Splatając sznur

Nigdy się nie poddawaj. Słyszałem tą starą formułę tyle razy. Odbija się echem w moim umyśle, niczym w bezkresnej jaskini. Była to jedyna rzecz, o której myślałem, kiedy zakładali mi pętlę na szyję. Moja mantra, nieprzerwanie powtarzana w myślach. W tle akompaniament płaczu mojej żony i dzieci. Wszyscy mieli podzielić mój los. Zostać ukarani za pierwotne pragnienie wolności. Pragnienie, które zrozumiałby każdy zniewolony nieszczęśnik. Nie żegnałem się z żoną, nie skomlałem o litość dla siebie czy rodziny. Ofiara, którą mieliśmy złożyć była niezbędna. Nasi wrogowie musieli zrozumieć, że nigdy nie ugniemy się pod ich batem. Musieli wiedzieć, że nie złamie nas byle najeźdźca.

            Patrzyłem w jego niebieskie oczy, w jego wykrzywioną od uśmiechu gębę. Zemsta. Nienawiść przeszywała mój umysł niczym strzała, pożerała wszystko jak dziki czarny płomień. Najpierw wykopano krzesła pod moją rodziną. Słyszałem jak cichnie płacz, jak napina się lina. Patrzyłem jedynie na niego. Splunąłem na jego szary mundur. Chciałem krzyknąć, pokazać mu, że nigdy się nie poddam. Wtedy lina zacisnęła się na mojej szyi, usłyszałem dźwięk miażdżonego kręgu.

            Zanurzyłem się w oceanach nieskończonej czerni. Walczyłem z falami zapomnienia. Przywoływałem obraz mego ojca, jego słowa rozbrzmiewały wśród wód Styksu. Nigdy się nie poddawaj.

            Jedynie głupiec pomyślałby, że śmierć jest zakończeniem. Serce przestaje bić, ale duma nie umiera. Duma… lub też nienawiść. Nienawiść do szarego munduru, nienawiść do człowieka, który obwiesił moją rodzinę.

            Unoszę się pośród tych nieznanych mórz od niepamiętnych czasów, ale nie zapomniałem. Nie ma tu dnia ani nocy, jedynie wieczny zmierzch. Zza chmur widzę chylące się ku upadkowi słońce. Płynę w jego kierunku, chociaż prąd gna mnie gdzieś indziej. Walczę. Palą mnie wszystkie mięśnie, mój umysł przeszywa straszliwa udręka. Nie mogę jednak porównać tego, co dzieje się ze mną tutaj, w tym ponurym samotnym miejscu, do tego, co przytrafiło mi się na ziemi. Zawiodłem moich bliskich. Rzuciłem ich na pożarcie bestii, która nie znała litości. I ja stanę się potworem. Kreaturą, która powróci z niebytu ukarać odpowiedzialnych. Gdziekolwiek jest mój kat, mam nadzieje, że wciąż jest w stanie odczuwać ból. Mam nadzieję, że uroni łzy, o których nie dowie się żaden z tych, na których zapoluję.

            Przebijam się przez mgłę. Cisza staje się jedynie wspomnieniem. Lata spędzone na bezcielesnym wygnaniu zmieniają się ledwie w chwilę, w nic nie znaczący ułamek sekundy. Moje podróże nie znają kresu ani ograniczeń. Przemierzam labirynty czasu i przestrzeni. Widziałem świt świata i zmierzch bogów. Doświadczyłem rzeczy pięknych i straszliwych zarazem. Ze zdziwieniem i zgrozą stwierdzam, że to wszystko nie wywiera na mnie wrażenia, nie imponuje mi ani nie przeraża. Moje serce zostało złamane, dusza uległa rozpadowi, sumienie wypaliło nieszczęście i potrzeba zemsty.

            Powracam na ziemię. Łamię prawa natury dla zemsty, aby uhonorować naukę mych przodków. Nie złożyłem broni, chodź oni złożyli me ciało do grobu.

