Przeznaczenie Dezawa

Śnieg skrzypiał pod stalowymi buciorami. Na futrach osiadł delikatny mróz przenikający w głąb odzienia. Brody piechurów pokryły się szadzią. Czarne chmury sprowadzające noc nie zapowiadały nic dobrego. Wędrowcy dotarli na skraj lasu. Niosący rannego po chwili opóźnienia spowodowanego targaniem towarzysza również dołączyli do pozostałych. Drewniane nosza zdawały się błagać o zwolnienie z powodu ciężaru opasłego Regnara zranionego w wyniku starcia z diabelską kostuchą, która dopadła ich kilka dni po wyruszeniu w drogę. Mściła się na każdym kto zdołał wyrwać się spod kosy udręki i pogardy. W oddali unosiła się delikatna poświata małej wioski, która w wyniku ciężkiego i mroźnego powietrza stała się ledwo dostrzegalna.

– Zajdźmy na noc do wioski, panie – wtrącił Vingor dając tym samym oznakę zmęczenia spowodowana szybkim marszem.

– Nie ma mowy głupcze – warknął dowódca – Nie ściągniemy na niewinnych ludzi gniewu tego ścierwa. To wyłącznie nasza rzecz.

– Dobrze gada – pochwalił dowódcę Regnar – Ona wróci po mnie, nie po nich. Nie siejmy leku wśród prostaków.

– Tu rozbijemy obóz – rozkazał Berg wskazując miejsce między drzewiną – Przy odrobinie szczęścia wywabimy kostuchę na otwarte pole i otoczymy odcinając drogę ucieczki. Rozpal ogień Dezawie synu Reznora! Niech truchło wie, że czekamy!

Wojownik niezwłocznie chwycił za tobół, z którego wyciągnął kilka suchych drew po czym zaczął krzesać ogień. Po chwili płomień buchnął omal nie spalając brody palacza. Ognisko nie tylko przenikało ciepłem strudzonych piechurów, ale również rozleniwiło instynkt walki i czujności które były jedyny sposobem przedłużenia marnego żywota. Kiedy ogień rozbudził się na dobre, Dezaw przeszedł wzdłuż linii lasu szukając odrobiny chrustu. Miejscami spod zmrożonego śniegu wystawały pojedyncze badyle. Woj próbował wyciągnąć kilka, niestety większość łamała się w dłoni po delikatnym pociągnięciu.

– Psia krew – zaklął po nosem – Nic z tego nie będzie. Jak pech to pech, a raczej przekleństwo tej suki – poprawił się w myśli.

Coś delikatnie zatrzeszczało w głębi lasu. Dezaw zamarł wytrzeszczając wzrok. Dłoń automatycznie powędrowała w kierunku prawego ramienia, zza którego wystawała rękojeść wielkiego stalowego topora. Przykucnął na śniegu i próbował wypatrzeć coś w ciemności. W oddali błysnęły dwa małe punkciki. Mrugały intensywnie obserwując wojaka.

– To sarna – stwierdził i uśmiechnął się w duchu – piękna, świeżutka, dorosła sarna. Choć malutka, poznajmy się bliżej – szepnął pod nosem.

Zwierzę sprawiało wrażenie jakby słyszało każdy oddech brodacza. Zamiast topora zdecydował się wyciągnąć z rękawa małą składaną kuszę. Z wysokiego niemal do kolan buciora dobył bełt zakończony pierzastą lotką. Za pazuchą miał drewniane pudełeczko przewiązane licowym rzemykiem, w którym trzymał olej utarty z trujących ziół. Niezwłocznie zanurzył weń grot bełta i sprawnie zamontował naciągając broń. Mróz utrudniał czynności które trzeba było wykonywać w rękawicach ze smoczej skóry.

Zwierzę stało bez ruchu obserwując poczynania oprawcy, nie do końca zdając sobie sprawę z tego co się kroi. Dezaw przyłożył kusze do polika i namierzył cel.

– Już cię mam – pomyślał.

Delikatnie zwolnił mechanizm. Strzała z ogromną prędkością przeszyła powietrze kończąc lot w miękkiej grdyce sarny. Zwierzę momentalnie padło na glebę wydając ostatni dech. Strzelec poderwał się na nogi i poszedł w głąb lasu po upolowaną zdobycz.

– Nie, potrzebnie smarowałem grot – wybełkotał w myśli – I tak padła od razu bidula.

