Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #13

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->


Michał Nowina

Odcinek 53

Pancerny bolid mknął żużlówką, prowadzony pewną ręką Justyny. Antoni milczał i aktywował kolejne systemy w samochodzie. Nawigacja z wejściem na GPS armii, systemy obrony aktywne i bierne, łącze darknet i pełen autocheck – widać, że dziadek przewidział wszystko. Skoro ten samochód jest tak wypasiony, to musi być też wskazówka co ma robić, czy gdzie jechać.
Niewiele myśląc włączył nawigację.
Na ekranie ukazał się jego dziadek na tle warsztatu samochodowego. Odpalił fajkę i rozsiadł się w krześle.
– Witaj osobo, która włączyłaś system w moim pięknym atucie. W tym momencie masz minutę na okazanie swej tożsamości. Jeżeli nie jesteś mną, co w zasadzie odpada, bo podejrzewam że już nie żyję, lub moimi kochanymi wnukami, to za 45 sekund z auta zostanie odessane powietrze. Wiem, mało to subtelne ale skuteczne i nie ma niewinnych ofiar, jak przy bombie. Połóż teraz dłoń na skanerze i módl się, żebyśmy byli spokrewnieni.
Antoni szybko zrobił, co kazał dziadek. Skaner sczytał jego dłoń i po chwili odtworzył się kolejny film:
– Antoś, urwisie! Cieszę się, że żyjesz! Martwi mnie tylko to, że to Dorotka kieruje, skoro ty uruchomiłeś system. Nie jestem pewien, czy wystarczająco wzmocniłem auto na jej zdolności.
– Dzięki dziadku za wiarę we mnie – odpowiedziała Karmel z tylnego siedzenia.
– Moja złotooka, ja zawsze w ciebie wierzyłem – odpowiedział dziadek. Widać znał swoje wnuczęta na wylot. – Właśnie dlatego to ciebie przygotowywałem od dziecka na pomoc dla Antka. On jest trochę nieporadny i musi mieć anioła stróża.
– Też ciebie kocham dziadku – mruknął Antek, czym wywołaj lekki uśmiech u Justyny.
– Już się tak nie dąsaj, wnusiu – dziadek odzywał się tak, jakby to nie było nagranie, a wideo rozmowa. – Ty masz talent do pakowania się w tarapaty. Nigdy nie wiesz kiedy odpuścić i ugryźć z innej strony. Teraz jednak musisz działać mądrze, a nie jak yorkshire terier, który zobaczył pitbula.
Dobrze moje dzieci. Koniec tych uprzejmości. Musicie się wspiąć na wyżyny przemyślności, żeby przeżyć. Ogólnie macie pełen przechlap. Próbowałem was chronić, ale skoro oglądacie ten film klasy B, to znaczy że zdążyliście już zapalić znicze na moim grobie.
Jak już pewnie wiecie, staliście się celem trzech grup, chcących zdobyć Judaszowe srebrniki. Ponoć dają władzę nad pieniędzmi całego świata. Chociaż to już się udało banksterom, wciąż nie brakuje oszołomów wierzących w moc artefaktów.
Srebrniki z Ziemi Świętej wywieźli Templariusze. Coś w tych monetach musi być, bo stali się najbogatszym zakonem ówczesnego świata.
Szczęścia jak widać nie przynoszą, bo chłopaki zostali zaproszeni na swoiste pieczyste przez Króla Filipa. Wcześniej jednak ukryli przeklęte pieniądze. Od tej pory walczą o nie Masoni, Loża Możnych i Bractwo Pierwszych oraz cała masa oszołomów. Z pierwszej trójki to Masoni są najbardziej grzecznymi dziećmi. Loża i Bractwo to prawdziwe psychopatyczne mendy. Posiadają po kilka srebrników. Jak weszli w ich posiadanie, nie wiem. Sądzę jednak, że poprzednich właścicieli bardzo bolało rozstanie z nimi. Teraz szukają Złego Szeląga, który pozwala odnaleźć pozostałe monety i posiąść ich moc. Wiem, że zabrzmi to bardzo patetycznie, ale musicie zrobić wszystko, żeby nie dostał się w ich łapy.
