Po drugiej stronie lustra cz. V

<- Część IV |


Otto Fraterlich, dziesiętnik pełniący wartę na kelradzkiej Bramie Eo, leniwie drapał się po gębie. Trochę chciało mu się spać, trochę jeść, trochę pić. Zwyczajowo już dawno oddelegowałby któregoś z podwładnych po jakąś kiełbaskę w sosie atrynijskim z cebulką. Zwyczajowo innego wysłałby po nalewkę tellameńską. Zwyczajowo popiłby sobie, najadłby się, a potem uciął zwyczajowo drzemeczkę. Takie miał zwyczaje podczas służby w Modris. Ale to nie był zwyczajowy dzień.

Z trzy lub cztery dni temu zjawił się jakiś student.  Mówił z wyraźnym, zachodnim akcentem, typowym dla mieszkańców republiki. A może pięć dni temu? – Fraterlich nie pamiętał dokładnie. Mówił bez krępacji o jakimś pochodzie. Nielegalnym. Prosił o otworzenie bramy, gdy rozlegną się hasła wolności, równości i braterstwa. Dbając o komfort dyskusji żak wręczył strażnikowi miejskiemu grubą sakwę. Zgodził się. Wszak interes to interes, jak mawiało się w Modris. Dziesiętnik, jako nie w ciemię bity służbista, wiedział, że litera prawa nie daje okazji do zarobku. Niektórym, rzecz jasna.  A Otto Fraterlich nie należał do niektórych.

Potem przyszedł inny żak. Chudy, o wyłupiastych oczach. Ten z kolei ględził, aby bramy nie otwierać. Otto Fraterlich zgodził się.

Dziesiętnik nie był w ciemię bitym służbistą. Drugi dał więcej, a przecież interes to interes.

***

Bardi Grodder, nestor kelradzkiej fili klanu Grodderów, przeglądał plany wykonawcze barykad.

– Co za łajno – z braku innych osób w warsztacie gadał do siebie. – Fuszerka i partactwo. Stabilne to, jak ludzki rozum…

Stary krasnolud brzydził się spreparowanymi planami. Uraczył się Starym Grodzkim, bursztynowym piwem z Modris i zaklął plugawie w rodzimym języku. Piwo smakowało mu jak zawsze. Tordi Grodder, starszy klanu i zarazem kuzyn Bardiego, wysłał mu tuzin keg z republiki. Do beczek dołączona była depesza ze schematem budowy barykad. Plany były łudząco podobne do tych, które wykonał dla jakiegoś studenciaka. Jakaś zadyma się szykuje, myślał krasnolud.  Studencka zadyma. To będzie i afera, i pogromy, i podwyżka podatków. I pewnie aprowizacja dóbr nieludzi na potrzeby cesarskie. Cholerny cesarz. I cholerne Cesarstwo.

Dziwna sprawa, snuł dalej. Pierwej żak składa zamówienie na barykady. Potem krasnolud projektuje schematy i wysyła je do kuzyna z Modris celem konsultacji. Tordi odsyła schemat z poprawkami. O ile ich spreparowanie można było nazwać poprawkami. Barykady posiadały wady. Kluczowe. Spojenia miały puścić przy naporze byle piechoty. Konstrukcja ciężka, materiały drogie, zamienniki tandetne. Bardi brzydził się, że taki produkt ma opuścić jego warsztat. Coś się szykuje, pomyślał mało błyskotliwie. Trzeba się przygotować na gorsze czasy.

W jednej z keg krasnolud znalazł czterysta denarów modriskich. Siwobrody krasnolud zrozumiał przekaz.

W końcu, jak się mawia w Modris, interes to interes.

***

Na wiklinowym stoliczku leżała karta papieru pokryta równym pismem. Alessia Glyssileth, matrona elfiego rodu kupieckiego z Middenvatten, zerkała nań z obrzydzeniem.

Przed paroma miesiącami jej ziomkowie z miasta stołecznego Kelrad, donieśli jej o ruchach studenckich w stolicy. Szykowały się bunty, pikiety, awantury. Tak jak przed paroma laty, gdy elfy z Kelrad protestowały przeciw obowiązkowi składania ofiar dziękczynnych za wygraną wojnę z republiką Norithoru. Elfy, jak cesarstwo długie i szerokie, wzgardzały ludzkimi zabobonami. Stąd spotkała ich, jak mawiali niektórzy, zasłużona kara.

