Literacki performance: „Tajemnica pergaminu znalezionego w piwnicy” #8

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->

Michał Nowina i Jagoda Dżejdża Niemczycka

Odcinek 27

Na kilka chwil zapadła cisza. Ani Marco, ani Antoni nie mieli pojęcia, w którą stronę mógł się oddalić Holden z Justyną.
Po kilku minutach natężonego główkowania głos zabrał Marco:
– Nie uważasz, że te zbiry, które zmuszeni byliśmy unicestwić, mogą mieć powiązania z naszym rzekomym policjantem z Interpolu? Bardzo

możliwe, że całe to zamieszanie było skrupulatnie zaplanowane po to, by udaremnić nam szybką reakcję na zniknięcie tych dwojga.
– A to przebiegła gadzina – mruknął Antoni – w takim razie w każdej chwili możemy się spodziewać kolejnej ekipy jego niezbyt życzliwych kolegów – jęknął.
– Spokojnie, Antek, mamy w zanadrzu jeszcze kilka kul, a mi żadne zbiry nie straszne- odparł jego świeżo upieczony towarzysz broni, uśmiechając się zadziornie.
– Dobrze, może więc lepiej zamiast gadać, zacznijmy działać – słabym, acz stanowczym głosem odezwała się milcząca jak dotąd Dorota.
– Karmel, jeśli nie czujesz się na siłach, nie musisz z nami iść – zaproponował Marco, zatroskany. – Zostań gdzieś tutaj, a my postaramy się wrócić jak najszybciej się da.
– Lepiej opowiedz, w jaki sposób doprowadziła się do takiego stanu – warknął Antoni, patrząc wilkiem na kompana.
– Cii, chłopaki, przestańcie znowu skakać sobie do gardeł – przerwała mu Dorota – Poza tym idę z wami, nie ma mowy, żebym została tu sama, nie wiadomo ile tych zbirów kręci się w pobliżu.. A tak nawiasem mówiąc, mogę wam się przecież przydać – zakończyła, wymieniając z Marco porozumiewawcze spojrzenie.
Marco westchnął ciężko. Cóż, prawdę mówiąc nie był z tego zbytnio zadowolony, tym bardziej że wiedział, jak ciężko Karmel potrafi znosić swoje wizje. Jednak rzeczywiście mogły one okazać się pomocne w odnalezieniu Justyny, musiał więc zgodzić się na uczestnictwo swej przyjaciółki w akcji poszukiwawczej.
– Dobra, zgoda – odrzekł – Tylko masz uważać na siebie i… nie przesadzać, rozumiesz? – poprosił z ciężkim sercem.
– Spokojnie, nie przejmuj się mną aż tak, bo udawanie miłosiernego kiepsko ci wychodzi – zaśmiała się Dorota. – A teraz przestańmy wreszcie gadać i ruszajmy w drogę, bo za chwilę może być już za późno!
– Ona ma rację – odezwał się Antoni – Marco, zabieraj swoje zabawki i idziemy. Musimy się spieszyć!
Niewiele się namyślając obrócił się na pięcie i ruszył zdecydowanym krokiem z powrotem w stronę lasu, a Marco z Karmel w ślad za nim.
Po chwili szybkiego marszu dotarli do miejsca, w którym zostali napadnięci przez zakapturzonych bandytów. Przystanęli. Marco rozejrzał się niespokojnie na boki, nie zauważył jednak niczego niepokojącego. Zwłoki unicestwionych zbirów napotkane po drodze leżały wciąż tak, jak zostały pozostawione. Dawało to pewną nadzieję, że wytłukli wszystkich i mogą czuć się bezpieczni, przynajmniej chwilowo.
– No więc, co dalej? – odezwał się Antoni – Dotarliśmy do punktu wyjścia, ale nie wiemy w którą stronę uciekł Holden z Justyną.
W tym samym momencie Dorota nagle pobladła i osunęła się na ziemię. Szczęśliwie Marco, który stał tuż obok, momentalnie podniósł ją i podtrzymał na swoim ramieniu.
