Spotkanie

W lesie panował względny spokój. Zima ustępowała miejsca wiosennej porze roku. Znikający powoli śnieg zwiastował rychło nadciągające ocieplenie. Za kilka tygodni zaczną pączkować pierwsze drzewa i krzewy. Wkrótce po nich wykiełkują pierwsze kwiaty. Na razie jednak krajobraz nagich pni oraz wiecznie zielonych iglaków był przykryty białym puchem. Tylko niekiedy widać było gołą i zamarzniętą ziemię w kolorze ciemnego brązu. Zwierzęta niechętnie wychylały się ze swoich nor, ale Reikwald żył.

Koń przystanął i parsknął kilkukrotnie targając łbem na boki. Para uleciała z jego chrap. Odziany w grube skóry i podbity futrem płaszcz mężczyzna poklepał wierzchowca po szyi nachylając się i szepcząc mu coś do ucha. Zerknął w stronę drzew – linii lasu wzdłuż której przejeżdżał kierując się traktem z Auerswald do Kemperbad.

– Co czujesz Moneta? – wychrypiał cicho – Co tam jest?

Sam również nadstawił ucha. Wielokrotnie się przekonał, że warto słuchać instynktu zwierząt. Lepiej dbają o swoje życie niż ludzie. Mężczyzna poprawił ręką pas przecinający pierś, a podtrzymujący podłużny pakunek przewieszony przez plecy. Chrząknął po chwili, splunął na ziemię patrząc jak ciepła flegma roztapia kupkę śniegu. Ciągle niczego nie słysząc uderzył lekko piętami w boki konia i ruszył powoli do przodu. Nie zamierzał jednak całkowicie ignorować przeczucia wierzchowca. Dłoń przez cały czas trwała na zapięciu pasa do którego przytroczony był oręż.

Tymczasem głębiej w lesie ciszę zakłóciły odgłosy pogoni. Chuda, wiotka istota biegła przez las. Starała nie oglądać się za siebie. Zapewne doganiają ją. Nie może zwolnić. Inaczej ją zabiją. Nie miała jednak już tyle siły. Płuca ciężko pracowały. Usłyszała ryk za sobą i niemalże instynktownie się schyliła. Głuchy stukot siekiery uderzającej o drzewo tuż nad nią oznajmił jej, że był to całkiem dobry pomysł. Zachwiało nią jednak i zamiast wyprostować się upadła na ziemię. Natychmiast przewróciła się na plecy. Zobaczyła, że jeden ze zwierzoludzi siłuje się z toporem wbitym w pień. Minęła chwila zanim zrezygnował z wyciągania go. Drugi w tym czasie już rzucił się na uciekiniera. Podniósł topór wysoko nad głowę odsłaniając się całkowicie. Myślał pewnie, że ofiara jest już bezbronna i się srogo pomylił. Leżąca postać wyciągnęła już strzałę z kołczanu i trzymając ją w ręku z całej siły wbiła grot przeciwnikowi w nogę. Stwór zaryczał i całym impetem opuścił topór na ziemię. Ostrze jednak wbiło się tylko w biały płaszcz. Gdyby postać nie usiadła pewnie ów broń sterczała by jej z klatki piersiowej.

Nie była w wygodnej pozycji. Skulona siedziała pomiędzy nogami kozła, a jego opuszczonymi rękoma. Przeturlała się w bok rwąc okrycie, zerwała się na nogi i z powrotem zaczęła bieg. Tym razem zdjęła z pleców łuk.