– Antoś, już wiem po kim jesteś tak pokręcony – mruknął z przekąsem Marco.
– Dzięki za komplement, ale w tej chwili humor mi trochę zwiądł. Staruszek wiedział o wszystkim, a nic nam nie powiedział, tylko zostawił rozrzuconą układankę! – krzykną Antek, waląc pięścią w konsolę.
Uderzenie uruchomiło funkcje autotracker.
– Cel podróży zatwierdzony. Adres docelowy: Zurih, Uniwersytet historyczny – powiedział miękki kobiecy głos. Następnie dodał: – Pojemność baku 100 litrów. Pozostało 89. Obecnie mój zasięg przy ekonomicznej jeździe wynosi około 1187km. Autocheck nie wykazuje uszkodzeń. Przechodzę w tryb nawigacji. Życzę udanej podróży.
Justyna parsknęła śmiechem.
– To auto jest kobietą!
– W dodatku o głosie mojej matki – dodał Antek, ocierając łzę.
Justynie zrobiło się głupio. Pierwszy raz znaczyła Antoniego tak zasmuconego. Widok tej męskiej łzy sprawił, że coś ją zakłuło w sercu. Odruchowo położyła rękę na jego ramieniu i powiedziała.
– Brakuje jej tobie.
– Bardzo. Obojga. A teraz wiem, że i ona brała w tym udział. Do tego usłyszeć jej głos.. – zaszlochał.
W aucie zrobiło się nagle dziwnie cicho. Każdy z nich stracił kogoś bliskiego. Tę ciszę przerwały odgłosy z bagażnika. Holden tłukł się krzycząc, że się dusi.
– Antek, sprawdź no czy ten przerośnięty KIT ma doprowadzenie tlenu do kufra, bo nie uśmiecha mi się jechać z tą gnidą na jednym siedzeniu! – warknął Marco, tłukąc łokciem w tylną półkę.
– Zawsze możesz się z nim zamienić, mój drogi – rzekła Karmel z przekąsem i potarmosiła go po głowie.
– Musimy się zatrzymać – zamknęła dyskusję Justyna.
Skierowała auto w boczną drogę i zgasiła światła. W pełnym zaciemnieniu odczekali chwilę, nasłuchując, czy nikt nie nadjeżdża. Następnie przyświecając sobie latarkami otworzyli bagażnik.
Holden, zwinięty w kłębek, skrywał głowę w ramionach.
– Wyłaź! – warknął bez ceregieli Marco.
– Kiedy nie mogę…
– Skoro nie możesz, to ok, jedziemy dalej! Antek, zamykaj kufer! Justyna – ty prowadź, a my z Dorotą rozłożymy się wygodnie na tylej kanapie.
Holden na te słowa aż się uniósł, wyjmując głowę z ramion.
– To lepiej już mnie zabijcie! Jeszcze nigdy tak się nie poobijałem!
Antoniemu i jego kompanom ukazał się żałosny widok. Holden miał rozbity nos, kilka guzów i rozcięty łuk brwiowy. Musiało nim porządnie wytrząść.
– Dobra, koniec gadania – powiedziała stanowczo Justyna. – Marco, pomóż bratu wyjść z bagażnika.
– Chyba cię pogrzało?! – wypalił tenże, wyprowadzony tym pomysłem z równowagi – Może mam go jeszcze przewinąć i dać smoczka? Niech go Antek wygramoli, to jego bryka!
– Marco, nie zachowuj się jak dzieciak! – zestrofowała go Karmel, pomagając kuzynowi wyciągnąć Holdena na zewnątrz.
Agent Loży ledwo trzymał się na nogach. Pomogli mu usiąść na tylnym siedzeniu i pospiesznie zajęli na powrót swoje miejsca.
Justyna ostrożnie wytoczyła wóz na główny dukt i dodała gazu. Pomknęli naprzód jak świetlna strzała wypuszczona w ciemność grudniowej nocy.