– Karmel, co się znowu dzieje? – zaniepokoił się – Słabo ci?
– Nie, nie! – odezwała się nagle Dorota – Ja nie chcę.. Ciemno, nie, nie chcę do ciemnego.. Jak tu zimno i wilgotno!
– Antoni, wiesz o czym ona mówi? – spytał zdezorientowany.
– Ostatnim razem jak miała taką fazę, to odnalazła zaginioną kotkę ciotki Marysi. Chociaż to była wątpliwa przysługa dla społeczeństwa, bo bardziej wrednej kocicy nie znałem – ironiczne odparł Antek.
– Teraz jednak chyba chodzi o panią detektyw, jak sądzę..
– Owszem, i chyba wiem o czym ona mówi. Jedyne ciemne i wilgotne miejsce w okolicy to zespół bunkrów – stwierdził sucho.
– Wiesz jak tam dotrzeć?
– Raczej tak, to dość blisko stąd. Tylko boję się o Dorotę. Nie wygląda zbyt dobrze.. – rzekł spoglądając z troską na swoją kuzynkę.
– Jakoś sobie poradzimy, będę ją prowadził – przerwał stanowczo Marco. – A teraz chodźmy już, nie ma chwili czasu do stracenia! Tylko.. co z nimi wszystkimi..? – wskazał wymownie zataczając oczyma wokoło. – Zostawiamy ich tak, czy jak..?
– A co chcesz z nimi zrobić? – stwierdził Antoni kpiąco. – To nie nasz problem, zresztą koledzy na pewno się nimi zajmą, żeby nie pozostawiać śladów swojej obecności. A my i tak już siedzimy po uszy w gównie i musimy stąd wyrywać, jeśli nam życie miłe.
Spojrzeli na siebie nawzajem w wymownym milczeniu.
– Dobra, ruszamy tyłki! Nie ma na co czekać – podsumował ucinając zawisłe w powietrzu wątpliwości i wyrwał do przodu wyciągniętym krokiem.
Po jakiejś półgodzinie marszu zauważyli, że las zaczyna się zmieniać. Drzew było coraz więcej, rosły też bardziej gęsto i dziko, jakby chciały zagrodzić drogę intruzom. Powietrze stało się jakby gęstsze, a światło nie docierało tutaj już z taką łatwością jak w zewnętrznych partiach lasu.
– Teraz uważajcie – ostrzegł Antoni – Jesteśmy już blisko celu, w każdej chwili mogą pojawić się tu nieproszeni i niezbyt przyjaźnie do nas nastawieni goście.
Ostrożnie, starając się nie hałasować zbytnio, przebyli ostatnie kilkadziesiąt metrów, przedzierając się przez gęste zarośla. W końcu wyszli na luźniejszą przestrzeń, którą kiedyś pewnie można by nazwać polaną, gdyby nie rosnące tu i ówdzie drzewa i gęsta, przeradzająca się w zarośla trawa. Spośród tej trawy dostrzec można było jakąś betonową konstrukcję.
– Bunkier – mruknął Marco – Chyba jesteśmy u celu.
Wisząca mu na ramieniu Karmel ponownie pobladła i odezwała się słabym głosem:
– Ja… ja nie chcę tam wchodzić. Idźcie sami, jeśli chcecie, ja tam nie wejdę.
– Ale Karmel, nie zostawimy cię przecież samej! Obiecuję, że będę cię osłaniał i prowadził. Musimy tam zajrzeć, bo to jak dotąd jedyny trop – zaprotestował Marco.
Dorota westchnęła ciężko, ale nie oponowała. Posłusznie podeszła wraz z Marco bliżej, by przyjrzeć się dokładniej tajemniczej budowli.
Część bunkru, widoczna ponad ziemią, nie była zbyt wysoka. Betonowe ściany odpychały swym zgniłozielonym kolorem i licznymi czarnymi zaciekami. Sklepienie porosło trawą, spośród której wystawały tu i ówdzie otwory wentylacyjne.