Trucizna była tak silna, że w kilka minut zżarła metalowy grot bełta. Myśliwy złożył broń i schował za pazuchę. Podniósł zwierzę i sprawnie przerzucił przez ramię. Odwrócił się na pięcie i dziarskim krokiem ruszył w stronę obozu.

Ogień w oddali stał się punktem orientacyjnym dla wojownika przecierającego nową drogę przez skuty mrozem śnieg. Posiłek, który niósł na ramieniu nie był ciężki, jednak w obecnych warunkach stawał się utrudnieniem w i tak uciążliwym marszu.

Kiedy Dezaw przybliżał się do obozowiska odczuł dziwny smród. Połączenie potu i gnoju było przy tym niczym perfum. Fetor przypominał rozkładającego się trupa w połączeniu ze zgniłymi jajami i domieszką butwiejącej kapusty. Im wojak zbliżał się do miejsca, w którym zostawił kompanów, tym smród narastał coraz bardziej i bardziej. Piechur przystanął i nie mogąc wytrzymać rzygnął przez lewe ramię.

Znał ten fetor. Wiedział z czym – a raczej z kim – się wiąże i zdawał sobie sprawę z powagi przeklętej sytuacji. Nie przypuszczał jednak, że stanie się ona tak paraliżująca w skutkach.

Nastała noc. Czarne chmury zasłoniły księżyc, który w tym zasranym mroku był jedynym dawcą światła. Wojownik znajdował się jakieś czterdzieści kroków od prowizorycznego obozu. Nagle zamarł. Pociemniało mu przed oczami. Flaki w żołądku ścisnęło jak w imadle. Padł na kolana z rozdziawiona gębą próbując rozwikłać czy to co widzi jest snem a może jawą. Duszący fetor ogłupiał i mdlił do granic możliwości. Dezaw ponownie nie wytrzymał. Walnął o ziemię lekko już skostniałą sarnę i ponownie targnęły nim rwące torsje. Próbował dojść do siebie.

Na drzewach okalających ognisko wisiały cztery zmasakrowane ciała wikingów. Śnieg jeszcze nie, dawno czysty i biały teraz zmienił barwę na krwistą czerwień. Wokoło panowało nie, ziemskie spustoszenie. Trup rannego w ostatniej walce Regnara wisiał na grubej gałęzi po lewej stronie ogniska. Był zupełnie nagi. Z rozciętego brzuszyska wydostawały się parujące jeszcze wnętrzności. Ręce ponacinane w kilku miejscach straciły różowy kolor z powodu obficie upływającej krwi. Wisielec miał wydłubane oczy i podcięte gardło. Nie wiadomo, dlaczego powieszono go głową w dół i przymocowano do gałęzi za jedną nogę.

Na dwóch kolejnych ciałach Dezaw nie spostrzegł żadnych śladów walki. Wszystko wyglądało tak, jakby usieczono braci w czasie snu. Dwóm środkowym wisielcom również wydłubano oczy, jednakże powieszono ich w tradycyjny sposób – za szyję.

Po prawej stronie dogasającego już ognia wisiało ciało Berga – dowódcy drużyny. Gdyby nie stój i łańcuch na szyi, Dezaw nie rozpoznał by ciała. Było iście zmasakrowane. Jak u pozostałych towarzyszy, dowódcę również pozbawiono oczu. Miał obcięte dłonie, z których kapała resztka krwi. Nie powieszono go na gałęzi, ale przybito toporem do pnia drzewa, miażdżąc żebra i kręgosłup. Spalona broda i twarz Berga wyglądały odrażająco.

Zdruzgotany Dezaw przyglądał się ciałom towarzyszy. Podchodził bliżej próbując dopatrzeć się choć najmniejszych śladów ułatwiających zidentyfikować zwyrodniałego mordercę i potwierdzić własne przypuszczenia. Niestety. Zbrodnia musiała być przemyślana i zaplanowana w każdym szczególe. I jedno było pewne, nie dokonał tego człowiek. Nikt z ludzi nie byłby w stanie zaatakować z zaskoczenia czterech rosłych wojowników i dokonać takiej rzezi.