Michał Nowina & Quieva Kujdowa

Odcinek 54

Marco siłą rzeczy zmuszony był siedzieć teraz ramię w ramię z bratem, co wyjątkowo mu w tej chwili nie leżało i czego nawet nie starał się ukrywać. Urażony w swej dumie, nie mogąc się odseparować od obiektu irytacji, ostentacyjnie obrócił twarz do okna.
Antoni nie zważając na jego fochy podał Karmel apteczkę, a ta sprawnie zabrała się za opatrywanie ran Holdena.
– Dlaczego mi pomagacie..? – Holden nie krył zdumienia – Przecież chciałem was zabić, żeby ocalić własne życie. To nie trzyma się kupy.
– Poprawka, to oni się z tobą cackają – wtrącił Marco zjadliwie. – Jak dla mnie to mógłbyś jechać w tej kuszetce do samego Zurihu, braciszku.
– A dlaczego ty kazałaś mnie wziąć do auta? – Holden przeniósł wzrok na detektyw Bielską – Przecież ja ciebie Justyno.. no wiesz. Za takie coś to przecież…
– Po pierwsze to dla ciebie jestem panią detektyw, a po drugie potrzebujemy cię w jednym kawałku.
Justyna najchętniej rozjechałaby go tym pancernym autem, ale nie chciała się zniżać do jego poziomu. W sumie widok jego zmieszania i bolesnego zaskoczenia sprawił jej pewną satysfakcję, ale i zarazem dał do myślenia.
– Tobie też dziękuję, Antoni – odezwał się znowu Holden.
– Nie dziękuj mnie, tylko bratu, łajzo. Gdyby nie on, poleciałbyś z dymem jak nic.
Holden zrobił wielkie oczy i spojrzał na Marco.
– Coś tak ślepia wybałuszył, jakbyś nie mógł się wysrać? – odburknął długowłosy, wyraźnie niezadowolony z tego, że Antek wskazał Holdenowi wybawcę.
Ten w odpowiedzi zaczął się śmiać, aż się popłakał ze śmiechu.
– To wszystko nie trzyma się kupy! Loża kazała mi z was wycisnąć wszystko, co wiecie. Jednocześnie wysłali Oprawcę, by mnie zlikwidował za niewykonanie misji. Wy natomiast mnie uratowaliście. To mi się nie mieści w głowie!
– Bo zwykła świnia jesteś, braciszku – wycedził Marco, spoglądając mu w oczy z pogardą.
– Masz rację, Marco, jestem podły – odparł Holden, ze stoickim spokojem wytrzymując to spojrzenie. – Do tej pory robiłem wszystko by coś osiągnąć, żeby matka zobaczyła, że jestem tu i teraz i żyję dla niej.
– Co ty chcesz od naszej matki? – irytacja Marka zaczęła ponownie osiągać niebezpieczny pułap. – I jak niby miałaby to zobaczyć? – dorzucił zdezorientowany.
– Normalnie, przecież to jedna z naszych – wyznał Holden beznamiętnie. – Ale ona żyje tylko tym, że straciła swego ukochanego mężczyznę i syna. Ja dla niej nie istnieję. Szkoda że wcześniej nie wiedziałem, komu zawdzięczam ten parszywy zaszczyt.
Takiego obrotu sprawy nikt się chyba nie spodziewał, a najmniej już sam Marco. Po prostu zabrakło mu nagle słów, jakby mu mowę odjęło, co jak na niego było zjawiskiem wybitnie nietypowym. Wszyscy zgromadzeni spojrzeli na niego z niepokojem, czekając dalszej reakcji.
Temperament Marco nie kazał jednak na nią długo czekać.
Twarz wykrzywiła mu się w zjadliwym grymasie.
– Ach więc to tak? – syknął bratu do ucha, głaszcząc go po brodzie z perwersyjnym uśmiechem. – Sądząc po tobie, to z twego ojca musiał być kawał skurwiela, więc nie dziw się, że znalazła sobie kogoś lepszego.
Holden aż się zakrztusił.
– Mój ojciec przynajmniej był jednym z członków rady, a twój to zwykły bandyta! – wykrzyknął. – Morderca na usługach Loży, Bractwa i chuj wie kogo jeszcze! Służył i zdradzał jednocześnie. Chciał odkupić grzechy przodków, że to niby jest taki oddany – ooo tak, grać to on potrafił! Nawet Wiedzący nie poznali się na nim. Wszedł jak lis do kurnika, zerżnął moją matkę i spłodził kolejnego bandytę!