Wówczas studenci przyłączyli się do elfów popierając ich bunt. Młodzież akademicka uwielbiała burdy, zamieszki i wszelakie okazje do pokazania władzy jak szanuje sztamp, obyczaje i autorytety. Elfów nie interesowały pobudki żaków, a efekty. Dlatego Alessia Glyssileth udzieliła poparcia rozjuszonym żakom gotowym do kolejnych rozruchów. Nieoficjalnie. Chcą protestować przeciw reformie sądownictwa, myślała siedząc na marmurowym tarasie. Zgodziła się powodowana koherentną nienawiścią do wszystkiego, co ludzkie. Pomimo tego, że – jak mawiali niektórzy – jej ród był zasymilowany. Zasymilowany to znaczy przyczajony. Jak kot. Jak Czarne Kaptury z Modris. Młodzieniec, który kontaktował się z przedstawicielstwem kelradzkim próbował kręcić i kłamać. Śmierdział wręcz swym modriskim pochodzeniem. Lawirował swym nazwiskiem, ale dla Glyssilethów nic nie mogło być okryte całunem matactwa. Matrona, z pomocą swych zauszników, dowiedziała się, że filię w Kelrad odwiedzał Victor Dauhwald. Tylko po co kłamał? Zastanawiała się potem.

Lecz był to czas decyzji. Założyła lokatę w banku Gelzów z Modris. Z tych funduszy Gelzowie mieli zakupić oręż dla studentów. Tak się stało. Matrona rodu kupieckiego Glyssileth czuła się zadowolona. Do czasu. Do wczoraj.

Zjawił się u niej Ernest Arubiel, oficjalnie student Akademii w Modris. Nieoficjalnie adept sztuk magicznych, uczeń profesora Vendoma Tasartira. Oficjalnie uczonego i attaché na dwór cesarski i margrabiego Marchii Północnej. Nieoficjalnie szpicla, szpiega, donosiciela i mistrza magii. Młodociany Arubiel dostarczył faktury z Wyspy Mort. Wyspy znanej, jako więzienie dla odszczepieńców, więźniów politycznych, nieludzi, heretyków i magików. Tajemnicą poliszynela było, że znaczne rody z republiki Modris posiadały na wyspie swoje interesy. Elfkę zaskoczyło jednak jedno nazwisko widniejące na fakturze.

Dauhwald.

Sfinansowała sprawę członka rodu, który gnębił jej ród. Wtedy było za późno. Z założonej lokaty została wybrana gotówka. Broń dotarła do stolicy.

Arubiel zaproponował Alessie Glyssileth zadośćuczynienie. I możliwość zemsty. Otrzymała poświadczenie na konto w Banku Gelzów na kwotę pięciuset denarów modriskich. Matrona brzydziła się niedotrzymanych umów, lecz poczuła się urażona intrygą, w którą została wplątana. Potrzebowała ujścia skrzywdzonej dumy. Potrzebowała wiedzieć, że krew żaków z Modris, pomaluje ulicę wyspy Kel. Potrzebowała wiedzieć, że ojcowie i matki akademickiej dziatwy poczują to, co elfy czują od wieków.

– W końcu, jak powiedział Garviel Arubel z Modris – mruknęła do siebie cichutko – interes to interes.

***

Ruben Wergstein z wredną satysfakcją przyglądał się żakowi z garbatym nosem. Odźwierny Bramy Eo znał młodzieńca. Przychodził do dziesiętnika z innym studentem. Gadali po cichu z dowódcą, klepali się po plecach. Otto Fraterlich zgarnął nawet sakiewkę z monetami. Wyglądali na zadowolonych. Dlatego Ruben postanowił zajrzeć do sakiewki i wziąć dwa denary, gdy dziesiętnik zwijał proporce z bramy. Przed paroma momentami Wergstein opróżniał nocnik wylewając ekskrementy do zaułka. Nikt tam zwykle nie stał toteż nikt zwykle nie bywał obrzucony gównem. Tymczasem napatoczył się tam garbaty nos ze swoim koleżką. Strażnik był pewien, że uczniowie pofatygują się do niego na górę. Złoiłbym gówniarzom skórę, prorokował butnie. Klęli, rzucali przekleństwa, pluli i obsobaczyli kogo się da. Ale oszczędzili sobie fatygi.