Kiedy przyglądał się zmasakrowanym zwłokom poczuł czyjąś obecność za plecami. Zimny pot perlił się na czole i spływał po plecach. Zerknął w prawą stronę chcąc dostrzec na śniegu cień oprawcy rzucany przez płomień ogniska. Nic jednak nie dało się zauważyć. Utwierdziło to Dezawa w przekonaniu, że przypuszczenia kłębiące się w umyśle były słuszne. Zebrał się w sobie i odchylił jedną nogę w tył robiąc duży krok. Od razu zauważył, że na śniegu pozostał tylko ślad po upolowanej niedawno sarnie, zwierzęcia jednak nie było.

– Wróciło ścierwo – wycedził po wąsem – Ta masakra to jej sprawka. Zaraz dobierzesz się do mnie, ale nie pójdzie ci tak łatwo.

Przymrużył oczy. Lewą ręką poprawił rogaty hełm i pogładził kosmatą brodę. Rękojeść stalowego topora, który dzierżył na plecach zadrżała, dając znak nadprzyrodzonej obecności drugiej osoby. Naraz usłyszał trzask w głębi lasu. Wstrzymał oddech koncentrując się na dźwięku. Zerwał się gwałtowny i mroźny wiatr roznosząc resztki żaru z dogasającego ogniska. Powiew poruszył trupy wiszące na gałęziach. W powietrzu dało się odczuć smród śmierci.

Dezaw wyprostował się i powoli chwycił drżącą rękojeść topora. Na trupie dowódcy usiadło czarne ptaszysko i głośno zakrakało.

– Zaczęło się – szepnął odwracając się na pięcie.

Ujrzał przed sobą przerażającą odchłań. Ziemia jakby zniknęła pod stopami otwierając czeluście mroku. Nagle poczuł dotyk kościstej łapy, która zacisnęła się na nim jak na mieczu.  Ostre trupie paluchu wbiły się w bark Dezawa zadając przeszywający ból. Wojownik upuścił trzymany w dłoni topór i zawył. Nie dając za wygraną szarpnął się potężnie wyrywając z uścisku śmierci. Błyskawicznie odwrócił się w stronę kostuchy i pobladł z przerażenia tracąc czucie w nogach i rękach.

Zza poszarpanego kaptura pobłyskiwały przekrwione ślepia, których spojrzenie zadawało ból i strach. Truchło przybliżyło się do Dezawa i kolejny raz wbiło szpony w ramiona. Kiedy podniósł głowę stanął oko w oko z królową śmierci. Wzrok utkwiony w zaropiałym ślepiu przyprawił go o mdłości. Naraz poczuł potężny wicher. Wszystko wokół zatańczyło. Dzielny woj znalazł się jakby w środku trąby powietrznej, niszczącej wszystko wokół.

Syn Reznora padł na kolana oszołomiony. Targało nim na lewo i prawo, jednak nie na tyle żeby wyrzucić poza obręb wściekłego wietrzyska. Ból przeszywał każdy centymetr ciała, sprawiając wrażenie jakby po kolei łamał każdą kość, wyrywał każdy mięsień. Męczarnia w końcu wzięła górę. Stracił kontakt z rzeczywistością. Zemdlał.

*************

Otworzył oczy. Mrugnął kilka razy łapiąc ostrość jak po długim śnie. Poruszył delikatnie palcami, potem całymi dłońmi, rękoma i nogami. Wszystko było całe, sprawne. Nie odczuwał bólu. Przed oczami miał czarne niebo pozbawione gwiazd. Co jakiś czas przeszywały je błyskawice nie wydając grzmotów. Również nie padał deszcz jak to zazwyczaj bywa w trakcie burzy. Mroźny wiatr smagał mu twarz i postrzępiona brodę.

Dezaw uniósł głowę i podparł się na łokciu rozglądając wokół. Smolista ciemność opanowywała wszystko. Nie możliwym było dostrzec cokolwiek. Nawet błyskawice nie rozświetlały dalszego horyzontu. Zauważył, że leży na kamiennym moście. Nie był w stanie ocenić jego wysokości, bowiem u dołu również panował mrok. Kamienna ścieżka prowadziła tylko w jednym kierunku – ku otchłań.

Wojownik podniósł się z ziemi i natychmiast zauważył, że stracił wszelka broń. Na plecach nie było topora. Nie posiadał również futrzanego płaszcza, w którym ukrył składana kuszę. Na głowie nie było rogatego hełmu ani miecza przy pasie. Jedyne co mu pozostało to wysokie buciory i skórzane spodnie. Na piersi miał gęsto pleciona kolczugę, która ochraniała również ręce. Na dłoniach pozostały rękawice ze smoczej skóry.

