Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #2

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Michał Nowina, Dida (Forum miłośników „Sagi o Ludziach Lodu” PIFF ) 

Odcinek 3

Kiedy tylko Antoni wyłączył komórkę, rozbrzmiał dzwonek okrutnie starego telefonu dziadka, pamiętającego niechybnie jeszcze czasy Churchila. Nie podejrzewając niczego wstał i przeszedł do kuchni w przekonaniu, że ktoś ze znajomych czy krewnych  dzwoni z kondolencjami – odebrał już wcześniej kilka takich rozmów.
– Halo? – zapytał znużony, odpowiedziała mu jednak głucha cisza. Doprawdy świetny moment na strojenie sobie żartów, pomyślał z irytacją. Miał już zamiar odwiesić słuchawkę, gdy usłyszał głos:
– Panie Antoni? Niech pan się nie rozłącza…
Był to ciepły melodyjny głos kobiecy. Przemknęło mu przez myśl, iż zna skądś ten głos, lecz po namyśle stwierdził, że chyba jednak nie.
– Tak, słucham? – usłyszał swoją własną odpowiedź.
– Jest coś, co chciałabym z panem przedyskutować.. aczkolwiek obawiam się, że to nie jest rozmowa na telefon. Czy możemy się spotkać w ulubionej kawiarni pańskiego dziadka? Za 30 minut tam będę. Proszę się spieszyć!
– Ale… – zaczął, nieznajoma jednak zakończyła już rozmowę.
Co się dzieje? Kim jest ta kobieta?
– Ulubiona kawiarnia dziadka… – pomyślał na głos do pustej słuchawki.