Nieustanny ucieczka przez długi czas wycieńczyła istotę. Odczuwała ból we wszystkich mięśniach. Gdy chciała odwrócić się i strzelić do wrogów ręka jej drgnęła i strzała poszybowała gdzieś w krzaki. Znów o mały włos się nie przewróciła. Akrobatyczne wygięcie tułowia napędzane instynktem znowu uratowało jej życie, dzięki czemu topór tylko lekko drasnął ją w bok. Zabolało. Uciekinier syknął głośniej. Zamachnął się z całej siły i grzmotną łukiem w łeb kozła. Zwierzoludź zatoczył się do tyłu a drugi zastąpił jego miejsce. Złapał za łuk i z całej siły pchnął wiotką postać do tyłu. Krzyknęła upadając na ziemię, uderzając barkiem o wystający korzeń. Strzały pod wpływem impetu wysypały się dookoła z kołczanu. Postać zasłoniła się bronią przed kolejnymi spadającymi z góry ciosami ale postanowiła też nie być dłużna – wściekle zamachnęła się nogą by podciąć wynaturzenie chaosu. Psowaty stwór zwalił się tuż obok swojej ofiary. Zdążył jednak opuścić łapę na jej twarz. Korzystając z okazji i szczęśliwego trafu, szarpnął pazurami rozrywając skórę i przecinając mięśnie. Głośny, krótki i przede wszystkim gwałtowny krzyk bólu poniósł się lasem.

Mężczyzna na trakcie ściągnął lejce zatrzymując wierzchowca. Nie przesłyszał się. Krzyk przedarł się przez iglaste listowie i zaświdrował w uszach. Pomyślał że przez te przeklęte drzewa nie sposób ocenić odległości. Zaraz potem jednak do jego uszu dotarły też inne dźwięki, przypominające chrapliwe porykiwania. Rozejrzał się po ścieżce wiodącej wzdłuż lasu.

Prosty, ubity trakt, niegdyś został dobrze zadbany przez ludzi elektora. Korzenie nieczęsto wybijały spod ziemi, a to stanowczo wyróżnia dobrą drogę w Imperium. Aktualnie poza samotnym jeźdźcem nikogo tu nie było, a niedługo też miało zmierzchać. Najbliższa gospoda była zdecydowanie za daleko – nawet na szybki kłus. Już wcześniej był świadomy, że przyjdzie mu spędzić noc pod gołym niebem. Nie uśmiechało mu się jednak nocowanie w takiej okolicy. Z drugiej strony, cokolwiek tam jest mogło go potem zjeść, nie zważając na ogień. Słyszał plotki o potworach z Reikwald. No i jeszcze ten krzyk… niewątpliwie ludzki.

Ruchem kciuka poluźnił pas w sprzączce. Pakunek zsunął się, a mężczyzna płynnym ruchem przerzucił go na przód. Zaraz potem uwolnił nogę ze strzemiona i zeskoczył z wierzchowca niemal od razu kucając i układając tobołek na ziemi. Zaczął go szybko rozwijać. Z rozpostartej na ziemi płachty wydobył strzelbę o drewnianej, mocnej kolbie i przymocowanym z boku wyciorze. Oparł broń o kolano, odkorkował róg i szybko wsypał odpowiednią ilość prochu do postawionej na sztorc broni. Z sakiewki wyjął kulę, również wrzucił do lufy i zasypał kolejną warstwą prochu. Całość ubił wyciorem. Czynność nie trwała dłużej jak dwadzieścia sekund. Postronny obserwator mógłby po wyuczonych ruchach rozpoznać w podróżniku imperialnego strzelca. Mężczyzna wstał i obszedł wierzchowca uważnie nasłuchując coraz głośniejszych dźwięków dobiegających z lasu.

Przez moment przeszło mu przez głowę, aby uwiązać jeszcze konia, ale naraz zrezygnował z pomysłu. W razie czego chociaż on się uratuje, a wierzgający, przestraszony koń podczas walki potrafi wspaniale utrudnić życie wszystkim dookoła.

Mężczyzna podniósł broń do barku i wbił wzrok w ścianę drzew wsłuchując się już w bicie swojego serca, przyśpieszające rytm w oczekiwaniu na niewiadome. Wiedział że cokolwiek się nie zbliża lada chwila wypadnie spomiędzy drzew, a wtedy żołnierz będzie miał zaledwie chwilę na oddanie strzału. Przez moment wydawało mu się że widzi między pniami jakiś ruch, ale rozłożyste gałęzie pokryte zielonymi igłami skutecznie blokowały pole widzenia.

