią tsundere. No i mamy jeszcze trzeciego, najbardziej enigmatycznego bohatera, który utrzymał trend ze Stay Night: był i jest bucem. Jedyne, co ratuje tę produkcję to zakończenie, przy którym fan całej serii uśmiechnie się nie raz.

…i ta sama trójeczka w Fate/Unlimited Blade Works w tle blasku słońca.

            O ile Stay Night było zrobione prawie wyłącznie rysunkowo, to już Unlimited Blade Works jest zrobione w tym samym stylu, co Fate/Zero, to znaczy, że jest kolorowo, ładnie animowane i mamy dużo CGI. Tutaj znów wygrywa produkcja z 2006, chociaż komputerowe fajerwerki z UBW cieszą oko, zwłaszcza dla osób młodych. Jeśli chodzi o muzykę, zwycięzcą znów zostaje ścieżka Stay Night. Utwory są bardziej melodyjne, ładniej się wpasują w serię aniżeli aranżacje z nowej produkcji. O seyiu nie ma co się dużo rozpisywać: bardzo porządnie wykonali swoją robotę. Należy zwrócić uwagę, że w obu produkcjach pojawili się ci sami aktorzy.

Już w tym roku do kin wchodzi pierwszy z trzech filmów animowanych, który ma zobrazować ostatnią ścieżkę, Heaven’s Feel, która z całej trójcy jest najbardziej mroczna. Zostali zaangażowani ci sami aktorzy i studio, które zrobiło Fate/Zero i UBW. A więc będzie dobrze fabularnie, graficznie i głosowo. A na dokładkę, w tym roku wchodzą jeszcze dwie serie ze świata Fate. Nie wiem, czy wybuchnie wojna czy będzie apokalipsa, nic mnie nie powstrzyma przed seansem jakiejkolwiek produkcji z tej marki.

Dantalian no Shoka

W czasie rozmowy z jednym z moich znajomych o fantastyce, powiedział mi, że nawet w Japonii zachowują zachodnie trendy. Cóż, może o ile prezentowany świat się zgodzę, to już z bohaterami niekoniecznie. W każdym razie, kolejna seria w rozpisce zdaje się być prawie dowodem na potwierdzenie jego słów. Prawie, gdyż akcja tego anime nie ma miejsca w świecie fantasy, a w czasach bardziej nam współczesnych.

Anglia, plus minus lata 20 XX wieku. Młody chłopak, były pilot Royal Air Force, Hugh Anthony Disward, dla przyjaciół Huey, dziedziczy po dziadku starą posiadłość leżącą nieopodal Londynu oraz jakiś tajemniczy kluczyk. We wnętrzu dworu znajduje się ponoć niezwykle przepastna biblioteka, będącą mokrym snem każdego bibliofila. Dziadek nie poinformował go jednak, że wraz z posiadłością i biblioteką, otrzymuje, chcąc nie chcąc, pod opiekę młodą dziewczynę o czarnych włosach, która jest strażniczką prawie miliona magicznych woluminów. Dalian, bo tak owe dziewczę się zowie, początkowo nie pała do nowego właściciela zbyt dużą sympatią, ale gdy dochodzi do magicznej anomalii i wspólnie, z pomocą ksiąg i klucza, pokonują ją, zawierają umowę, że wspólnie będą badać podobne magiczne incydenty, które niepowstrzymane, mogą prowadzić do tragicznego końca.

Seria mnie oczarowała tak zwaną „angielską flegmą”. Mimo, że wszystkie postaci mówią w języku japońskim, ich charaktery pozostają w większości brytyjskie. Huey jest dumnym mężczyzną, o bardzo spokojnym usposobieniu i wręcz anielskiej cierpliwości. Co więcej, nie jest w tym irytujący, widz zaczyna od samego początku pałać do niego sympatią. Partnerująca mu Dalian ma trochę japońskiego charakteru, który można byłoby określić jako tsundere, nie mniej, w ostatecznym rozrachunku, jest to zachowanie nie tyle co wredniej lolitki, co stonowanej, rozwydrzonej młodej damy jaką można zobaczyć w wielu produkcjach przedstawiających życie szlachty (nawet w Nad Niemnem). Postaci ingerują w przedstawiony świat, nie żyją w zupełnej próżni, spotykając się z ludźmi. Choć akcja skupia się na dwójce bohaterów, postaci poboczne wzbudzają sympatię i oglądający ma nadzieję na ich częstsze pojawienie. Londyn, chociaż nie jest przedstawiony jako aglomeracja, utrzymał swój klimat angielskiej stolicy z lat 20-tych. Jeśli chodzi o scen akcji, to seria nie jest skierowana na nią bezpośrednio i ogranicza się zwykle do kilku scen i ferii barw, któremu towarzyszy tłumaczenie używanego zaklęcia poprzez narrację Hueya, a także spojrzeniu na personifikację fenomenu magicznego.