– Cóż, nie wygląda to zbyt zachęcająco, ale służba nie drużba – stwierdził Antoni – Poszukajmy lepiej wejścia – to mówiąc ruszył na obchód obiektu.
Drzwi z grubej, zardzewiałej blachy znajdowały się po drugiej stronie budowli. Były lekko uchylone, choć wyraźnie od dawna nie otwierane. Antoniego to nie zniechęciło – domyślał się, że to tylko jedno z wielu wejść, które prowadziły w głąb kompleksu. Schwycił za pokrętło rygla i mozolnie zaczął przesuwać ciężki metal. Po chwili właz był otwarty, a ich oczom ukazały się schodki prowadzące w głąb konstrukcji.
– Karmel, trzymaj się mocno mnie – oznajmił Marco – Wchodzimy!
Ostrożnie zeszli po metalowych schodkach i znaleźli się we wnętrzu bunkra. Powietrze było tu stęchłe i wilgotne, a światło sączyło się jedynie ze znajdującego się na powierzchni otworu włazowego.
– Cóż, bez dodatkowego oświetlenia chyba się nie obędzie – rzekł Antoni i wyciągnął z kieszeni małą latarkę. Dawała słabe, nikłe światło, ledwo przedzierające się przez gęste powietrze i latające w nim drobinki kurzu.
– Idziemy – powiedział Marco, niepewnie stawiając kroki na nierównej, pełnej dziur powierzchni i spoglądając na uczepioną jego ramienia Karmel.
Jej oczy były pełne niepokoju.

Bartosz „Parczan” Parczyński

Odcinek 28

– Chyba żartujesz! – wybuchła Telien.
– Niestety nie – powiedział smutno Ren. Wieści które przyniósł, nie należały do tych przyjemnych. Rada zadecydowała podjąć bardziej drastyczne środki, jeżeli Holden zawiedzie.
– Przecież on zrujnuje wszystkie dotychczasowe plany!!! – wykrzykiwała w kółko.
– Nic nie poradzę, werdykt Rady był jednoznaczny.. Już nic go nie cofnie.
– To się dopiero okaże!
– Uspokój się Telien! – podniósł głos Ren – Sprawa robi się niebezpieczna, Oprawca jest nam teraz potrzebny.
– Wyście pogłupieli! Znowu zwali nam się na łeb tłum gapiów, reporterów i służb specjalnych!.. Czy naprawdę straciliście wiarę w Holdena? – zapytała błagalnie.
Nie odpowiedział.
Wyprostowała się i nareszcie zajęła miejsce siedzące. W komnacie nadal panował straszny bałagan. Ren dziwił się, czemu mimo wielu nalegań i próśb nadal nie posprzątała. Jej twarz przyjęła spokojny, ale morderczy wyraz.
– Kiedy dadzą mu pozwolenie? – zapytała drżącym głosem.
– Zaraz po tym, kiedy stwierdzimy fiasko poprzedniego planu. Dlatego poinformowałem ciebie pierwszą – członek Rady spoważniał jeszcze bardziej – Wkrótce przyjdzie po dane, wiesz o tym?
– Domyślam się. I to mnie przeraża.
Telien dobrze wiedziała, co to dla niej oznacza. Laureck Oprawca nie należał do typów cierpliwych i spokojnych. Zabijał ludzi bardziej dla zabawy niż zysku.
Napięta atmosfera przybierała na sile.
– Ren, posłuchaj, musi być jakiś sposób na zmianę decyzji..
Przerwał jej gestem.
– Klamka zapadła. Oprawca wyruszy na żer, a ty mu w tym pomożesz, udostępniając dane na temat celu. Telien… Proszę, nie rób nic głupiego.
– Przecież to szaleniec! Skąd mamy wiedzieć, że i on nie spapra sprawy! – znów wypaliła.
– Stąd…
Telien zamarła. Wydawało jej się że przez pomieszczenie przemknął lodowaty wiatr. Dostała dreszczy, lecz wciąż się nie odwróciła do nowego gościa.