Antoni spieszył się jak tylko potrafił. Do umówionego wcześniej spotkania zostało jeszcze parę godzin, miał więc nadzieję, że ogarnie oba terminy.
Niestety, w kawiarni „Literat” był dopiero po 45 minutach.
Znał to miejsce. Jego dziadek zawsze, będąc w pobliżu, wstępował tutaj na herbatę.
Podszedł do baru, przedstawił się i zapytał, czy ktoś na niego nie czeka. Barman ruchem ręki wskazał mu stolik ukryty głęboko w niszy. Siedziała przy nim elegancka, starsza kobieta. Popijała coś ze stylowej filiżanki i czekała.
– Pani do mnie dzwoniła? – zagaił Antoni, przysiadając się do stolika.
– Tak, ja. Z tego co pamiętam, to umawialiśmy się za pół godziny, a jest prawie godzina. Naprawdę, punktualność jest słabą stroną waszego rodu. Twój dziadek też się notorycznie spóźniał, ale nie o to mi teraz chodzi.
– Kim pani jest? – spytał Antoni bez ogródek,  przyglądając się apodyktycznej damie. Wydawało mu się, że zna z widzenia lub z opowieści wszystkich znajomych dziadka. Tej kobiety jednak nie kojarzył. Jej głos znów wydał mu się znajomy, nadal jednak był pewien, że nigdy jej wcześniej nie spotkał.
– To nieważne – nieznajoma zarumieniła się wyraźnie i zaczęła nerwowo skubać chusteczkę trzymaną w ręku. – Mam ci coś ważnego do powiedzenia, a to, kim jestem, nie ma z tym żadnego związku.
– Ale mimo to chciałbym wiedzieć? Chyba gdzieś już słyszałem pani głos.
Kobieta pokręciła głową i zacisnęła usta.
– Dzisiaj rano wróciłam do domu po dłuższej nieobecności. Czekał na mnie stos korespondencji i paczka, nadana przez twojego dziadka. Znalazłam w niej mały pakunek i list z prośbą, żebym to przechowała i wręczyła ci, gdy Jana już nie będzie na tym świecie. Spotkałabym się z tobą wcześniej, ale nie było mnie w kraju.
Po tych słowach nieznajoma sięgnęła po torebkę wiszącą na oparciu krzesła i wyciągnęła niewielki pakunek, zawinięty w zwykły szary papier, przewiązany sznurkiem.
Antoni wziął od nieznajomej paczkę. Była nieduża, może troszkę większa niż paczka papierosów, a wewnątrz coś gruchotało. Bez słowa schował ją do kieszeni – owszem, ciekawiło go co jest w środku, jednakże w tym momencie bardziej interesująca była dla niego sama starsza pani, która zachowywała się w tak tajemniczy sposób.
– Może napiłaby się pani jeszcze kawy lub herbaty? – zagadnął kurtuazyjnie.
Nieznajoma uśmiechnęła się.
– Nie, dziękuję. Dopiero co wypiłam kawę. W moim wieku nie można sobie pozwolić na więcej, a już na pewno na tę sama przyjemność dwa razy pod rząd.
Antoni wciąż bacznie się jej przyglądał. Zawsze miał pamięć do twarzy, miejsc i sytuacji, gorzej natomiast było u niego z zapamiętywaniem imion – dlatego właśnie to uczucie, iż zna skądś tę starszą panią, nie dawało mu spokoju. Jeżeli był pewien że nigdy jej wcześniej nie spotkał, to skąd by miał ją znać?
Starsza pani była teraz bardzo podenerwowana. Udawała, że wszystko jest w porządku, była jednak spięta i ukradkiem rozglądała się po sali.
Antoni postanowił, że za wszelką cenę dowie się, kim jest jego rozmówczyni.
– Bardzo przepraszam panią – zaczął. – Proszę mnie nie zbywać. Jestem pewien, że jako dziecko musiałem widzieć panią u mojego dziadka w domu. Byłoby mi bardzo miło, gdybym mógł poznać chociaż pani imię. To dla mnie zaszczyt poznać znajomą dziadka, tym bardziej, że do towarzyskich to on nie należał.
– Jak my wszyscy.. – westchnęła.
– Słucham?