Gdyby istota nie przekręciła głowy pewnie straciłaby oko. Podczas ruchu zsunął się jej kaptur z głowy odsłaniając spiczasto zakończone ucho. Elf przez chwilę szamotał się z przygniatającym go zwierzoczłekiem. Jego pazury zdążyły zadrapać ciało do krwi w paru miejscach. Szamotali się ze sobą jeszcze kilka chwil, aż fala gniewu i determinacji zalała i przyćmiła zmysły elfa. Wyszarpnął się spod cielska bestii kosztem długich, ciągnących się po całym ramieniu ran. Nie mógł nigdzie dostrzec drugiego przeciwnika. Nie zastanawiał się już. Rzucił się do dalszego biegu, podnosząc trzy strzały. Nagle jak spod ziemi wyrósł wściekły kozioł robiąc zamach toporem. Potwór zaryczał przeraźliwie i uderzył elfa w głowę tępą stroną siekiery. Cios go zamroczył. Zatoczył się kilka kroków i przewrócił się przez krzaki wypadając na trakt. Chciał się jeszcze podnieść, ale nie miał już siły.

Gdy spomiędzy drzew wypadła jakaś smukła istota okutana w brudne białe szmaty, mężczyzna na trakcie odruchowo wycelował w nią strzelbę. Nie zdążył rozpoznać kim jest – zbyt szybko mignęła upadając na ziemię. Przeniósł lufę w bok słysząc nadciągającą pogoń i nie pomylił się. Trzy uderzenia serca później przedzierając się przez krzaki, niemal na ślepo, zza rozłożystego iglaka wypadły dwa stwory. Wędrowiec doskonale wiedział z czym ma do czynienia, choć spotkał te stwory tylko raz w swoim życiu. Dziękował potem Sigmarowi, że uszedł z tego cało. Może dzięki temu, a może dzięki żołnierskiej dyscyplinie zapanował nad ukłuciem strachu, a dłoń nie drgnęła gdy palec nacisnął na długi spust.

Lasem poniósł się donośny huk. Spłoszony wystrzałem koń pocwałował traktem. Ołowiana kula utkwiła w barku zwierzoczłeka. Impakt wystrzału, z tak bliska, był na tyle duży, że bestią targnęło. Zachwiała się w biegu, straciła równowagę i padła na ziemię ryjąc łbem o zaspę śniegu. W jednej chwili mężczyzna opuścił dymiącą szaroczarnym dymem lufę, upuszczając broń na ziemię. Sięgnął po zawieszony u pasa miecz.

Ogłuszający huk sprawił, że elf zwinął się w kłębek i przyłożył dłonie do uszu. Chciał uciec od tego hałasu tak jak koń. Dopiero po kilku uderzeniach serca podniósł wzrok. W dziwnej perspektywie zobaczył człowieka, który właśnie rzucał  dziwną broń i sięgał po miecz. Widok broni przypomniał mu, że musi koniecznie wstać. Odturlał się w lewo i podniósł na kolana. Chociaż wydawało by się, że nie powinien – dalej trzymał łuk. W ręku została mu jedna strzała. Nie mógł sobie przypomnieć, gdzie jest teraz reszta. Wstał już na proste nogi i odsunął się kolejne kilka kroków. Dało to mu jasny obraz sytuacji. Człowiek powalił jednego ze zwierzoludzi. Drugi właśnie się na niego rzucał.

Wędrowiec zdążył jedynie przybrać postawę defensywną, zanim drugi zwierzoczłek go dopadł. Mężczyzna nie miał tarczy i zaczął żałować że ta pognała wraz z koniem. Sam nie był na tyle szybki, aby uniknąć solidnego ciosu toporem. Zdołał jednak go przyjąć na ustawiony poprzecznie miecz. Mięśnie zadrżały pod skórzanym odzieniem a druga ręka wystrzeliła do przodu, by pomóc pierwszej utrzymać oręż. Zbrojny, pozwolił toporowi zsunąć się po ostrzu i wykręcił broń do dołu posyłając krępe ręce przeciwnika w tym samym kierunku. To kupiło mężczyźnie tyle czasu, by mógł odskoczyć o kilka kroków. Ciężki oddech wznosił kolejne chmury pary w powietrze.