Kiedy stanął na równe nogi zdjął rękawice i otarł twarz. Jeszcze raz rozejrzał się w około zyskując pewność czy to co widzi jest realne.

– Gdzie ja jestem u licha? – zapytał sam siebie – Nadal żyję, a suka jakby przepadła – zastanawiał się przypominając wydarzenia sprzed chwili.

– Nie wygląda to na piekło, ale niebem też na pewno nie jest – zaśmiał się pod wąsem brodacz.

Nie mając za dużego wyboru ruszył przed siebie po wąskim moście. Wokoło tańczyły czarne chmury okalając i odcinając widoczność. Gdzie nie gdzie kamienna droga była wyszczerbiona na wylot ukazując otchłań, której i tak nie można było oszacować. Most nie posiadał żadnych łańcuchów ani balustrad które umożliwiały podparcie się w marszu.

Po przebyciu kilkunastu kroków dzielny mąż zaczął dostrzegać w mroku rysujące się kształty. Im podchodził bliżej, tym widok stawał się wyraźniejszy. Nagle jak na skinienie czarodziejską różdżką mrok opadł ukazując oczom Dezawa ogromne zamczysko.

– Dobry Boże – wymamrotał przyglądając się okazałej budowli.

Chciał zrobić krok w tył, zorientował się jednak, że droga za nim znikła bezpowrotnie. Jeszcze jeden krok i runął by w niezmierzoną przepaść.

Zamczysko było wielkie i mroczne. Ze wszystkich stron otoczone murem sprawiało wrażenie nie dostępnego. Ponad całą budowlą górowała czworokątna wieża, zakończona mniejszymi wieżyczkami w każdym rogu. Wokoło murów umieszczono fosę, w której zamiast wody pobłyskiwała czarna gęsta substancja wydająca zapach świeżej krwi. Ponad fosą górował most zwodzony prowadzący do bogato zdobionej bramy zamkniętej kratownicą. Nie było ani drzew, ani kwiatów. Powietrze nie miało żadnego zapachu. Jedyny źródłem światła w tym przeklętym miejscu był księżyc unoszący się centralnie nad mroczną budowlą. Gdzie nie gdzie dało się słyszeć krakanie ptaszyska. Było takie samo jak to które słyszał z ramienia zabitego wodza tuż przed przybyciem demona. Poza tym wszędzie panowała głucha cisza.

Dezaw syn Reznora ruszył przed siebie. Nie odczuwał strachu, był raczej ciekaw miejsca, w którym się znalazł. Jedyny niepokój wzbudzał w nim brak broni, bowiem woj bez oręża jest jak łuk bez strzały. Im bardziej zbliżał się do zamku tym zyskiwał większą pewność siebie.

Jak wejdę na dziedziniec poszukam broni. – mówił – Inaczej może być ciężko.

Ocalały piechur przeszedł przez most zwodzony i dotarł do zamkniętej kratownicy. Wciskał kamienne bloki szukając ukrytego sposobu na otwarcie bramy jednak nic się nie działo. Na budowli dało się dostrzec rzeźbione ornamenty przedstawiające nie chlubną działalność kostuchy zamieszkującej ponury obiekt. Nagle jak na życzenie potężna brama drgnęła i powoli uniosła się do góry ukazując dziedziniec zamczyska.

Wojownik dziarskim krokiem ruszył w stronę podwórza. Kiedy tylko przekroczył bramę, ta z wielkim hukiem runęła w dół odcinając drogę powrotną.

– Cwany ruch kostucho – krzyknął mrużąc oczy – myślisz, że to coś ci pomoże?

– Nikt nie wyszedł tą bramą żywy marny człowiecze – odezwał się ochrypły i ponury głos.

– To się jeszcze okaże, ścierwo – mruknął rozglądając się czujnie.

Wnętrze dziedzińca zamkowego jak i pozostała część budowli ogarnięta była ciszą i mrokiem. Nad kamiennym podłożem unosiła się mgła. Po środku sterczała studnia od dawna pozbawiona życiodajnej wody. Pod murami wznosiły się krużganki podparte równo rozstawionymi kolumnami. Kilka z nich przybierało postać rzeźby przedstawiającej zakapturzone postaci podparte mieczem lub kosą. Księżyc rozświetlał niemal każdy kąt krużganku dodając figurom niemal ożywczego blasku.