– Stąd – powtórzył – Że ja nie zawodzę. Czyżbyś zapomniała? – mężczyzna stojący w drzwiach rozejrzał się niedbale po pomieszczeniu. Jego wzrok powędrował ku Renowi. Ten pobladł i zlał się zimnym potem.
Laureck Oprawca był zaiste przerażający. Wysoki, dobrze zbudowany drab o wyjątkowo nieprzyjemnym spojrzeniu. Ooo tak, spojrzenie było najgorsze. Oczy miał żółte jak wąż, a białka całkowicie czarne niczym noc. Twarz pokrywały mu blizny, zaś wokół prawego oka widniał tatuaż z Uroborosem. Ogolony był na łyso, zarostu też nie posiadał. W przeciwieństwie do innych jego strój niezwykle się wyróżniał. Czarna skórzana kamizelka, długie zielone spodnie i dobre wojskowe buty. Przy pasie tkwiły dwa noże. Jeszcze jeden sterczał przy bucie.
Pomieszczenie wypełnił szaleńczy śmiech.
– Ren, stary druhu! – wykrzyczał i opadł na pobliskie krzesło, rozrzucając leżące na nim pergaminy i dokumenty. Złapał szybko nóż do kopert ze stołu i zaczął grzebać nim w zębach. – Co cię sprowadza do Telien o tej porze?
Było późne popołudnie. Ren o tej porze rzeczywiście powinien być gdzie indziej.
– A tak wpadłem w odwiedziny – wydukał niezdarnie.
Laureck spoważniał.
– Won! – powiedział morderczym tonem i ruchem głowy wskazał mu drzwi.
Ren posłusznie wyszedł. Telien, wciąż sparaliżowana strachem, nawet nie zerknęła na niego. Przyglądał się jej uważnie, odchylając głowę w różne strony, jakby szukał dobrego kąta widoku.
Przez chwilę trwało napięte milczenie. Przerwała je Telien, zrywając się z krzesła. Podeszła do stołu pełnego różnorakich papierów i udawała że interesuje ją ich zawartość. W końcu wycedziła przez zęby:
– Czego chcesz?
– Dobrze wiesz.
– Nie masz jeszcze pozwolenia.
– Ale przejrzeć dane mogę, czyż nie? – zapytał ironicznie.
– Co dokładnie?
– Doszły mnie słuchy, że jest z nimi Lynsverd – znów zapadła cisza.
Pokiwała głową. Uśmiech zawitał na przerażającej twarzy Laurecka.
– Syn Archanioła.. Hmmm, to może być przyjemne polowanie. Zawsze chciałem zabić Lynsverda – wykrzywił się makabrycznie.
Telien bez słowa wręczyła mu dokument. Czytał dłuższą chwilę. Zdziwiony wstał.
– Zaraz zaraz, pani Wiedząca.. W aktach jest napisane, że nie jest świadomy pochodzenia, mocy i statutu! – wykrzyczał oburzony.
– Nic nie poradzę.
– Kurwa! – oblizał nerwowo wargi. Rzucił papier na podłogę.
– O ile pamiętam, masz ‘’dar’’- stwierdziła złośliwie. – Chyba nie sądzisz, że wyzwaniem byłoby nawet starcie z potężnym Lynsverdem? – Oprawca nieco ochłonął.
– Rzeczywiście. Ale odbiera mi to przyjemność skalpowania jego żałosnego ciała. Jeszcze tu wrócę – odparł już spokojniej.
Odwrócił się i zmierzał do wyjścia. Telien zatrzymała go.
– Jeszcze jedno. Panna Dorota ma być w miarę możliwości żywa, jeśli łaska. Rada ma wobec niej plany – stwierdziła chłodno, jak przystało damie jej pokroju.
Laureck zaśmiał się pod nosem.
– To zależy jak zdefiniujesz słowo ‘’żywa’’…

Quieva Kujdowa

Odcinek 29

– W końcu oprzytomniałaś – uśmiechnął się Holden szyderczo do wpółnagiej kobiety drżącej z zimna.