Wkrótce dołączyła do nich jakaś parka. Wątły studenciak przyszedł pod rękę z młodą dziewczyną. Również wyglądała na studentkę. Mówili do niego Tomas Vouter. Albo Wojter. Atrinijczyk bezbożny, ani chybi, zgadywał Ruben. Szeptali, pokazywali palcami na odnogi głównej drogi, potem pokłócili się trochę. Rozmawiali o nieobecności elfów oraz o jakiś barykadach. Mówili też o jakimś Gelzcie. Ruben dobrze znał to nazwisko. Dziesiętnik Otto Fraterlich posiadał konto bankowe w banku Gelzów.  Wergstein też kiedyś będzie miał tam lokatę. Kiedyś, bo póki co cięka pensyjka starczy mu na skromny wikt jego, żony syna i córki. A pić się też czasem chce.

Potem ten cały Wojtłer pytał o jakiegoś Wrajza. Albo Wajsera, zamyślił się Wergstein. Nie dokończyli dyskusji o tym człowieku. Od strony rejonu uniwersyteckiego zbliżała się chmara młodzieży akademickiej. Szli w ciszy. Dziwaczna to sytuacyja, zastanawiał się odźwierny. Zwykle się drą. O! Rozpiprzają też mienie publiczne! Może to jaki milczący pochód z okazyi zabójstwa tego studenciaka? Biedne chłopaczysko… Ktoś zamordował go na ulicy… Pod Małą Syrenką… A przecie tam dziatki pracują! I zwłok nawet nie skrył! Pewnikiem to chłopcy z nocnej brygady. Straszliwe z nich nerwusy, co braci studenckiej nienawidzą. Kto by tam zresztą tych darmozjadów lubił?

– Panie dziesiętniku! – strażnik odwrócił wzrok od studentów. – Jakaś manifestacyja się gotuje! I to ze studenciakami! Może by raptem skoczyć po jaśnie łoświeconego Henricha? To jego jurysydykcyja będzie.

– Jurysdykcja, jełopie – burknął Fraterlich znad miski z polewką. – Czy ty myślisz, że zaufani pana ze Stalervek nie donieśli naczelnikowi o tych ruchach?

Ruben nie zrozumiał. Zrozumieć nie mógł przez hałas, który rozległ się gwałtownie. Odwrócił się z powrotem do okna. Otto Fraterlich, pachnący koprem i borowikami, dołączył do niego.

– Ki czort? – Zdziwił się odźwierny.

Strażnicy nie potrafili oszacować ilu studentów zebrało się pod Bramą Eo. Z całą pewnością więcej niż parę lat temu. Na czele demonstracji Ruben Wergstein zauważył garbatego nosa z jego koleżkami. Poznał go po obsranym rękawie.

– Sprawiedliwość! Sprawiedliwość! – Rozpoczęły się krzyki żaków.

Tłum chroniły barykady. Początkowo Ruben myślał, że żacy trzymają transparenty. Może jakieś flagi. Tylko flagi czego? Bumelanctwa i rozpusty? Dopiero, gdy brać studencka zaczęła tłuc w nie pałkami, strażnik zrozumiał, że jest to mocniejsze od materiałów krawieckich.

Trwali w miejscu podobni wodzie gotującej się w garze.

– Oho – dziesiętnik wyprostował się. – Idzie straż pałacowa – wytężył wzrok. – I chyba na ich czele jedzie Henrich ze Stalervek.

– Niech żyje cesarz! Niech żyje cesarz! – Darli się studenci.

– Niech żyje cesarz! – Wtórował im Ruben.

– Stul pysk, idioto! – Fraterlich dał podwładnemu po łbie. – Zamknij się i oglądaj spektakl. Zaraz się zacznie.

– Co się zacznie?

Otto Fraterlich nie chciał zdradzać tego, co wiedział.