Elf napiął łuk i natychmiast tego pożałował. Rany na ramieniu i klatce piersiowej zakuły mocno zmuszając do zwolnienia naciągu. Ból jednak otrzeźwił umysł. Zostawił Kozła, który się rzucił na człowieka. Ponownie, tym razem wolniej i ostrożnie, naciągnął cięciwę. Zwierzoczłek z psim pyskiem podnosił się właśnie z zaspy. Gdy już miał pewność, że trafi, łucznik wypuścił strzałę. Ta świsnęła w powietrzu i przebiła gardło bestii zagłębiając się w ciele niemalże do lotki. Elf syknął niezadowolony. Celował w głowę. Odniósł jednak sukces – cel zdychał. Pomiot wyprężył się w agonalnym skurczu mięśni i z powrotem upadł w zaspę śniegu znacząc ją krwawą plamą formującą się przy karku.

Tymczasem kilka metrów dalej, wciąż trwał pojedynek. Zwierzoczłek nie zamierzał czekać aż wędrowiec zbierze siły. Parsknął kozim łbem. Z chrap poszła ciepła para. Znów ruszył z rykiem do przodu tym razem uderzając po ukosie z zamiarem rozrąbania mężczyźnie barku. Ten tym razem był przygotowany. Uderzył silnym ciosem w bok nadlatującego drzewca i sam usunął się z toru cięcia. Skrócił dystans i kopniakiem uderzył w kolano bestii, zmuszając ją do klęknięcia. Teraz wszystko zależało od tego czy bestia zrezygnuje ze zbyt długiej na tym dystansie broni, by rozszarpać człowieka pazurami. Na szczęście była bardziej przywiązana do brutalnego toporka niż mądra. Zanim go podniosła, mężczyzna brał już zamach od boku i mocnym pchnięciem wbił sztych ostrza pod pachę mutanta. Z początku opornie ale potem gładko, stal wślizgnęła się w ciało. Krew buchnęła pod ciśnieniem wzdłuż ostrza. Na wszelki wypadek, wędrowiec posłał jeszcze kopniaka na pierś klęczącej istoty i odsunął się o dwa kroki zostawiając oręż w cielsku przeciwnika, a samemu sięgając po nóż o szerokim ostrzu. Pochylił się lekko do przodu gotowy zadać kolejny cios drgającemu agonalnie wynaturzeniu.

Zapanowała względna cisza. Żaden ze zwierzoludzi się nie poruszał. Elf odetchnął. Podziękował w myślach Kurnousowi, za zwycięstwo. Rozejrzał po ziemi. Znalazł pozostałe dwie strzały. Nie znając zamiarów człowieka pobiegł po resztę strzał znajdujących wcale nie tak daleko. Wędrowiec nie zareagował. Próbował przyjrzeć się sylwetce, ale nie potrafił nawet określić czy ma do czynienia z mężczyzną, z kobietą, a może z jakimś leśnym stworem. Ruszył za to do przodu, by odzyskać miecz z truchła swojego przeciwnika. Chwilę się z nim mocował, gdyż ostrze utkwiło głęboko i zahaczyło o kość.

Elf dopiero po uzbieraniu wszystkich porozrzucanych strzał, wrócił i przykląkł przy większej zaspie śniegu, nie skażonej krwią zwierzoludzi. Zaczął przemywać ranę. Brał w dłoń garść zimnego puchu i roztapiając go oddechem starał się pozbyć zanieczyszczeń z ramienia. Obaj obserwowali się czujnie gotowi by w każdym momencie podjąć znowu walkę.

Mężczyzna nosił na sobie grube, typowo zimowe odzienie. Spod ciężkiego futra przebijała wytarta skórznia. Kurtka spięta była na biodrach pasem z solidną metalową sprzączką. Pusta pochwa od miecza została przytroczona do drugiego pasa, obciążonego dodatkowo nożem i dwoma sakiewkami. Równie wytarte i zużyte co kurtka spodnie zostały wpuszczone w mocne, żołnierskie buty. Z jednej z cholew wystawał trzonek niedużego noża. Podróżnik krył głowę pod kapturem. Można było dostrzec błysk zielonych oczu zatopionych w twarzy zarośniętej gęstą, choć krótką brodą. W żaden sposób nie szło ocenić wieku mężczyzny.