Justyna podciągnęła się wyżej i zacisnęła palce na lodowatym metalu drabinki, do której została przykuta. Szare światło pochmurnego jesiennego dnia sączyło się przez wylot szybu w górze, rzucając mdłą poświatę na podłogę pokrytą warstwą zbutwiałych liści i zgniłego szlamu. Ściany pomieszczenia niknęły w półmroku, w którym jarzyły się szaleńczym blaskiem jasne oczy jej oprawcy, stanowiąc jedyny ożywiony element całej tej scenerii, przez co wydawała się ona jeszcze bardziej upiorna.
– Proszę, proszę, Triumph, masz gust, paniusiu! – rzekł kpiąco naciągając i puszczając nonszalancko gumkę przy jej biustonoszu – Ale nie interesują mnie twoje, wątpliwe zresztą, wdzięki. Choć może cię to smuci, co? – wykrzywił się rubasznie.
Udawała że tego nie słyszy, chociaż gdzieś głęboko w duszy jakaś struna zaczęła jej dźwięczeć nieznośnie.
– Więc dobrze, zacznijmy od początku! – ciągnął beznamiętnie, przechadzając się przed nią niedbałym krokiem – Myślę że wiesz dobrze, czego od ciebie chcę, prawda? – zawiesił na chwilę głos, by jego słowa lepiej do niej dotarły. – Co ci wiadomo o całej tej sprawie, i gdzie zostało ukryte to, co schował wnuk starego? – zatrzymał się nagle i wbił w nią świdrujące pytające spojrzenie – Jeśli zechcesz współpracować i mi szczerze odpowiesz, zostaniesz potraktowana łagodnie – zakończył.
Bielska patrzyła na niego ponuro spomiędzy posklejanych kosmyków włosów opadających w nieładzie na twarz. Przy swojej wiedzy i doświadczeniu aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę, że ten mały psychopata jest zbyt zdesperowany i przerażony wizją własnej śmierci z rąk współbraci, by mogła liczyć na jakiekolwiek ulgowe traktowanie z jego strony. Ogarnęło ją nagłe zwątpienie. I nieznośna, uporczywa myśl: a gdyby tak dopomóc losowi i wreszcie skończyć z tym wszystkim? Tutaj, teraz, tak po prostu? Te wszystkie lata, kiedy usiłowała zapomnieć o ..tamtym, poświęcając się całkowicie służbie i innym ludziom, wydały jej się naraz takie.. puste i bezsensowne. Tyle już razy szukała okazji zaglądając desperacko śmierci w oczy i zawsze wychodziła z tych konfrontacji obronną ręką, aż w końcu przeznaczenie samo ją znalazło.. Wystarczy tylko pozwolić mu działać.. Najlepiej szybko i skutecznie.
Uśmiechnęła się ironicznie do swoich myśli.
– Z czego się śmiejesz, idiotko? – warknął Holden, interpretując ten uśmiech zupełnie opacznie.
Zawsze w podobnych sytuacjach starała się zachować spokój i nie prowokować agresywnych zachowań przeciwnika, jednak tym razem pokusa okazała się silniejsza od zdrowego rozsądku.
– Zastanawiam się, co robi tak żałosny kretyn w szeregach organizacji takiej jak wasza – odparła bez namysłu z niekłamaną satysfakcją.
Na efekt tych słów nie trzeba było długo czekać. Zamaszysty cios w twarz zwalił ją z nóg, tak że ogłuszona zwisła bezwładnie na rękach, krztusząc się krwią spływającą z rozbitego nosa.
– Ty nędzna suko! – wycedził Holden przez zaciśnięte zęby – Będziesz tu zdychała całymi dniami i modliła się o szybką śmierć, ale nawet sam Archanioł Ciemności zapomni o tobie. A nawet jeśli znajdzie się ktoś taki kto tu zabłądzi, to mogę sprawić, że słysząc i czując wszystko nie będziesz w stanie wezwać pomocy. Tego właśnie chcesz?!