– To się franca urządziła – szepnął chwytając czujnym wzrokiem każdy szczegół.

Niepokojącym było, że nigdzie nie znalazł broni. Domyślał się, że wieża, na którą patrzy jest siedzibą wroga i nie może wejść w jej paszczę bez oręża w dłoni. Zaczął gorączkowo przechadzać się po dziedzińcu szukając choć najmniejszego narzędzia mogącego posłużyć za broń. Niestety nie znalazł niczego. Na domiar tego kolczuga na ramionach zaczęła ciążyć jak nigdy dotąd w pewnym momencie przyciskając syna Reznora do ziemi.

– To jedyna ochrona – sapał sam do siebie – żebym miał tu zdechnąć nie zdejmę jej. Muszę iść dalej.

Zebrał wszystkie siły i podniósł się stając ciężko na nogach. Powoli ruszył w kierunku wieży. Hart ducha i waleczność serca nie pozwoliła mu dać za wygraną. Wiązało się to bowiem z plamą na honorze. Dotarł do wielkich drewnianych drzwi. Te również na zwór bramy wejściowej ozdobione były płaskorzeźbami z wizerunkiem kostuchy. Wielką metalową klamkę pokrywała widoczna szadź. Dopiero teraz Dezaw poczuł, jak przenika go zimno i uciążliwy dreszcz. Chwycił rękojeść zakutaną w rękawicę dłonią. Drzwi chrupnęły i potężnie zaskrzypiały uchylając się przed zmarzniętym wojownikiem. Wszedł do środka. Panował tu półmrok.

Od drzwi zaczynały się strome schody prowadzące na szczyt wieży. Na ścianach pokrytych szronem tliły się pochodnie. O dziwo płomień był błękitny, więc tłumaczyło by to półmrok w nie przyjemnym wnętrzu. Dezaw zaczął wspinać się ku górze. Po drodze mijał szkielety, które zapewne należały do śmiałków będących tu wcześniej niż on. Mimo ciążącej na barkach kolczugi wojak dzielnie radził sobie z pokonywaniem wysokości. Im wyżej, tym schody stawały się, coraz węższe i bardziej strome. Po pokonaniu kilkudziesięciu stopni  przystanął na chwilę. Para z gęby dawała wyraz zmęczenia oraz panującego wewnątrz chłodu. Po pokonaniu połowy drogi, dostrzegł u szczytu otwarte drzwi prowadzące zapewne do miejsca przeznaczenia. Tak jak w całym zamku, również tu panował mrok. Z wielkim trudem dzielny i strudzony wojownik dotarł na szczyt wieży. Przekroczył próg obserwowanych wcześniej drzwi i znalazł się w wielkiej sali przypominającej dawną kaplicę. Obserwując zamek z zewnątrz nie przypuszczał, że pomieszczenie na szczycie może być tak duże. Urządzone bardzo surowo i chłodno przytłaczało ponurą atmosferą.

Wchodząc do środka Dezaw od razu spostrzegł dębowy stół przykryty czarnym płótnem, na którym leżał topór, miecz, mała składana kusza, rogaty hełm oraz pudełko przeplecione skórkowym rzemykiem. Na drewnianym kołku zawieszono grube futro. Pomieszczenie wypełniał fetor trupa, jednak tym razem do zniesienia. Nad głową zaraz po wejściu do sali górował mały balkon podparty czterema kolumnami na wzór tych z dziedzińca. Ściany zdobiły wysokie strzeliste okna wypełnione czarnym witrażem w różnych odcieniach. Pod oknami na dużych świecznikach ćmiły się świece o błękitnym płomieniu. Sklepienie wielkiej sali pokrywała mgła, z której co chwile strzelały błyskawice na wzór tych z mostu przed zamczyskiem. Przez środek biegł ledwo widoczny czarny dywan przysłonięty unoszącą się nad podłogą mglista poświatą. Prowadził na koniec sali, gdzie siedziała Ona, tajemnicza, odrażająca i zakryta poszarpanym kapturem – Śmierć.

Widok kostuchy przyprawiał o dreszcze. Nawet Dezawem targnął strach.