– Nie, nic ważnego. Dobrze, młody człowieku. Powiem tylko tyle : mam na imię Zuzanna i od wielu lat byłam znajomą twojego dziadka. Razem studiowaliśmy i przez szereg lat współpracowaliśmy w pracy. O więcej proszę mnie nie pytaj.
– Strasznie pani tajemnicza. Umiem jednak uszanować czyjąś prywatność, dlatego nie będę pani więcej męczył pytaniami.
– Gentelman, jak dziadek – staruszka uśmiechnęła się pod nosem. – Zresztą, jesteś do niego podobny z wyglądu, tyle że masz bardziej okrągłą twarz. Oj, zagalopowałam się. Ja tutaj robię jakieś tajemnice, a pozwalam sobie mówić panu na „ty”.
– Nic nie szkodzi. Jest pani w wieku mojego dziadka. On też mi mówił po imieniu, więc niech pani też mówi mi Antoni.
– Dobrze zatem, Antoni – rzekła na powrót poważniejąc. – Utrzymuję tajemnicę, ponieważ chcę ciebie chronić, i wierz mi, lepiej żebyś nie wiedział przed czym.
– Po takim wstępie to z ciekawości nie będę mógł spać.
– Curator is prime grade insquequo coniecto.*
– Pani Zuzanno, znam łacinę. Wiem, że to pierwszy stopień do piekła.
– W tym przypadku może to być dosłowne, mój drogi Antoni.
– Piekło to ja mam w domu. Jak sobie pomyślę, że muszę posprzątać wszystkie pokoje i na nowo posegregować notatki dziadka, to mi się przysłowiowy nóż w kieszeni otwiera.
– Co się stało, drogi chłopcze?- zapytała Zuzanna wyraźnie zdenerwowana.
– Podczas pogrzebu dziadka ktoś włamał się do domu i wywrócił tam wszystko do góry nogami, a jak wróciłem, to na odchodnem zdzielił mnie czymś ciężkim w głowę.
– Masz szczęście, że żyjesz. Wracaj natychmiast do domu, trochę go uporządkuj i radzę dobrze, nie nocuj w nim.
– Pani Zuzanno, przecież dam sobie radę. Co mi się może stać w moim domu?
– Co? Już raz w głowę oberwałeś. Bądź mądry i mnie posłuchaj.
– Dobrze, jeżeli to takie ważne, to prześpię się w akademiku.
– Dobry pomysł, a teraz wybacz, ale zaraz mam autobus. Muszę już iść. Jeżeli coś się zmieni, odezwę się.
Antoni wstał, żeby podać płaszcz pani Zuzannie.
– Naprawdę było mi bardzo miło panią poznać. Nie mogę się doczekać naszego następnego spotkania.
– Mi również było miło. Jesteś naprawdę miłym młodym człowiekiem.
Pani Zuzanna wzięła torebkę z oparcia krzesła i wyszła z kawiarni.
Antoni ponownie usiadł przy stoliku. Zadumany, siegnął do kieszeni. Chciał już otworzyć przesyłkę od dziadka, kiedy usłyszał pisk opon i huk na ulicy.
Od razu przez myśl przemknęła mu jego nowa znajoma.
Jak z procy wybiegł przed lokal. Na ulicy zgromadził się już spory tłumek gapiów.
– Pewnie weszła mu pod koła! – było słychać z tłumu. – Taka stara baba nie powinna chodzić sama po ulicy, tylko zagrożenie stwarza dla kierowców!
– Co też pan mówi, jakby ten kierowca był w porządku, nie uciekłby z miejsca wypadku!
W tej bezskładnej paplaninie Antoniemu udało się wreszcie przedrzeć przez tłum.
To co zobaczył, przeraziło go : pani Zuzanna leżała na jezdni w pozycji bezwładnie rzuconej lalki, z głową bokiem leżącą na asfalcie.
– Ludzie!!! Wezwijcie karetkę!! Niech ktoś wezwie to cholerne pogotowie!! – krzyknął Antoni podbiegając do pani Zuzy.
– Chłop…chłopcze.. – wykrztusiła.
– Proszę, niech pani nic nie mówi. Pogotowie już jedzie.
– Chłopcze, pamiętaj, destination procuratio ones, quis venustas quoque concero tendo. **
– Co pani mówi? Jakie sznurki?
– Zzz..zrozumiesz, przyjdzie czas, to zrozumiesz… Nostrum, illud quis rectus ut vigilo unus erant yourselves ut stipes…. Pondera non ago. Bids ut latin, vel alius non veneratio vadum wits.