Protagoniści Dantalian no Shoka: od lewej flegmatyczny Anglik, na prawo wredna panienka.

Jeśli chodzi grafikę, jak wspomniałem akapit wcześniej, nie mamy do czynienia z fajerwerkami, jak choćby z opisywanego wcześniej Fate/Zero, ale to i dobrze, bo być może zepsułoby to cały odbiór. Zamiast tego dostaliśmy anime, choć pełne kolorów, to na tyle zszarzałe w odpowiednich miejscach, że otrzymujemy obraz dobrego serialu kryminalnego na angielskich błoniach. No i muzyka. O ile w czasie serialu można było z rzadka wyłapać ciekawe kawałki, to czołówka jest jedną z najbardziej zapadających w pamięć, bo nie dość, że zagrana na orkiestrę, to jeszcze śpiewana po łacinie. Choć do openingu z Elfen Lied jej daleko, działa magnetycznie, co jeszcze bardziej przyciąga do tytułu. Co do gry aktorskiej, zapada w pamięć przede wszystkim Dalian, która bardzo często do swoich zwrotów dodaje angielskie słowa. O ile „engrisz” jest dla mnie denerwujący w anime, to w tym przypadku krótkie „yes” lub „no” świetnie pasowało do produkcji i nie irytowało.

Seria zostawia po sobie pewien niesmak. Chociaż prawie każdy odcinek to osobna historia, która można oglądać w dowolnej kolejności, to było ich stanowczo za mało. Seria ma tylko 11 odcinków, chociaż śmiało można byłoby ją przedłużyć o, co najmniej, cztery. Domknęłoby to kilka wątków i efekt byłby o wiele lepszy. A tak, dostaliśmy serię o niezwykłym klimacie, ale ograniczoną czasowo. A szkoda.

Kokoro Connect

Japończycy uwielbiają szkolne komedie. Przynajmniej jedna czwarta serii, która wychodzi na sezon opowiada o licealistach lub przynajmniej gimnazjalistach. Często gęsto są to komedie romantyczne lub „słodkie dziewczęta robią słodkie rzeczy”. Tych produkcji jest tak wiele, że aż trudno się pokusić o stwierdzenie, że są oryginalne. Co najmniej połowa serii powiązanych z fantastyką to seria szkolna z elementami romansu i niestety, są ciężkostrawne, gdyż albo wieje od nich nudą albo kiczem. Naprawdę rzadko można obejrzeć coś, co przyciągnie widza i wprawi go w salwę śmiechu lub wzruszenie. Kokoro Connect to jedna z takich serii, pozornie nie różniąca się od nich, ale szybko opada całun stereotypu.

Historia, którą seria przedstawia już od samego początku nie należy do wybitnych. Mamy pięć osób: trzy dziewczyny, dwóch chłopaków, którzy są członkami koła kulturalnego. Powodem stworzenia tego klubu nie było to, że dzielą jakieś zainteresowania. Wręcz przeciwnie: albo maja je tak egzotyczne, że nie znajdują swojego miejsca w innych klubach albo nie są w stanie na nic się zdecydować albo wpadło się w konflikt ze starymi klubowiczami i trzeba było zdecydować się na coś nowego. Jak widać, swoisty koktajl, który zdaje się dobrze działać, a osoby, które należą do klubu wydają się między sobą lubić. Ale czy na pewno? Pewnego dnia klubowicze zauważają, że niespodziewanie mogą się znaleźć w ciele innych członków. Uznali to jednak za jakieś wariactwo i wrócili do swojego normalnego życia. Do czasu, gdy do drzwi ich pokoju klubowego zapukał niespodziewany gość: opiekun klubu, który sam w sobie, rzadko się pojawiał na ich spotkaniach, a na dodatek okazało się, że jest opętany przez jakiś tajemniczy byt. Owe stworzenie oznajmia im, że od tej pory będzie poddawał członków tego klubu eksperymentom i zamiana ciałami to dopiero początek. Na pytanie dlaczego to robi, odpowiedział, że dla zabawy. Czas zacząć grę!