Marco chwycił go za gardło.
– Licz się ze słowami! – wycedził. – Mój ojciec nie był bandytą i ja nim nie jestem!
Holden ostentacyjnie zerwał jego rękę ze swojej szyi i spojrzał prosto w oczy.
– Jesteś taki jak on. Wcześniej czy później zaczniesz mordować. On ponoć zabijał bez mrugnięcia okiem. Nie wiem co ta suka, nasza matka, widziała w tym przybłędzie. Jak mogła porzucić dla niego swoje dziecko? To nieludzkie!
„Jak ona mogła?!” – kpił z niego Marco, parodiując bezbłędnie jego miny i gesty wyrażające święte oburzenie.
– I kto to mówi? – parsknął ironicznym śmiechem. – Też znalazł się moralizator! Jakbyś sam nie chciał nas zabić, hipokryto! Twój tatuś w takim razie nie był lepszy. Tylko on miał długi palec, to inni za niego brudzili sobie ręce. Poza tym skąd wiesz, czy to on właśnie nie zerżnął naszej matki? – dorzucił z przekąsem. – Jak widać nie pałała do niego entuzjazmem, chociaż był na świeczniku, więc coś jest na rzeczy. Matki często odrzucają dzieci poczęte w przemocy.
Holden rzucił się na brata nie panując nad wściekłością.
– Mój ociec był jej przyrzeczony, a ona jako Wiedząca musiała przyjąć wyrok losu! Jestem dzieckiem przeznaczenia!
Marco oderwał od siebie ręce Holdena i spojrzał na niego z politowaniem.
– Pojebany jesteś, jak i cała wasza pożal się boże organizacja, tyle ci powiem, braciszku – rzekł tonem najwyższej pogardy. – Nic dziwnego że mój ojciec zabrał stamtąd matkę, zanim zdążyli jej całkiem wyprać mózg.
– Skoro był taki wspaniały, to dlaczego później zniknął i nigdy już po nią nie wrócił, kiedy na niego czekała, usychając z tęsknoty? – odparował Holden nieoczekiwanie. – Może to on jej wyprał mózg? Ciebie też porzucił, jak by nie patrzeć. Widać oboje byli siebie warci.
Marco, gwałtownie pobladły, w jednej sekundzie zamachnął się i zdzielił go głową w nos. Holden osunął się po kanapie, zalewając się krwią.
– Ej ej, chłopaki, dalibyście se teraz na wstrzymanie, co?! – rzuciła gniewnie Karmel, podtrzymując wpółleżącego na niej Holdena. – Później będziecie mieli jeszcze dużo czasu na rozmowy!
– Zatrzymaj wóz – rzucił półgębkiem Antoni śledzący całe zajście, kładąc Justynie rękę na ramieniu.
Policjantka zahamowała gwałtownie, co oderwało uwagę uczestników kłótni od siebie. Antoni natomiast odwrócił się i wymierzył pistolet w Marco i Holdena.
– Wysiadać do kurwy nędzy, bo łby poodstrzelam! – warknął bezceremonialnie.
– Zważ kuzynie, że nie chcę mieć czyjegoś mózgu we włosach – próbowała rozładować sytuację Karmel.
– Wybacz Dorotko, ale jak ich słucham, to dostaję morderczych odruchów.
W międzyczasie Holden podniósł ręce do góry. Marco to wykorzystał i zdzielił go łokciem w brzuch.
Antoni aż się zagotował.
– Powiedziałem kurwa z wozu! Holden na tył, a ty gogusiu chodź ze mną!
Bracia widząc, że to jednak nie są przelewki, posłusznie opuścili auto. Justyna i Antek zrobili to samo.
– Co ty kurwa wyprawiasz! – krzyknął na Marka Antoni.
– Mówiłem, żeby ten kutas został w bagażniku! – sapnął wściekle długowłosy.
– Wiesz, że jest nam potrzebny!