Antoni zrozumiał i również przeszedł na łacinę
– Wits? Quis talis wits? ***
Niestety pani Zuzanna już nie odpowiedziała. Z ust pociekła jej stróżka krwi i przestała oddychać. Kiedy przyjechało pogotowie, lekarz stwierdził zgon.
Wraz z karetką pojawiła się też Policja. Wśród gapiów znalazł się ktoś, kto widział samochód, który potrącił panią Zuzę.
– Panie władzo – mówił wyraźnie podekscytowany sprzedawca z pobliskiego kiosku – To był jak nic pancerny Mesio!
– Mesio??? – zdziwił się policjant.
– Znaczy się Mercedes, panie władzo. Pancerny jak nic, nawet się lekko nie wgiął. Tablice miał zachlapane błotem. To była robota na zlecenie, mówię panu. Wiem, bo w pracy czytam „Śledczego”, a tam piszą o takich sprawach, i to sama prawda jest panie władzo, samiuśka!
– Tak, sama prawda – przytaknął policjant z przekąsem. – Jeżeli się panu jeszcze coś przypomni, proszę zgłosić się na komisariat. Zresztą i tak jeszcze pana wezwiemy na spisanie zeznań.
– Co tylko pan sobie życzy, panie władzo.
Teraz ten sam funkcjonariusz podszedł do Antoniego.
– Znał pan ofiarę?
– Tyle o ile. Pani Zuzanna była znajomą mojego dziadka.
– To proszę go wezwać na komisariat – ciągnął procedurę policjant.
– Z miłą chęcią, ale dziadek nie może przyjechać.
– Nie ma problemu, przyślemy po niego radiowóz.
– I tak się nie stawi. Dzisiaj był jego pogrzeb.
– Proszę pana, niech pan sobie żartów ze mnie nie robi, jestem funkcjonariuszem na służbie! – ofuknął go mundurowy.
– Nie śmiałbym sobie żartów robić z policji, tym bardziej w obliczu śmierci.
– Wie pan co, jak jest pan taki wygadany, to pojedziemy na komisariat i tam porozmawia pan z moim szefem. Zapraszam do radiowozu!
Zrezygnowany Antoni nie stawiał żadnego oporu. Posłusznie wykonał polecenie, jednak funkcjonariusz przez całą drogę nie odezwał się już do niego ani słowem. Najwyraźniej poczuł się urażony.
Na komisariacie kazał mu usiąść na korytarzu i czekać. Antoni grzecznie usiadł, a że czekanie się przedłużało, rozpakował przesyłkę od dziadka.
W pudełku był kluczyk i kartka z napisem po łacinie „Heretofore peto suum identity, duco preterea portrait posterus.
Conjunction sub nether vir pariter vetted profundities , quod manus manus volo thee ero vinum.” ****
Znowu zagadka – powiedział sobie w myślach. Głębia, wino? O co tu chodzi?
Z zadumy wyrwał go kobiecy głos.
– Znowu się spotykamy. Dwa razy w ciągu jednego dnia. Wpierw włamanie, potem śmiertelny wypadek. Albo pan jest w mafii, albo ma paskudnego pecha?
– Zapewniam panią detektyw, że to drugie – odparł  znużony. – Po śmierci pani Zuzanny na pewno to drugie.
Pani Bielska ruchem ręki zaprosiła go do biura.
– Rozumie pan, że teraz będę musiała panu zadać parę pytań dotyczących zmarłej. Domyślam się, że ten telefon, po którym wyszedł pan z domu, był właśnie od niej?
Antoni lekko się zmieszał, niemile zaskoczony faktem, że znajduje się pod obserwacją. Oczy pani detektyw, chociaż ciepłe, wyrażały irytację ich właścicielki, związaną z zatajeniem prawdy.
– Tak, to ona dzwoniła i poprosiła o spotkanie, ale przyrzekam, że nie wiedziałem jaki był jego cel.
– Nie musi pan przyrzekać. Nie wygląda pan na kłamcę, więc powiedzmy, że w to wierzę. Jednakże proszę nie zatajać przede mną żadnych, nawet najdrobniejszych faktów. Pan też dzisiaj oberwał, więc to spotkanie z samochodem mogło być przeznaczone dla pana.