Nie, tego właśnie przecież nie chciała. Nie w ten sposób. Była zmęczona, tak strasznie zmęczona.. Jednak iskierka woli i umiłowania życia tliła się w niej na tyle mocno, że rozpaliła w jednej chwili żarliwą nienawiść. Mimowolne, bezwiedne łzy rozpaczy i bezbrzeżnego żalu do życia i całego świata popłynęły po jej brudnych policzkach, rzeźbiąc na nich dwie jasne smużki.
– No proszę – rzekł jej ciemiężyciel, kpiąco unosząc brwi – Jednak policyjne smoczyce mają jakieś uczucia. To jak? – ciągnął dalej, ujmując ją za podbródek i obracając jej twarz ku sobie – Daję ci ostatnią szansę: będziesz współpracowała, czy nie?
– Wal się – wycedziła zsiniałymi ustami, patrząc na niego z najwyższą pogardą spod półprzymkniętych, opadających powiek.
Holdena ogarnęła gwałtowna wściekłość. Chwycił ją za włosy, wyginając głowę do tyłu do granic wytrzymałości.
– Dobrze, sama tego chciałaś! – wysyczał jej w twarz – Teraz pobawimy się inaczej!
– Nie radziłbym, Holden! – usłyszał naraz za plecami zimny głos Antoniego, do wtóru z metalicznym szczękiem odbezpieczanej broni. Czegoś takiego się zupełnie w tym miejscu nie spodziewał.
– Na kolana i ręce na kark! – komenderował dalej Antek poszturchując go lufą i dając jednocześnie znak Marco, by zajął się obezwładnieniem i przeszukaniem uciekiniera. Ten jednak stał bez ruchu, zapatrzony jak zahipnotyzowany w rozgrywającą się przed nim scenę, jakby sobie coś nagle przypomniał.
Sparaliżowany strachem Holden rozejrzał się ukradkiem wokoło, strzelając dziko oczyma jak złapane w potrzask zwierzę.
– I tak wszyscy sczeźniecie, niech się wam nie wydaje, że uratowanie tej policyjnej suki zdoła was przed czymś uchronić! – zaśmiał się szaleńczo, z wyczuwalną nutą histerii.
Reakcja nastąpiła natychmiastowo. Potężny kopniak zadany twardym jak kamień butem rzucił go w błoto na twarz.
– Ty nędzna gnido rodzaju ludzkiego.. – wycharczał Marco, zaciskając palce na jego szyi i tłukąc nim zajadle o ziemię, aż zgniły szlam rozbryzgiwał się dookoła. Napadnięty próbował się bronić – bezskutecznie. Jego wyrażająca skrajne przerażenie twarz robiła się coraz bardziej sina.
– Marco, przestań! – krzyknęła przestraszona Dorota, a widząc że jej prośba nie odnosi żadnego skutku, schwyciła rozwścieczonego za włosy i siłą odciągnęła do tyłu.
– Bo co?! – odwarknął wściekle już bardziej kontaktowy, usiłując wyrwać się z jej uścisku.
– Bo zabijesz.. swojego brata..! – wypaliła, patrząc na niego ogromnymi oczyma, o nieprzytomnym wyrazie.
Marco zamarł nagle w bezruchu, jakby go jasny piorun strzelił.
– Co… co powiedziałaś.. ? – wykrztusił, pobladły. Wszyscy ze zgrozą w milczeniu przyglądali się tej scenie, tylko na wpół uduszony Holden zakłócał absolutną ciszę, jaka nagle zapadła, kiedy krztusząc się próbował unieść się na łokciach. Czujny Antoni przygwoździł go z powrotem butem do podłogi.
– No.. miałam taką wizję, kiedy razem walczyliście.. – wyjąkała nieśmiało.
Marco stał jak sparaliżowany, mrugając oczyma, jak gdyby coś go nagle oślepiło. Uniósł drżącą rękę do skroni, oddychając głęboko. Sprawiał wrażenie ciężko chorego, jakby połknął truciznę.