O ile z tekstu wynika, że możemy mieć do czynienia z mroczną serią, w której każda z postaci będzie przeżywała swoją osobistą tragedię. Tymczasem jest na odwrót: otrzymujemy szaloną, szkolną komedię. Główni bohaterowie wykorzystują narzucone im moce do robienia sobie dowcipów lub torowania sobie drogi przez trudności. Jednakże, im dalej w las, tym pojawia się coraz więcej osobistych dramatów. Okazuje się, że umiejętności mogą być też przekleństwem i że osoba, z którą zdawało się mieć dobre stosunki skrywa tajemnice, które na szali mogą postawić dalszą przyjaźń. Zmiana ciał to jedno, ale co jeśli jest się w stanie usłyszeć myśli innej osoby? Wciąż jednak został zachowany ciepły charakter serii. Bohaterowie, zwłaszcza żeńscy, są naprawdę świetnie napisani i stanowią najmocniejszy punkt serii. Czasem nie ważne, jak dobrą ma się fabułę, to źle dopasowani protagoniści położą cały trud scenarzysty. Tutaj szczęśliwie mamy docenienia z odwrotnością: fabułę ratują bohaterowie. Nie żyją między sobą w próżni, ich relacje stawiają ich początkowo jako kolegów z klubów, potem przyjaciół, a na koniec część bohaterów kończą jako pary. Co by jednak nie mówić o bohaterach, każdą scenę kradnie postać Inaban. Dlaczego? Cóż, polecam zobaczyć samemu, ale powiem, że chciałbym widzieć tylko takie postaci w komediach romantycznych!

Jak widzisz taki uśmiech u Inaban z Kokoro Connect, wiedz, że masz przechlapane…

Rzeczą, która dla niektórych może być najtwardszym orzechem do zgryzienia to grafika. Jest cukierkowa, podobnie z resztą jak projekty postaci, dlatego też seria raczej jest przeznaczona dla osób, których drażni zbyt pastelowość, a już w ogóle zamyka ścieżkę dla tych, co uważają anime za czyste zło. Co innego gra głosem. Postaci przechodzą zmiany, czy to za sprawą sytuacji czy mocy, przez co wymuszone było, by seyiu modyfikowali głos tej postaci przynajmniej kilka razy. Wyszło to niemal perfekcyjnie i śmiem twierdzić, że mamy odczynia jedną z lepszych serii pod kątem dubbingu.

Jak mówiłem, z racji cukierkowości, seria nie zdobędzie sobie fanów pośród przeciwników anime. Osobiście jednak twierdzę, że warto dać tej serii szansę z powodu tego, że rzadko mamy do czynienia z tak dobrze napisaną serią szkolną, a na dodatek, romansem. Tak też, spróbujcie połknąć pigułkę goryczy i obejrzyjcie. Zwłaszcza, że posiada zamknięty scenariusz i, choć miło by było, nie potrzebuje drugiego sezonu, bo pierwszy jest w zupełności satysfakcjonujący.

Haiyore! Nyaruko-san

H.P. Lovecraft. Mistrz grozy swoich czasów, twórca kultowej już mitologii, w której główną rolę odgrywa niejaki Cthulhu. Oczywiście, skoro jak wspomniałem, coś jest otoczone kultem, każdy przejaw ingerencji w dany obiekt kończy się często zlinczowaniem, jeśli nie jest wedle założeń fanów. Dlaczego o tym mówię? Otóż powstanie tej serii jest jak uderzenie w jaja prosto z buta o metalowym czubie w stosunku do wszystkich fanów Lovecrafta. A dla mnie pożywką i radością, że kolejne tabu zostało złamane i to, co było kiedyś sacrum, może nagle stać się też profanum.

Po lewej japoński Nyaratohotep, po prawej jego zachodnie wyobrażenie. Zajdź siedem różnic.

No dobra, ale o co chodzi? Poznajemy chłopaka o imieniu Mahiro, który ucieka przed jakąś bestią. W chwili, gdy już nie ma ratunku, niczym grom z jasnego nieba spada na monstrum białowłose dziewczę z nieco przydługim kosmykiem na głowie, które łomem nokautuje potwora. Ów salwator młodego Mahiro przedstawia się jako Nyaralatohotep, Pełzający Chaos i Noszący 999 Masek, etc, a dla przyjaciół Nyaruko. Oznajmia bohaterowi, że jest z kosmosu i przybyła na Ziemię w celu uzyskania zdobyczy kulturowych cywilizacji ludzkiej. Krótko mówiąc: anime, mang, gier komputerowych i gadżetów pochodnych od nich. Jak można się domyślić, chłopak nie jest z tego faktu zadowolony, gdyż nie dość, że owe bóstwo jest okrutnie irytujące, to jeszcze decyduje się okupować jego mieszkanie (za błogosławieństwem matki Mahiro), a na dokładkę Nyaralatohotep widzi w nim potencjalny obiekt seksualny i dąży do spłodzenia potomka. W niedługim czasie, ilość istot z mitologii Cthulhu w mieszkaniu Mahiro oczywiście wzrasta. Czy chłopak zachowa poczytalność?