– No wiem przecież, ale jak on mówi takie rzeczy, to szlag mnie trafia! – wyartykułował Marco, podkreślając każde słowo porządnym walnięciem w maskę samochodu.
Zapadła wymowna cisza, zmącona jedynie ciężkim oddechem obu braci.
Antoni westchnął z rezygnacją.
– Trochę ciebie rozumiem – stwierdził polubownie – ale nie rób cyrku teraz, kiedy musimy się skupić na ucieczce.
– Łatwo ci mówić! – odburknął Lynsverd z irytacją. – Tobie nikt rodziców nie obraża!
Karmel podeszła do niego milcząca, kładąc mu wymownie dłoń na ramieniu.
– Jak boga kocham, jeżeli ten psychopata się nie przymknie, to uduszę go gołymi rękami na potwierdzenie jego teorii! – dorzucił wściekle, nie zważając na jej czuły gest.
– No już, już – poklepała go uspokajająco na znak solidarności.
– Kurrrwa! – zaklął Marco siarczyście, kopnąwszy z rozmachem w oponę.
Oparł się ciężko o maskę, oddychając głęboko. Długie włosy opadły mu na twarz. Można się było jedynie domyślać, jaki skrywały widok.

Sinead Ignis & Quieva Kujdowa

Odcinek 55

Wpakowali się z powrotem do samochodu i jechali, tym razem w milczeniu. Karmel usiadła profilaktycznie między Markiem i Holdenem. Świeżo odnalezieni bracia patrzyli na mijaną trasę, każdy w swoje okno. Dziewczyna, pragnąc poprawić sobie humor, rozejrzała się w poszukiwaniu swojej jakimś cudem ocalałej torebki. Mimochodem zauważyła przy tym, że prawa noga zarówno jednego, jak i drugiego z braci podryguje, i to w dodatku w tym samym rytmie. No, nieźle, pomyślała. Przynajmniej wiadomo, że to raczej po matce.

Dookoła rozciągał się mazurski krajobraz, doskonale widoczny w świetle księżyca. Po mglistym i dość zimnym listopadzie, grudzień okazał się wyjątkowo ciepły. Aż brał żal, że na Boże Narodzenie prawdopodobnie nie pojawi się śnieg. Boże Narodzenie. Narodziny Boga..
Karmel dyskretnie spojrzała w prawo na Holdena. Wspominał, że wychowała go Loża, którą teraz mieli na karku. Zdając sobie w pełni sprawę, że zajmuje głowę kompletnymi bzdurami, Dorota jęła się zastanawiać nad kwestią, jak w takiej Loży obchodzi się Boże Narodzenie? Mają tam w ogóle jakąś choinkę? Aż korciło, żeby zapytać, ale absurdalność ewentualnego pytania ukazała jej się z całą mocą i Dorota z cichym żalem odrzuciła pokusę.

Auto sprawowało się świetnie. Chociaż standard dróg w tym zapadłym zakątku Polski nie odbiegał od krajowej średniej, liczne dziury, wyboje i ogólna prowizorka w najmniejszym stopniu nie wpływały na komfort jazdy. Dziadek zadbał o wszystko, w tym także o amortyzację, co w sercu zapadłej mazurskiej głuszy miało dla nich znaczenie niebagatelne, nie tylko ze względu na wygodę, ale również i bezpieczeństwo samej jazdy przy prędkości, z jaką się poruszali. Gdy Dorota uświadomiła sobie to wszystko bardziej na spokojnie, zrobiło jej się lżej na sercu. Jakby jej umysł na chwilę wyabstrahował świadomość, że obok niej, po prawej, siedział potencjalny – jeśli nie faktyczny – oprawca i morderca, brat wieloletniego przyjaciela i adoratora zarazem, ona zaś między nimi.
– Jeśli mamy ruszyć w taką trasę, musimy się zastanowić, jak zorganizować kilka istotnych spraw – odezwała się w pewnym momencie Justyna, siedząca teraz na miejscu pasażera i bacznie lustrująca otoczenie. Jej spokojny głos przeciął ciszę niczym nóż, aż wszyscy się wzdrygnęli. – Pieniądze, paszporty, jedzenie, ubranie… Przydałoby się też chociaż trochę snu.