– Marco, wszystko okey.. ? – spytała niepewnie Karmel, sama wracając powoli do realu.
– Jasna kurwa.. – zaśmiał się Długowłosy histerycznie, zataczając na ścianę. Dygotał na całym ciele. Przesunął ręką po oczach, jakby próbował uchwycić jakiś obraz. – Kurrrwa mać! – dorzucił z mocą, zaciskając pięści.
Na szczęście nie uderzył.
Nikt go nie zatrzymywał, kiedy chwiejnym krokiem ruszył półprzytomnie przed siebie i zniknął w korytarzu.
– No pięknie – sarknął Antoni – To chyba mamy problem – tu znacząco spojrzał w stronę Holdena, który już zdążył nieco dojść do siebie i wybałuszał na nich oczy, równie zszokowany. – Coś ty mu znowu nagadała, ma droga kuzynko?
Było to raczej stwierdzenie retoryczne, niż pytanie. Nie miał powodu nie wierzyć w to, co mówiła Dorota, przekonał się o tym już nazbyt wiele razy. Teraz wiedział, że Marco również tak uważa, wierząc ślepo w każde jej słowo.
Dorota zbyła to pytanie milczeniem. Podeszła zdecydowanym krokiem do Holdena i przeszukała go sprawnie, wykorzystując jego chwilowe oszołomienie. W kieszeni kurtki znalazła kluczyk od kajdanek i za jego pomocą szybko uwolniła Bielską, o której wszyscy zdali się nagle zapomnieć. Rzuciła kajdanki Antoniemu by czynił dalsze honory, sama zaś przyklękła przy Justynie, otulając ją swoim płaszczem i obcierając twarz chusteczką. Kobieta spojrzała jej w oczy z cichym wyrazem wdzięczności.
– Jak tej kreaturze udało się ciebie obezwładnić? – spytał bez wstępów Antek, skuwając na powrót Holdena.
– Dmuchnął mi w twarz jakimś proszkiem, który całkiem mnie oszołomił, choć nie straciłam świadomości – odparła ochryple Justyna, masując przeguby rąk. – Być może wciąż go jeszcze ma przy sobie, więc uważajcie na niego.
– Takie klocki.. – mruknął Antoni, po czym przyjrzał się uważnie mężczyźnie. Pomyślał chwilę i zdecydowanym ruchem ściągnął mu z palca sygnet, który od początku zwracał jego uwagę swą dziwną kasetkową konstrukcją oraz faktem, że w ogóle nie pasował do wizerunku policjanta, choćby i z Interpolu. Musiał trafić w dziesiątkę, bo Holden pobladł jeszcze bardziej. Najwyraźniej była to jego tajna broń, w której pokładał całą swoją nadzieję na ocalenie.
– Dobrze, porozmawiajcie tu sobie, a ja pójdę poszukać tego nieszczęśnika, zanim coś sobie zrobi wpadając w jakąś dziurę – rzekła stanowczo Karmel podnosząc się z klęczek i pomagając wstać Justynie z zimnej podłogi.
W tym momencie Holdenowi puściły ostatnie hamulce.
– Ja nie chcę umierać! – zaczął szlochać rozdzierająco – Nie pozwólcie im mnie dopaść!
Spojrzeli na niego wszyscy z litością, pomieszaną z obrzydzeniem. Teraz nie miał już w sobie nic z despotycznego psychopaty, jakim zdawał się być jeszcze przed chwilą. Był tylko małym, przerażonym chłopczykiem.
Antoni zajrzał w oczy Karmel, a następnie inspektor Bielskiej, która z trudem panowała nad mimiką twarzy, starając się jej nadać wyraz obojętny. O potencjalnej reakcji Marco wolał nawet nie myśleć.
Tak, mieli problem, poważny problem. Wszystko stanęło naraz na głowie, stając się w dwójnasób zagmatwane.

<- Poprzednie odcinki | Następne odcinki ->