            Skała, którą byłem została zniszczona, rozerwana przez nieustępliwe fale czarnego potoku. Moja forma zmieniła się, jestem wszędzie. Nie posiadam oczu, jednak widzę wszystko. Nie czuję zmęczenia ciała, nie znam potrzeb trapiących innych ludzi. Czuję jedynie niesamowity głód. Żądza zabijania, łaknienie odwetu. On odszedł, zjadły go robaki gdzieś w urugwajskiej ziemi. Jednak wojna nie zna zasad, zemsta nie potrzebuje rozumu. Wciąż żyją ci z jego krwi, jego następcy i dzieci jego dzieci. Jestem wszędzie i wszystko wiem. Moja nowa forma jest niepowstrzymana, nieunikniona. Oni nie wiedzą kim jestem ani co uczynił ich przodek. Nie ma to znaczenia, mój głód nie zna granic. Nie mogę się poddać, nigdy. Nie widzą mnie, nie mam odbicia, nie jestem złowrogim cieniem czy bladą zjawą. Nie snuję się nocami, niczym żywe trupy. Jestem zgubą, wybrykiem natury, który nigdy nie powinien wrócić. I kiedy widzę ich w zmiażdżonych skorupach nowoczesnych samochodów, kiedy widzę jak płomienie odcinają ich ostatnią drogę ucieczki, delektuję się nieszczęściem, które przypadło im w udziale. Jestem przeznaczeniem, upewniam się, że broń nie wystrzeli, gdy spotkają się w oko w oko z rozjuszonym niedźwiedziem. Jestem jedynym świadkiem ich straszliwej zguby.

            Zabiłem setki, być może tysiące jego potomków. Gdy nadchodził czas, konfrontowałem się z nimi, rozkoszowałem się ich cierpieniem. Zawsze objawiałem im dlaczego padł na nich cień mojej zemsty, dlaczego porwała ich fala czarnej nienawiści. Reagowali różnie. Tak bardzo różnie. Żaden z nich nie był jednak gotowy na to, co spotykało ich po mękach ciała. Mękach, które tak szybko przemijały. Chwytałem ich esencje, ściskałem w czarnych szponach to, czym byli tak naprawdę. Wśród jęków i wrzasków, do wtóru muzyki tworzonej przez najdzikszy skowyt, gnałem ich tam, gdzie odnalazłem mego oprawcę. Cierpienie chwili nie może przywrócić mi tego, co mi odebrano. Moją jedyną radością stało się obserwowanie kaźni, wysłuchiwanie milionów krzyków znikających wysoko wśród sklepień ognistej domeny. Czasami obserwowałem stworzenia zamieszkujące to obrzydliwe miejsce. Wpatrywałem się w ich jaszczurze ślepia, próbowałem zrozumieć ich obrzydliwy kształt. One także mnie widziały. Starały się to ukryć, nie chciały okazywać strachu przed tym, czym się stałem. Delektowałem się ich przerażeniem, z dumą obserwowałem dreszcze, które wstrząsały ich łuskowatymi ciałami. Bawiły mnie ich lękliwe spojrzenia. Musiałem mieć się jednak na baczności, albowiem moja praca nie miała końca.

            Nie zabijałem od razu, nie zawsze. Przyznam się, że zacząłem hodować jego rodzinę. Pozwalałem im przetrwać, pilnowałem, aby linia nie wygasła. Uderzałem w momencie, który najefektywniej zadawał cierpienie moim ofiarom, jak i tym, na których nie spoczął jeszcze mój wzrok. Głód nie miał końca, polowanie nie miało końca.

            Czasami nawet ja obawiam się tego, co mnie czeka. W końcu zabraknie mi tych, którzy ogniskują sens mego istnienia. W końcu ostatni z jego potomków odejdzie. Co mnie wtedy czeka? Czy w końcu mój głód, moja nienawiść strawi i mnie? Czy przestanę istnieć zupełnie? Przehandlowałem moje istnienie za honor, za odmowę złożenia broni. Na szczęście wojna wciąż trwa.

            I teraz, kiedy już wiesz dlaczego, weź mnie za rękę i przygotuj się. Cierpienie nie minie. Stanie się jedynie większe, będzie rosło, aż przysłoni wszystko inne. Uwierz mi, wiem co mówię. Otrzyj łzy, nie jesteś pierwszym ani ostatnim, któremu opowiadam tą historię. Jesteś jedynie kolejną ofiarą wojny, kolejnym pociskiem, który wystrzeliłem w serce twego przodka.

            Splatam sznur w samotności, zapomniany przez wszystkich. Cierpliwie splatam włókna przeznaczenia, upewniam się, że stryczek przetrwa, gdy śmierć oplecie twą szyję.


Janusz Borys

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 4 (#1 2017) kwartalnika Abyssos.