Ta kobieta jest niesamowita, stwierdziła Dorota w cichości ducha. Tyle przeżyć w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin, Antoniemu ręce się trzęsą, ja wciąż myślę o tym co było i co ma być, Marco i Holden zaraz eksplodują, a ona wszystko ogarnia. Siedząc tuż przed facetem, który ją związał i torturował! Mając go za plecami.
– Mamy teraz tracić czas na spanie, mając tych zbirów na karku? – podsumował ją Marco z ironią – Przecież ledwo udało nam się uciec!
– Masz niewielkie pojęcie o metodach działania tych, co nas ścigają – zaśmiał się Holden pod nosem. – Twój ojciec był znacznie lepszy w te klocki. Wiedział do kogo uderzyć, by wyciągnąć potrzebne informacje.
– Justyna ma rację – wtrącił się przezornie Antoni, chcąc zdusić w zarodku zarzewie kolejnego sporu. – Co do samego spania, wygląda na to, że będziemy musieli spać na zmianę w aucie.
Cholerny mediator! – pomyślała Karmel ze złością – Będzie teraz usilnie gadał o wszystkim i o niczym, bo doskonale wyczuwa, że wystarczy iskra, by dwaj bracia znowu wzięli się za łby i żeby wypłynęły na wierzch wszystkie zadawnione krzywdy! Spojrzała na kuzyna w lusterku i nagły grymas wykrzywił jej twarz. O, nie! Załatwmy to raz, a dobrze! – podjęła błyskawiczną decyzję.
– Zanim odpoczniemy, czy uradzimy cokolwiek, wyjaśnijmy coś sobie! – odezwała się niespodziewanie. – Antoni, zatrzymaj auto! – Karmel mówiła to tak, jakby wydawała rozkaz i wszyscy rzucili jej zdziwione spojrzenie, jednak samochód posłusznie stanął na poboczu.
Po obu stronach drogi ciągnął się sosnowy las. Gdy auto stanęło i światła zgasły, na chwilę zapadła cisza. Dorota niespodziewanie wymierzyła niezbyt bolesny policzek najpierw Holdenowi, a następnie osłupiałemu Markowi.
– Panowie! – rzekła cicho, lecz dobitnie – Nie wymyśliliśmy jeszcze, co dalej, prawdopodobnie zmierzamy w kierunku Zurychu. Nie wiem póki co jak chcemy tego dokonać i co zrobimy z tym oto rzekomym funkcjonariuszem Interpolu… – w półmroku nie widać było wyrazu twarzy Holdena – ..ale dopóki jest z nami, zachowajmy jakieś cywilizowane standardy, dobrze?
– Ty chyba nie masz uczuć, kobieto! – wybuchł gwałtownie Marco.
Dorota zbladła, kiedy nagle mignęła jej wizja wysokiej kobiety z rocznym chłopcem na ręku. Dziecko płakało, gdy ta zniecierpliwionym ruchem wcisnęła mu skórkę od chleba, po czym podała go mężczyźnie w dziwnych szatach. „Iluina, ty chyba nie masz uczuć!” – wykrzyknął tamten, a dziecko płakało, płakało, płakało…
Niecierpliwym ruchem głowy odpędziła wizję i chwyciła Marka za bark. Odtrącił jednak jej rękę. Zaskoczyło ją to, zabiegał o nią przecież już jakiś czas i starał się raczej pozyskiwać jej względy.
– Objawia się jakiś kutas znikąd i będzie mi matkę obrażał? Pozwalasz na to, tak?! Bo to nie twoja matka? Pieprzona egoistka! – wypluł jednym tchem.
Teraz Dorota w efekcie szoku aż zastygła.
– Słucham? – wykrztusiła, mrugając.
– Na twoim miejscu nie byłbym tak skory do obrony matki – rzekł Holden beznamiętnym tonem. – Ja ją przynajmniej poznałem, ty jakoś nie miałeś okazji.