Elf, co można było stwierdzić po widocznych spiczastych uszach, miał całą twarz wymalowaną w dziwne jasno-ciemne pasy. Ów malunek nie pozwalał na dokładne określenie rysów a co dopiero płci. Na lewej połowie twarzy malowidło było rozmazane wraz z krwią otaczającą czerwone pręgi. Włosy mocno związane w kucyk, również były przystosowane do kamuflażu. Białe i ciemne pasy i gdzieniegdzie wystające gałązki dopełniały się ze strojem. Chuda sylwetka postaci ubrana była w kurtkę, która nie pamiętała już swojego poprzedniego jasnego koloru. Teraz była mokra od śniegu, wymazana we krwi i ziemi, tak samo jak płaszcz spoczywający na ramionach. Cały strój nie nadawał się już do swojej wcześniejszej funkcji. Ani spodnie, ani buty nie dawały już nic poza ochroną przed ciepłem. Jedyną rzeczą jaką wybijała się kolorem z ubioru były świdrujące na wylot fioletowe oczy.

Mężczyzna złapał przez moment spojrzenie tych oczu. Były czujne, groźne i zwiastowały niebezpieczeństwo. Elf jednak nie wykonywał gwałtownych ruchów, więc podróżnik zabrał się za czyszczenie broni z krwi grudami śniegu.

– Nie ma za co – powiedział nieco głośniej.

Jego głos przypominał niemiły zgrzyt metalu trącego o metal. Był chrapliwy, ostry i cichy. Jednocześnie wystarczająco mocny by elf go usłyszał. Ten zmrużył oczy ale nie odpowiedział. W końcu spuścił wzrok i zabrał się dalej do oczyszczania pozostałych ran. Czuł jak powoli z jego ciała uchodzi napięcie. Zamrugał powiekami. Wstając oparł się o drzewo. Było z nim źle i wiedział o tym. Człowiek nie pozwolił sobie na razie na agresywny ruch, więc elf ściągnął płaszcz i podarł go. Przewiązał bardziej czystym wnętrzem najpoważniejsze rany na ramieniu. Znów spojrzał na człowieka. Połowa twarzy była teraz czystsza i wyłoniły się ostre rysy. Mężczyzna dostrzegł trochę rozmyty wzrok. Kończył właśnie czyścić broń i prostował się, chowając oręż do pochwy.

– Jeśli koń nie spłoszył się zbyt daleko, to poradzę coś na twoje rany… – zmrużył oczy przyglądając się uważnie elfowi – wyglądają paskudnie i śmierdzą rychłą gangreną. Kilkoma szmatkami tego nie załatwisz.

Ten nie odpowiedział, ale kiwnął delikatnie głową. Ból zaczął się powoli nasilać, a on nie miał medykamentów… ani nikogo kto mógłby zaleczyć te rany. Ciało słabło i trzeba było coś szybko zrobić. Mężczyzna skierował się w stronę elfa, a w duchu przyznał, że musi być nie lada hardy, żeby stać jeszcze na nogach mimo widocznych ran. Sam nie chciał jednak umrzeć od zdradzieckiego noża na trakcie, dlatego utrzymał dystans kilku kroków, wciąż obserwując ruchy leśnej zjawy.

– Zwą mnie Wolf – powiedział krótko po czym gwizdnął przeciągle nasłuchując tętentu kopyt. Elf nerwowo cofnął się gdy człowiek zaczął iść w jego stronę.

– Prowadź – odezwał się stawiając akcent w dziwnym miejscu zaskakująco melodyjnym głosem. Przebrzmiewała w nim lekka chrypka i miękkość. Podróżnik przez moment nabrał wątpliwości, co do płci elfa. Głos był zbyt wysoki, ale z drugiej strony żołnierz też nie spotkał na swojej drodze wielu przedstawicieli tej dzikiej rasy. Wszyscy którzy do tej pory się przewinęli przed jego oczyma, to były elfy morskie i te, które wybrały życie wśród ludzi – wszystkie z równie delikatnym i dziwnym brzmieniem głosu. O leśnych nasłuchał się ludowych historii – że porywają dzieci i podrzucają własne, że porywają dzieci i je zjadają, że porywają dzieci by je wychować i nawet własnych nie oddają. Uznał że ludzie chyba nie lubią swoich dzieci, skoro je tak łatwo oddają. W żadnym razie nie mógł mieć pewności. Na szczęście nie był dzieckiem i według wioskowych bajań, nic mu nie groziło.