(…)

* ciekawość, to pierwszy stopień do piekła
** kieruje nami przeznaczenie, a przeznaczeniem kierują ci, co pociągają za sznurki
*** Z nas, tych co stoją na straży, tylko jeden ostał się na posterunku. Reszta nie żyje. Mówię po łacinie, bo nie każdy musi wiedzieć.
Wiedzieć? Co takiego wiedzieć?
**** Spójrz pod nogi i zbadaj głębię, a wskazówką niech tobie będzie wino – przypis autora

 

Jagoda Dżejdża Niemczycka

Odcinek 4

Antoni zamarł. No tak, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślał? Przecież to oczywiste: napad, dziwne telefony, no i nieoczekiwana śmierć tej nieznajomej kobiety.. To wszystko zaczęło się układać w przerażającą całość.
Oblał go zimny pot. Wreszcie dotarło do niego, że znalazł się w samym środku jakiejś szemranej sprawy, z którą niekoniecznie chciał mieć cokolwiek do czynienia. Nie pozostawiono mu jednak wyboru, najwyraźniej znalazł się na czyimś celowniku  i jego zadaniem było teraz przetrwać za wszelką cenę.
– Panie Antoni – z odrętwienia wyrwał go głos funkcjonariuszki. – Musi nam pan teraz opowiedzieć wszystko, co pan wie o ofierze. Jeszcze raz przypominam, że wskazana jest bezwzględna szczerość. Wygląda na to, że śmierć pani Zuzanny nie była zwykłym wypadkiem. Jeśli więc mamy do czynienia z morderstwem, również pan i pańscy najbliżsi nie są bezpieczni. Proszę o tym pamiętać!
– Tak, oczywiście.. – odezwał się Antoni. –  Zdaję sobie sprawę z powagi sytuacji, w jakiej się znalazłem, i obiecuję, że będę wobec pani szczery. Nie znałem ofiary, choć przez chwilę miałem wrażenie, że słyszałem już kiedyś jej głos..  to chyba jednak tylko złudzenie. Pani Zuzanna co prawda podawała się za znajomą mojego dziadka, lecz nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek odwiedzała go w jego mieszkaniu.
– Myśli pan zatem, że kobieta kłamała, mówiąc, że go zna?
– Niekoniecznie.. – Antoni zamyślił się. – Jej słowa wydawały się szczere. Możliwe, że zwyczajnie nie miałem wcześniej okazji  poznać jej osobiście, dziadek utrzymywał przecież liczne kontakty z dawnymi znajomymi z pracy.
– Dobrze – przytaknęła policjantka. – Załóżmy więc, że pani Zuzanna mówiła prawdę. W jakim celu chciała się z panem spotkać?
Antoni zamilkł. Jakiś głos z tyłu głowy podpowiadał mu, że nie powinien zdradzać policji wszystkiego, że nikt, absolutnie nikt nie powinien dowiedzieć się o pustej szufladzie, tajemniczym liściku i ostatnich słowach pani Zuzanny. Kłóciło się to jednak z jego naturalną szczerością. Antoni nie lubił kłamać i jeśli mógł, starał się za wszelką cenę unikać naginania prawdy. Mimo to podświadomie czuł, że sytuacja ta wymagała takiego postępowania.
– Chciała po prostu złożyć kondolencje – kłamstwo z trudem przeszło mu przez gardło. – Rozmawialiśmy o przeszłości dziadka. Pani Zuzanna opowiadała, że była jego znajomą z pracy, razem pracowali przy wykopaliskach. To była zwykła rozmowa. Mimo wszystko wydaje mi się, że jej śmierć była fatalnym zrządzeniem losu, ta pani była osobą w podeszłym wieku, chciała przejść przez ulicę i mogła najzwyczajniej w świecie nie zauważyć pędzącego samochodu.
– Jest pan pewien? – policjantka zmierzyła go świdrującym spojrzeniem, lecz wytrzymał dzielnie jej wzrok.
– Tak mi się tylko wydaje. Nie zauważyłem w jej zachowaniu niczego dziwnego, czegoś, co mogłoby wskazywać na to, że ta kobieta była zamieszana w jakąś niebezpieczną sprawę.
Pani Bielska spojrzała na niego z pewną troską w oczach. Zadumała się przez chwilę, po czym odrzekła:
– Dobrze. Jeśli tak pan uważa, nie pozostaje nam nic innego, jak dać panu na razie spokój. Miał pan wystarczająco nerwowy dzień. Nie oznacza to jednak, że śledztwo zostanie umorzone. Zginął człowiek, a sprawca zbiegł z miejsca wypadku. Naszym zadaniem jest dopilnować, by okoliczności śmierci pani Zuzanny zostały całkowicie wyjaśnione. Proszę więc na wszelki wypadek uważać na siebie, i jeśli przypomni pan sobie jakiś szczegół, który mógłby być istotny dla całej sprawy, proszę natychmiast zgłosić się na komendę.
– Oczywiście – odrzekł Antoni – zrobię co w mojej mocy, by sytuacja rozwiązała się pomyślnie. A teraz… czy mogę już sobie pójść? Mam trochę spraw do załatwienia w związku ze śmiercią dziadka. Poza tym muszę jeszcze uporządkować całe mieszkanie po dzisiejszym włamaniu – westchnął zmęczony.
– Ma pan rację – przyznała. – Przepraszam, że pana zatrzymujemy, ale rozumie pan, musimy zebrać jak najwięcej zeznań i dowodów. Może pan już wracać do swoich spraw.
– Dziękuję – uśmiechnął się Antoni, po czym skierował się w stronę wyjścia. – Do widzenia pani.
Drzwi komisariatu zamknęły się za nim z cichym kłapnięciem. Uderzyła go fala zimnego, rześkiego powietrza. Było późne popołudnie, środek listopada, powoli zapadał zmrok.
Z odrętwienia wyrwało go nagłe szarpnięcie i natarczywy, kobiecy głos.
– Antoś! Ty baranie! Już myślałam, że wsiąkłeś tam, u tych glin! Pamiętasz jeszcze, że miałeś przyjść pod „Kulawą Pszczołę” ? – zarechotała dziewczyna.
– Dorota, przestań się chichrać! To wcale nie jest śmieszne! – sapnął zirytowany. – Nawet nie wiesz, co przeżyłem przez ostatnie kilka godzin!
Dziewczyna spoważniała i spuściła wzrok. Wiatr bawił się jej gęstymi, orzechowymi włosami, rozwiewając je na wszystkie strony. W dużych, karmelowych oczach można było dostrzec cień lęku.
– Wiem Antoś, wiem. Wiem o wszystkim – powiedziała zdecydowanym głosem. – Chodź ze mną. Musimy porozmawiać.
<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->