Kostucha siedziała na tronie wykonanym z ludzkich czaszek. Łatwo było dostrzec, że w niektórych miejscach brakowało ich kilka, aby wypełnić siedzisko w całości. Prowadziło do niego kilkustopniowe wzniesienie do złudzenia przypominające podwyższenie królewskie. Kostucha odziana w czarny płaszcz z kapturem stanowiła obraz odrazy i nieszczęścia. W lewej ręce trzymała długi trzonek z ludzkich kości zakończony ogromną zakrzywiona kosą, pobłyskującą nad głową. Od spodu kosa zakończona była ostrym jak brzytwa kolcem. Przednia część szaty była rozchylona i gołym okiem można było dostrzec gnijący mostek i żebra. Błyskawice pojawiające się na czarnym sklepieniu uderzały w kosę powodując wybuch iskier nad odrażającą postacią. Na prawej kościstej łapie widniał duży pierścień, symbol władzy nad życiem.

– Jesteś wreszcie ludzka miernoto – zagadnęło truchło podnosząc łep i witając swego gościa.

Dezaw spojrzał w jej kierunku udając, że nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia.

– Czego chcesz? – zapytał mróżąc oczy – Po co mnie tu ściągnęłaś?

– Spotykamy się nie pierwszy raz – ciągnęła śmierć –  Postanowiłam, że tym razem stawie się osobiście – mało tego – ugoszczę cię w moim skromnym pałacu – powiedziała wykonując gest prawym łapskiem – Niewielu miało ten zaszczyt.

– Nie wydaje mi się, żeby patrzenie na trupa było zaszczytem – odpowiedział śmiejąc się pod nosem – Z grzeczności jednak nie zaprzeczę.

Kościotrup nie był zadowolony z odpowedzi Dezawa. Najwyraźniej wzbudziło to w nim gniew. Wbił w rozmówce wzrok przeszywający niczym sztylet.

Dezaw odczuł dziwne ukłucie w piersi i jęknął.

– Pytam czego chcesz odemnie kreaturo? – krzyknął wojownik, co najwraźniej nie spodobało się rozmówcy.

– Jak śmiesz podnosić głos na Władcę Śmierci, plugawy śmieciu! – ryknęła podnosząc się z tronu – Jedno me skinienie przeniesie cię w ogień piekielny i szczeźniesz błagając o kroplę wody.

– Nie mam zamiaru ginąć! – postawił się Dezaw – Jeśli mamy walczyć, to wynik może być jeden. Ścierwu na pochybel.

Śmierć ponownie poderwała się z tronu. Niebo pod sklepieniem jakby się rozstąpiło. Powiał silny i duszący wiatr jak wtedy, gdy porawno go w zaświaty. Kostucha rąbnęła kosą w posadzkę. Drganie przewróciło brodacza odbierając na moment dech.

– Jesteś zerem synu Reznora. Nie możesz nic osiągnąć, a mimo to walczysz. Ty i twoi towarzysze – wielcy pogromcy złego. Żaden nie zdążył zareagować. Wycięłam ich w pień w przeciągu sekundy. Nikt nie może mnie pokonać. Wiesz dlaczego?? – zapytała.

– Umieram z ciekawości – odpowedział drwiąco Dezaw.

– Bo na imię mi Śmierć! – wrzasnęła – Każdy człowiek podlega mojej władzy. To ja decyduję o godzinie w której wyrwę twą duszę z ciała i skaże na potępienie u mego boku. Nikt nigdy nie wygrał i nie wygra ze mną. Ja dzierżę klucze czasu przypisanego każdemu według miary życia. Żaden miecz ani topór. Żadna kusza czy łuk nie są w stanie zagrozić memu jestestwu. Rozumiesz to głupcze?

– Szanowna Ochydo – rozpoczął Dezaw skłaniając się komicznie – Wszystko coś powiedziała zgodne jest z prawdą. Istnieje jednak pewna rzecz która nas różni. W mojej piersi bije serce, które jest dawcą życia, ciepła, uczucia. Również w nim rodzi się wola walki. W moim ludzie istnieje takie powiedzenie: „Jakie serce, taki miecz”. I choć może to z mało by pokonać tak wredne truchło jak ty, to jednak miej świadomość, że nigdy nie dostaniesz mojej duszy.

– Widzisz to wolne miejsce? – zapytała śmierć wskazując kościstym paluchem wgłębienie na czaszkę w oparciu tronu – To na twój łep miernoto. Dołączając do kolekcji staniesz się moją własnością tak jak pozostali.