Jak mówiłem na początku, seria łamie wszystkie tematy tabu jeśli chodzi o opowiadania Lovecrafra. Zamiast „antropomorficznych monstrów pełzających z otchłani najczarniejszych ludzkich fantazji”, mamy „kawai dziewczęta, które są tak słodkie, że aż przerażające”. Nie powiem, w tym szaleństwie (hehe, szaleństwie)  jest metoda, gdyż widz od samego początku krzyczy z rozpaczy, że taka abominacja w ogóle powstała, a na dodatek, że pośród tego krzyku znajdzie chwilę dla śmiechu. Co by nie mówić, seria, zwłaszcza dla kogoś, kto zna twórczość mistrza grozy (i ma na tyle dystansu, by przeżyć kreację bohaterów), znajdzie całe mnóstwo smaczków do jego oryginalnych dzieł (R’lyoh jako park rozrywki, Nodens jako potencjalny reżyser filmów gejowskich), a nawet samej postaci Lovecrafta. Jest to czysta parodia, którą mogliby stworzyć tylko Japończycy w swoich chorych (szalonych) umysłach. Trudno ją oceniać jako serię, która ma jakieś szczególne wartości. Chociaż, nie czekajcie… można. Bo o ile w swoim czasie, mistrz grozy tworzył najlepsze horrory, to Haiyore! Nyaruko-san można uznać za serię grozy naszych czasów. W końcu niech znajdzie się ktoś, kto jest w stanie na serio przeżyć to anime i zostać przy zdrowych zmysłach. A skoro już jesteśmy przy zachowaniu poczytalności, to nie powiem, główny bohater serii (wbrew temu, co pokazano nam na początku anime) ma bardzo dużo zdrowia psychicznego. Stąpa twardo po ziemi, nie daje się sobą pomiatać jak każdy dobry Japończyk i często stanowi jedyną przeszkodę dla szalonych pomysłów bytów z mitologii Cthulhu, a za swoją broń przeciwko nim uznaje… widelec. Czemu akurat on? Nie wiem, ale to szalona seria, więc szalone pomysły mają rację bytu. Partnerujące mu dziewczęta i jeden chłopak zostały wzięte wprost z opowieści Lovecrafta. O Nyaratohotepie sobie już powiedzieliśmy, a do tego grona należy zaliczyć jeszcze Cthughę o wdzięcznym imieniu Kuko, która nie dość, że jest chodzącym NEETem (poświeciłem temu zjawisku osobny tekst, ale dla przypomnienia: nerd, który unika ludzi), to jeszcze ma lesbijskie pociągi do Nyaruko; a także Hastura o imieniu Hausta, który jest facetem (ponoć), co mu nie przeszkadza, by mieć pociąg seksualny do Mahiro.  Tak… tyle z głównych bohaterów. Już jest ciekawie. Do tego dodacie sobie jeszcze całą masę postaci pobocznych, mniej lub bardziej normalnych (ze wskazaniem na tych pierwszych) i otrzymujemy chorą i szaloną komedię z elementami fantastyki.

Jeśli chodzi o grafikę, nie brakuje kolorów i scen walki, które na myśl przypominają Power Rangers (nie chodzi mi o choreografię), ale raczej wszystko jest tak słodkie, że z każdym odcinkiem coraz bardziej traci się nadzieję, że ten świat da się jeszcze uratować. Co ciekawe, producenci zatrudnili masę świetnych aktorów głosowych, dzięki czemu, seria jest przyjemna w odbiorze pod kątem dźwięku (o ile komuś nie przeszkadzają zbyt emocjonalne krzyki co po niektórych postaci)

Haiyore! Nyaruko-san posiada na swoim koncie dwa właściwe sezony anime, dwa sezony krótkich opowiastek o bohaterach oraz kilka OVA. O czym to świadczy? Japończycy są po prostu chorzy psychicznie. Najgorsze jest to, że tym szaleństwem zarażają nawet zachodnich mieszkańców globu, przez co są w stanie nawet polubić tę serię. Przykładem niech będzie osoba opisująca to anime. Zaczynając swoje teksty, byłem zupełnie normalny, a teraz czuję, że szaleństwo pochłania mnie z każdą kolejną linijką… coraz bardziej… i bardziej… Ph’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh wgah’nagl fhtagn!