Gdy po dłuższej chwili nie doczekał się powrotu wierzchowca, ruszył przed siebie traktem. Nie chciał zdradzać niepokoju, ale w sumie bardziej go teraz martwił dobytek który miał w jukach wierzchowca, niż zaleczenie ran nieznajomego.

Elf niewiadomej płci nieśmiało podążył za człowiekiem. W zasadzie to bardziej przekładał nogi jedna za drugą w dziwnym ciągu. Coraz bardziej było po nim widać, że słabnie. Grymas bólu wypłynął na jego twarz. Mocniej zacisnął dłoń zdrowej ręki na prowizorycznym bandażu. Pozwoli człowiekowi sobie pomóc i zniknie z powrotem w lesie. Nic więcej. Może uda się jeszcze znaleźć kogoś, kto przeżył z klanu…

Na szczęście koń nie pognał zbyt daleko. Minąwszy zakręt, w miejscu gdzie trakt musiał ominąć wzniesienie terenu, zwierzę zatrzymało się i pasło, spokojnie wygryzając zamarznięte kępy trawy spomiędzy szczap śniegu. Wolf podszedł do konia poklepując go po boku. Złapał za lejce i podprowadził klacz do drzewa. Tam zarzucił rzemienie na gałąź i zabrał się do przetrząsania juków.

– Lepiej się połóż pod którymś drzewem.

Elf nie miał siły na żadne sprzeciwy. Poddanie się woli człowieka kluło go w dumę, ale miał świadomość, że sam sobie nie poradzi. A chciał przeżyć. Usadowił się pod najbliższym świerkiem. Poczuł cudny zapach żywicy tłumiący metaliczny odór jego własnej krwi. W tym czasie Wolf odnalazł w jukach potrzebne rzeczy – zakorkowaną butelkę mocnej gorzałki pędzonej na zbożu, suchy prowiant, hubka i krzesiwo oraz zwój taniego materiału, który po kilkukrotnym praniu i wymoczeniu w spirytusie mógł służyć jako bandaż. Zebrał to wszystko obok drzewa, przy którym siedział elf i wszedł kilkadziesiąt kroków w las by nazbierać chrustu i kilka większych gałęzi.

Ranny zaczął sam przygotowywać się. Puszczając poharatane ramię, zdrową ręką ściągnął powoli resztę płaszcza. Następnie rozwiązując szmatę z ręki zdjął kurtkę, której rękaw był w strzępach. Ciężko oddychając z bólu ostatnim wysiłkiem pozbył się tuniki. Teraz można było zobaczyć pasy bandaża mocno otulającego klatkę piersiową. Nie umknęło to uwadze zbrojnego, który powrócił z naręczem gałęzi i ułamanych badyli. Lekko zarysowane pod materiałem piersi nie pozostawiały złudzeń. Szybko jednak odwrócił wzrok i zajął się szykowaniem ogniska.

Nie minęło dużo czasu, gdy skrzesany na hubce ogień zaczął lizać ułożone w stos drewno. Od tego momentu Wolf był podwójnie ostrożny, jako że ogień, choć mały, mógł przyciągnąć więcej pomiotów chaosu. Najchętniej by wsadził elfkę na konia i pognał w kierunku gospody. To czego jej nie powiedział to fakt, że przy tych ranach, gangrena będzie jej najmniejszym zmartwieniem.

– Było ich więcej? – zagadał do kobiety kładąc nóż na kamieniu blisko ognia – Wiesz czy więcej ciebie goniło? – dodał niepewny czy rozumie jego pytanie.

– Que? – zdziwiła się elfka, ale szybko doszedł do niej sens słów człowieka. – Neén – po czym poprawiła się – Nie.

Pokiwał głową i przysunął się, by zająć się jej ranami. Drgnęła pod jego dotykiem, jakby chciała uciec, a twarz wykrzywił momentalnie grymas złości. Zbrojny nie zraził się tą reakcją. Mocniej złapał za nadgarstek ranionej ręki i wyprostował ją, przyglądając się krwawym śladom po pazurach. Elfka była zbyt słaba by toczyć kolejną walkę, potrzebowała też pomocy. Pełgającą w oczach złość zastąpił chłód.