Marco wychylił się w jego stronę, rozwścieczony, prawie kłądąc się Karmel na kolanach. W jego głowie szalało istne piekło, przez ciało przechodziły na przemian fale zimna i gorąca. Owszem, praktycznie nie pamiętał swoich biologicznych rodziców, zachował o nich tylko strzępy wspomnień. Wychowali go obcy ludzie, ale wierzył, że prawdziwi rodzice pozostawili go pod opieką innych z bardzo ważnego powodu. Nie byli bezdusznymi potworami. Ta wiara pozwalała mu przetrwać przez te wszystkie lata, a teraz ta wywłoka z odchyłami psychopaty próbuje zburzyć podstawowy filar jego równowagi psychicznej? Był tak zirytowany, że z chęcią by go zabił.  Zacisnął zęby starając się uspokoić, zamiast tego czuł jednak, że zaraz znów eksploduje.
No pięknie, więc jednak awantury nie udało się uniknąć – stwierdziła z konsternacją Dorota , wciśnięta bezceremonialnie w oparcie kanapy. Na domiar złego ponownie wtrącił się Antoni, który miewał niekiedy dobre chęci połączone z zaskakującą nieudolnością w wyczuwaniu międzyludzkich niuansów:
– Wiecie co… Nie ma się co bić. O mojej matce mówili, że jest straszną flirciarą. Pewnie się zdziwicie, jak powiem, że urodziła mnie mając osiemnaście lat? Zrobiła maturę zaocznie.
No nie, pomyślała Karmel zarazem zirytowana i rozbawiona, nie można przecież być aż tak głupim, żeby sadzić uwagi tego typu w takim momencie!
Marco i Holden zbaranieli.
– ..ale wiecie – kontynuował Antoni niewzruszenie, przechylając nieco oparcie fotela i kładąc rękę na lewarku – dziadek i babcia nie robili jej specjalnych wyrzutów, bo sami mieli wpadkę. Z Ireną, matką Karmel. Młodzi byli, musieli się szybko pobierać.
– To jakim cudem twój dziadek skończył tę archeologię? – zainteresowała się ni stąd ni zowąd Justyna.
A tej co, też odbiło?
– Dość późno, jak ciotka i mama podrosły trochę. Babcia zawsze narzekała, że przez to nigdy nie mieszkali jak ludzie. Willę dziadkowie kupili na rok przed moimi narodzinami, a domek nad jeziorem miał nie więcej niż dziesięć lat.
Posmutniał wyraźnie, po czym westchnął i włączył światło.
Marco i Holden spojrzeli na siebie. Holden mimowolnie się uśmiechał, lecz Marco miał na twarzy grymas, który w pewien sposób przeraził Dorotę. Nigdy jeszcze, od kiedy się znali, nie widziała u niego takiego wyrazu twarzy.
Tymczasem Antoni najwyraźniej zakończył swoją przemowę, która, o dziwo, w jakiś sposób rozładowała sytuację. Ten też jest niezły, westchnęła w duchu. Jak on się uchował? Z drugiej strony jednak, jeżeli ktoś w XXI wieku nazywa się Antoni (co brzmi prawie jak synonim hasła „Boryna”), to cudów nie ma, w jakiś sposób to się musi odbić na jego psychice. Dorota poczuła nagle wdzięczność dla Marka za jej ksywę i uśmiechnęła się do niego mimochodem. On jednak wciąż miał ten dziwny zacięty wyraz twarzy. Uśmiech Karmel szybko zgasł, a po plecach przebiegł jej nagły dreszcz.
Była wdzięczna, gdy Justyna ucięła tę wymianę uprzejmości.
– Musimy zastanowić się, co dalej – powiedziała rzeczowo. – Przede wszystkim powinniśmy mieć pieniądze w gotówce, by nie zostawiać elektronicznych śladów. No i zabrać potrzebne dokumenty… Jak zamierzamy zdobyć to wszystko, nie ujawniając swojej obecności w miejscach, gdzie można się jej spodziewać?
– Ciężka sprawa – westchnął Antoni. – Ale świta mi jedna myśl. Nie wierzę, że dziadek przy całej swojej przemyślności nie zadbałby o tak istotną kwestię. Te rzeczy muszą znajdować się w aucie, przynajmniej częściowo, jestem o tym przekonany!