Śmierć skinąła łapą i wokoło niej zaczęły pojawiac się uciemiężone duszę zakletych w tronie właścicieli czaszek. Dezaw rozpoznał na ich twarzach cierpienie i ból. Jakby błagali o pomoc, której nie mogli otrzymać.

– Stań do walki Suko! – warknął wojownik – Miejmy to za sobą.

Syn Reznora podszedł do dębowego stołu i przywdział rogaty hełm. Otwierając pudełko z trucizną zamoczył w niej ostrze miecza, po czym przytroczył go do szerokiego skórzanego pasa. Przeładował kuszę i odłożył na stół. Chwycił w dłoń drżącą rękojeść topora. Machnął w powietrzu, jakby na próbę i stnął przodem do tronu śmierci.

– Jestem gotów – poinformował przeciwniczkę.

– Marne twe przygotownia człowieczyno – odparła podrywając się z tronu. Obie ręce podniosła w górę uwalniając błyskawice z ciemnego sklepienia. Towarzyszył temu przerażający huk i gromki śmiech kostuchy.  Pochodnie pod oknami zmieniły barwę płomienia. Teraz przybrały naturalne właściwości żywego ognia. Z wielkim hukiem zatrzasnęły się drzwi za plecami wikinga.

– Mam dla ciebie propozycje synu Reznora – zagadnęło truchło przybliżając się małymi krokami do Dezawa.

– Nie jestem zainteresowany – odpowiedział.

– Nie chcesz nawet poznać mojej oferty? – dopytywała śmierć, coraz bardziej przybliżając się do przeciwnika.

–  Jedyne czego chce to wbić topór w twój pusty i kościsty łeb – wypalił wojownik rzucając się na kostuchę.

Śmierć zrobiła szybki unik zręcznie parując cios wojaka. Nim ten zdążył się obrócić miał już nad głową kosę tnącą powietrze w jego kierunku. Nie zdążył całkowicie uniknąć ostrza które w jednej chwili odcięło ucho wojownika.

Dezaw zawył z bólu przysłaniając ręką zakrwawione miejsce. Szybo spostrzegł, że rana momentalnie gnije i ocieka ropą. Zatrute ostrze zainfekowało organizm – pomyślał.

Truchło uniosło się w powietrze rzuciło piorunem w rannego przeciwnika, który z każdą chwilą tracił siły chwiejąc się na nogach. Piorun trafił w Dezawa eksplodując na zasłaniającej klatkę piersiową kolczudze. Wybuch niemal zabił rannego wojaka. Leżąc poparzony na posadzce szybko tracił świadomość.

Śmierć mogła przejść do ulubionej części walki. Podeszła do konającego i wtopiła w niego parszywe ślepia. Jednym ruchem przywołała kosę i przyłożyła do grdyki leżącego.

– Mogę uratować ci życie, w zamian za służbę w gildii śmierci – wycedziła chełpiąc się zwycięstwem – Wystarczy jedno słowo i podpis na cyrografie, a będziesz żył.

– Ścierwu na pohybel – wymówił ostatnim tchnieniem brodacz.

– Zatem nie pozostawiasz mi wyboru głupcze – odpowiedziała.

Truchło podniosło się. Jednym gestem łapy przeniosło ofiarę w pozycję siedzącą. Kosa uniosła się w powietrze i szybkim pchnięciem odcięła głowę wojownika. Z ciała bryznęła czarna zakażona krew. Tułów upadł na podłogę, zaś głowa potoczyła się w kierunku tonu Śmierci. Kostucha podeszła i chwyciła odcięte trofeum. Kiedy podniosła głowę Dezawa, ta momentalnie zamieniła się w gołą czaszkę, jakby spędziła w grobie przynajmniej sto lat. Umieściła ją w oparciu tronu, uzupełniając w ten sposób puste miejsce. Zasiadła na trupim podium i wybuchła hałaśliwym i przerażającym śmiechem, który odbił się echem nie tylko po sali, ale i całej okolicy.

Najdawniejsze ludy zamieszkujące północ spisały legendę, która głosi: „Jeśli w pochmurną i straszną niczym upiór noc, wśród świstów chłodnego wietrzyska usłyszysz w oddali echo plugawego śmiechu który wpadając w ucho przyprawi cię o dreszcz, musisz wiedzieć, że kolejne miejsce wśród tronowych czaszek Śmierci zostało zapełnione”.


Przemysław Kubisiak

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 5 (#2 2017) kwartalnika Abyssos.