Zgodnie z przewidywaniami dziesiętnika naczelnik Cesarskiego Uniwersytetu w Kelrad, polecił rozejść się demonstrantom. Ruben nie słyszał dokładnie wywodu, ale domyślał się jego treści. Rycerz obiecywał im odpuszczenie win i brak konsekwencji z powodu nielegalnego zebrania się. Nikt nie miał ucierpieć, wszyscy mieli przeżyć. W odpowiedzi żacy zelżyli naczelnika i jego ród poświęcając lwią część na matkę.

Z okolicznych sklepów, klubów i tawern, wylali się gapie. Ruben zauważył jak z morza głów studentów wyłonił się jakiś chłopak. Cisnął kamieniem w korpulentnego kupca. Zainteresowani postronni raptem wrócili stamtąd skąd wyleźli.

– Klakierzy. Zaraz spierdolą… O widzisz! A nie mówiłem? – powiedział z niejaką dumą Fraterlich. – Wynajęci przez… – zastanowił się chwilę. – Cholera wie przez kogo.

Straż pałacowa ruszyła w stronę barykad. Naczelnik Henrich ze Stalervek jechał na jej czele dosiadając dostojnego gniadosza. Żacy wyrównali barykadę.

– Wolność! Braterstwo! – Krzyczeli.

To był znak. Znak, który dziesiętnik Otto Fraterlich miał zignorować.

– Wolność! Braterstwo! Wolność! Braterstwo!

Dowódca Bramy Eo zauważył, jak kilku studentów podniosło błagalny wzrok na blanki bramy.

– Interes – dziesiętnik mruknął pod nosem – to interes.

– Co? – Zapytał Ruben.

– Jajco. Patrz dalej.

Salwa kamieni pofrunęła w stronę straży pałacowej. Rozległ się dźwięk rogu. Sygnał do ataku. Henrich ze Stalervek usunął się z awangardy i skierował się na zad. Żołnierze w szyku zaprezentowali glewie i uderzyli na barykady. Wytrzymały.

Dźwięk rogu.

Zapatrzony w szarżę piechoty dziesiętnik, dopiero po chwili usłyszał ciężki tętent kopyt. Ciężka konnica wypadła z szerokiej ulicy prowadzącej do uniwersytetu. Nie mieli żadnej chorągwi. Odział formowany na szybko. Nagle. Na dźwięk gwizdka ruszyli w cwał i pognali na północną flankę barykady. Ta nie wytrzymała.

Studenci nie zdążyli się uzbroić. Ginęli szybko. Równie szybko próbowali się rozpierzchnąć między zabudowania wyspy Kel. Tych dopadała piechota.

– Mamusiu! – Krzyczał Victor Dauhwald leżąc ranny od pchnięcia glewii. – Mamo na pomoc!

Zginął pod kopytem ogiera należącego do Karla Breisezra.

– Victor! Nie! – Tomas próbował oswobodzić się z chwytu Emili.

Dziewczyna puściła go. Tomas odwrócił się do niej. Rycerz Ulrich z Thüsswaldu rozpłatał jej brzuch. Żaka z osłupienia wyrwał krzyk Rudrigera. Student szarżował na pana z Thüsswaldu z mieczem uniesionym nad głową. Uderzył go mieczem w bark okryty metalowym naramiennikiem. Potem stracił równowagę i upadł. Szlachcic roześmiał się gromko. Stanął nad Rudrigerem i bez ceregieli roztrzaskał jego głowę potężnym zweihanderem. Tomas Vouter poczuł, że zmoczył swoje spodnie.

Zemdlał, gdy pojął, że rycerz z Thüsswaldu zbliża się do niego żwawym krokiem.

***

Zanosiło się na deszcz.

Ludność miasta Kelrad nie posiadała się z radości. Nieczęsto przyglądała się publicznej egzekucji któregoś z notabli. Pal licho czym sobie zasłużył na śmierć. Implikacja stała nad powodami. Śpiewano tedy jowialne piosenki, rychło otworzono beczki z piwem i winem, zajadano się słodkościami, ktoś próbował sprzedawać różności.