Mężczyzna przemył rany raz jeszcze wodą z roztopionego śniegu. Oczyścił z krwi i brudu ręce, bok, bark i twarz. Kamuflaż zaczął powoli schodzić, ścierany wraz z juchą. Na wierzch wyszły ostre, nieco egzotyczne rysy oraz jasna karnacja. Wolf wielokrotnie słyszał legendy o wrodzonym i naturalnym pięknie elfów. Tymczasem miał przed sobą żywy dowód na to, że bajarze albo byli ślepi, albo mocno koloryzowali swoje opowieści. Kobieta nie przewyższała urodą wiejskich dziewek, a z dodatkowymi szramami na twarzy, mogłaby zbierać “datki” w ciemnej uliczce. Jednak tak, jak w każdej legendzie jest ziarno prawdy, tak i tu, uroda elfki miała w sobie coś, co przyciągało wzrok.

Po przemyciu sznyt, zostało tylko polać je gorzałką i przypalić nożem. Wiedzę tą mężczyzna zawdzięczał żołnierskiemu życiu. Po bitwie, gdy noszono rannych do obozowiska, albo zajmowano się nimi na miejscu nie zawsze starczało czasu dla każdego. Zbyt często medyk się spóźniał. Na trakcie, umiejętność radzenia sobie z ranami i drobnymi dolegliwościami zwróciła się dziesięciokrotnie.

Na początku elfka przyglądała się poczynaniom człowieka bez większych sprzeciwów. Chciała sama sobie przemyć twarz, ale mężczyzna, który nazywał siebie Wolfem nie pozwolił jej. Fuknęła gdy ten otworzył butelkę z alkoholem. Pachniało okropnie i dziwnie. Zastanawiała się co to za piekielne lekarstwo człowiek starał się jej podać.

– Co to? – Przypomniała sobie najprostsze pytanie w reikspielu.

– Gorzała, a co ma być? – odpowiedział sięgając po drewnianą łyżkę z juków – Wypij to kobieto. Wypij, a potem zaciśnij zęby na tym.

Wyciągnął w jej stronę łyżkę i zrobił gest jakby chciał ją ugryźć w poprzek. W drugiej dłoni wciąż trzymał butelkę z alkoholem. Rzucił okiem w stronę ułożonego na kamieniu noża. Ostrze z pewnością się już nadawało do przypalania, ale trzeba było jeszcze przemyć rany.

Elfka uniosła jedna brew słysząc nazwę cuchnącej cieczy. Nie do końca również zrozumiała o co chodzi z łyżką, a przynajmniej dopóki człowiek nie wykonał ruchu. Wzięła od niego butelkę i z bardzo podejrzliwym wzrokiem upiła pierwszy drobny łyk. Gdy tylko poczuła smak równie obrzydliwy co zapach, chciała wypluć wszystko. Widząc grymas niezadowolenia, Wolf błyskawicznie zasłonił usta kobiety dłonią.

– A-a-a… – mruknął – przełknij.

Z niedowierzaniem w oczach kobieta przełknęła palącą ciecz. Nie mogła wytrzymać jej smaku. Czuła jak trunek przedostaje się w dalsze części przełyku dziwnie rozgrzewając jej ciało. Gwałtownie wypuściła powietrze gdy mężczyzna już odsłonił jej usta.

– D’yaebl arse?! – powiedziała krztusząc się. Nie mogła sobie przypomnieć żadnego właściwego słowa w języku ludzi, więc wykrztusiła resztki oparów tego czegoś z gardła.

Zbrojny uśmiechnął się niewyraźnie. Wyglądało to tak, jakby gliniana maska pękła na wysokości ust. Odebrał elfce gorzałkę i sam pociągnął łyk.

– Nie rozumiem co do mnie mówisz… – mruknął – ale mam nadzieję, że ty rozumiesz mnie. Teraz będzie piec i boleć gorzej niż podczas walki. Nie próbuj nie zabić.