Pochylił się nad konsolą i w skupieniu zaczął przeglądać dostępne opcje. Nie znalazł tam niestety nic, co mogłoby go naprowadzić na ślad schowka. Zamyślony pukał po desce rozdzielczej. Jego dłoń trafiła na zagłębienie od szufladki popielniczki. Bezwiednie pociągnął za uchwyt. W środku leżała dziadkowa fajka. Antek chwycił za nią chcąc się przyjrzeć znalezisku. Kiedy tylko fajka znalazła się w górze, szufladka wysunęła się jeszcze bardziej.
Okazało się, że była to właśnie poszukiwana skrytka. Za popielniczką znajdowała się kolejna przegródka, a w niej paszport Antoniego i Doroty oraz po dziesięć tysięcy złotych, euro i funtów. Było też trochę dolarów, oraz karta bankomatowa z przyklejoną karteczką z czterema skomplikowanymi równaniami matematycznymi.
– Dorotko, widzę, że dziadek zadbał o twoje zdolności matematyczne – odezwał się rozbawiony do kuzynki. – Sądzę, że rozwiązaniem tych łamigłówek jest PIN do karty.
– Twój staruszek zaczyna mi się coraz bardziej podobać – zaśmiał się Marco iście diabolicznym śmiechem. – Aż żałuję, że nie miałem okazji poznać go za życia! Gdzie on się tego wszystkiego nauczył? Jesteś pewien, że jego główną specjalizacją było zgarnianie starych skorup? – dorzucił z ironią, przyglądając się znalezisku. – No dobrze, więc ty i Karmel macie drzwi otwarte – podsumował. – Zostaje jeszcze Justyna i Holden. No i ja.
– Ja noszę wszystkie niezbędne dokumenty zawsze przy sobie – rzekła Justyna.
– Ja mam jeszcze legitymację Interpolu – mruknął Holden. – O ile się jej nie pozbyliście – dorzucił z przekąsem.
– Mamy wszystkie twoje skarby – uśmiechnął się Antoni od ucha do ucha. Mogą się nam jeszcze przydać.
– A ja mam przy sobie tylko prawo jazdy, reszta jest u mnie na chacie – zakończył wyliczankę Marco, najmniej zadowolony ze wszystkich. – Co zrobimy z tym fantem? Jedziemy tam teraz?
– Jutro – odparł Antoni. – No i nie możesz tam iść osobiście, ani w dzień, ani w nocy. Pomyśl nad tym, kogo tam wyślesz i jak. A teraz śpijcie wszyscy, póki możecie.
Dorota starała się ułożyć jak najwygodniej na swoim miejscu na tylnym siedzeniu. Jeszcze parę godzin wcześniej nie wahałaby się oprzeć głowy o Marka. Teraz jednak coś ją powstrzymywało.
Próbując usnąć, mimowolnie zaczęła snuć praktyczne rozważania nad przyszłością w perspektywie obecnej sytuacji.
Mamy grudzień, pomyślała sennie. Zawaliłam mnóstwo laborek na polibudzie, nie mam szans na zaliczenie semestru… Antek też nie. Może by tak wsteczny urlop dziekański? Tylko czy dziekan przyjmie wniosek? Marco niczego nie zawalał. Od kiedy rzucił studia, uznając je za mało rozwojowe, funkcjonował we własnym rytmie i stylu, tułając się to tu, to tam i dorabiając na życie czy to na myjni, czy rozładowując kontenery. W razie czego ratował się brzdąkaniem na gitarze. Zawsze w biegu, przeciwko strukturom.
Bunt Karmel przybierał formy bardziej akceptowalne społecznie. Dorota uważała za pewien paradoks życiowy, że ona, ze wszystkimi swoimi wizjami i przeczuciami, dawała radę mieć stypendium naukowe na kierunku automatyka i robotyka. Przynajmniej w jakiś sposób przeciwstawiła się humanistyczno-społeczno-wizjonerskim tradycjom rodziny.
Usypiała już, kiedy nagle przypomniała sobie, z czym skojarzył jej się wyraz twarzy Marka.
Z zabójcą, który ostatnio prawie ich dopadł.


<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->