Sebastian Gelz zajadał pączka z nadzieniem agrestowym. Chwilę po pierwszym kęsie zabrudził mankiety płaszczyka z kapturem. Nie szkodzi, pomyślał, i tak muszę się go pozbyć. Nie spodziewał się, by ktoś z tłumu rozpoznał jego twarz. Wszyscy, którzy mogli to zrobić nie żyli. Tomas Vouter, Victor Dauhwald, Rudriger Ossel, Emila Loufstein. I inni. Wielu innych. Pomimo tego wolał pójść za przykładem swoich kompanów.

Młodzian domyślał się, że władze Modris coś szykują, a stojący obok niego profesor Vendom Tasartir jest tej gry uczestnikiem. Podobno rody Ossel i Dauhwald śpieszą namawiać dożę do wprowadzenia sankcji wobec Księstwa Koronnego Kelrad i uległy dążeniom doży do zaciśnięcia stosunków z Marchią Północy. Tylko w czym rzecz, zastanawiał się. Rodziny Douhwaldów i ród Ossel, są wpływowe. Bogate. Trwają w dobrej komitywie z margrabią Godrynem Dermanem Namüelem. Handlują z nim medykamentami, surowcami, półproduktami. Sprowadzają z Marchii Północnej drzewo, węgiel, miedź…  Margrabia nie znosi cesarza. Cesarz przetrzymuje jego syna, Deotardusa. Cholera… Jeszcze jaka wojna z tego będzie… A wojna szkodzi handlowi… Chyba.

Student dokończył pączka i oblizał palce od lukru. Podniósł głowę do góry i zauważył jak kat kończy robotę.

Naczelnik Henrich ze Stalervek został obarczony winą za wystąpienia studenckie. Powiadali po karczmach i tawernach, że cesarz nie szczędził inwektyw, potwarzy i kalumnii. Zrównał rycerza z dziadostwem odbierając mu majątek i ziemię. Wtedy stała się rzecz najgorsza. Dla naczelnika. Postanowił oponować. Na respons cesarz nie kazał długo czekać. Naczelnikowi postawiono zarzut obrazy majestatu, uwięziono, skazano a następnie poddano wstępnej męczarni. Do właściwej dochodziło na oczach mieszkańców miasta Kelrad.

Gelz zerknął na niewzruszoną twarz profesora Tasartira oraz jego kompana. Że też dałem się nabrać, zastanowił się żak nad sobą. Widać od razu, że to nie żak, a jakiś agent. Pewnie któryś z Czarnych Kapturów. Nieznajomy wlepił wzrok w Henricha ze Stalervek. Patrzył na niego beznamiętnie, bez krzty empatii. Sebastian poczuł jak przechodzi go dreszcz.

– Powiedział, że spotkamy się na egzekucji – rzekł człowiek, który do niedawna nosił miano Karla Weissa. – Miał rację.

Zaczęło padać. Naczelnik dławił się cierpieniem, prosił bogów i ludzi o litość. Potem o skrócenie mąk.

Karmazynowa krew spływała strużką po pręgieżu. Tłum odpowiadał straceńcowi pogardą.

– Profesorze? – Odezwał się Sebastian.

– Tak?

– Wiem, że nie warto pytać o cel – żak niedbale wskazał ręką na krwawy spektakl – tych zabiegów…

– Ale?

– Ale proszę mi wytłumaczyć jaką rolę odegraliśmy w tym przedstawieniu.

Krzyk. Płacz.

Odcięte palce szlachcica poleciały w kierunku tłumu. Sebastian Gelz wiedział, że domorosłe zaklinaczki niebawem rzucą się po nie.

– Są tacy, którzy przeglądając się w lustrze rzeczywistości, dostrzegają siebie i tylko siebie – odpowiedział zawile profesor. – Stroją się przed nim, ćwiczą przemowy, zachowują się swobodnie i szczerze, gdyż patrzy na nich tylko lustro.  Słyszałeś o lustrach tellamelskich? Z pozoru wyglądają normalnie, lecz stojąc z drugiej strony można przyglądać się temu, kto przygląda się sobie.

– Chyba pojmuję – odparł Sebastian Gelz bez przekonania. –  Lecz gdzie my stoimy? Obok?

Krzyk. Smród fekaliów.

Głowa Henricha ze Stalervek została odebrana reszcie ciała.

– My, mój drogi chłopcze, stoimy po drugiej stronie lustra.

<- Część IV |


Michał J. Sobociński

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.