Przytknął szmatkę pod jedną z ran i przechylił butelkę, wylewając trochę alkoholu na rozorany pazurem mięsień. Elfka syknęła obnażając zęby z dość wydatnymi kłami. Chciała odsunąć rękę. Mężczyzna zakrył szmatką ranę i wcisnął kobiecie do ręki butelkę.

– Pij.

Kobieta pokręciła przecząco głową. Utrata krwi i mocny alkohol odebrały jej resztki rozsądku i został tylko instynkt. Boli – nie podoba się, niedobre – nie pije. Wolf mruknął coś pod nosem niezadowolony, ale wyciągnął jej z ręki gorzałkę. Znowu pociągnął łyk i polał alkoholem następną ranę. Elfka słabo starała się odsunąć. Nie miała siły się bronić. Jej ręka była wyciągnięta, ale reszta ciała starała się odsunąć od źródła bólu. Zbrojny położył szmatkę na kolanie i złapał ją za zdrowy bark nachylając się do twarzy.

– Wiem że boli, ale jak tego nie zrobię, stracisz rękę – kiwnął głową niepewny czy zrozumiała – Ano?

Zrozumiała, co nie znaczyło, że jej się podobało. Zamknęła oczy starając się przywołać rozum z powrotem. Wskazała palcem na butelkę.

– To pomoże? – po czym wykonała gest wskazujący na picie.

Wolf kiwnął głową w odpowiedzi. Elfka nie wierząc sobie wzięła butelkę. Powstrzymując niechęć wzięła głęboki wdech i potężny łyk odchylając głowę w tym zmuszając się do połknięcia cieczy. Choć się jej udało zakaszlała ponownie i zaśmiała. Umysł zalała fala otępienia.

Mężczyzna ponownie odebrał jej butelkę i znowu zajął się przemywaniem ran. Tym razem było łatwiej, bo elfka mniej się wyrywała. Gdy skończył, ponownie wręczył jej gorzałkę zachęcając do picia. Machnął jej przed oczami dłonią, skupiając uwagę na sobie i wyciągnął trzy palce. Kobieta tępo spojrzała się rozmytym wzrokiem. Pociągnęła łyk. Czuła jak jej ciało drętwieje. Wyciągnęła dłoń z trzema palcami wystawionymi w górę.

– Ano. Pij. Jeszcze dwa.

Elfka spojrzała się na butelkę. Pokiwała głową na boki wzruszyła ramionami i wypiła dwa kolejne hausty. Chciała odstawić butelkę. Ta lekko się zatrzęsła gdy elfka zaczęła się śmiać bez powodu. Wolf odebrał alkohol i odstawił naczynie na ziemię. Zamiast tego wcisnął jej między zęby drewnianą łyżkę. Sięgnął w stronę ogniska po nóż. Chowając go za nadgarstkiem mocniej ścisnął nadgarstek elfki i wyprostował ramię. Płynnym ruchem przystawił rozgrzane ostrze wzdłuż rany.

Ból jaki przeszedł ramię kobiety sprawił, że wszystkie mięśnie się napięły. Nogi się podkurczyły, tors poderwał się do przodu, zdrowa dłoń znalazła się na futrzanym płaszczu mężczyzny i zacisnęła się. Z zaciśniętych zębów wydał się ryk. Otępienie rozwiało się pod trwającym wieki bólem w ramieniu.

Mężczyzna odczekał chwilę, aż skóra przypiekła się wystarczająco mocno, by zasklepić ranę. Zwolnił chwyt na nadgarstku kobiety i ostatecznie go puścił. Znowu położył nóż na kamieniu i podsunął tak, aby płomienie lizały ostrze. Odwrócił się by spojrzeć na elfkę. Nie odzywał się przez moment patrząc w jej oczy i nasłuchując czy nic nie korzysta z okazji podkradając się do skromnego obozowiska. Kobieta patrzyła przed siebie i ciężko dyszała. Jej wzrok coraz bardziej się rozmazywał pod powracającym otępieniem.

Wolf odczekał dłuższą chwilę, aż ostrze znowu się nagrzeje i ponownie po nie sięgnął. Złowił spojrzenie kobiety i kiwnął głową pokazując broń. Elfka niemrawo kiwnęła głową jakby nie do końca wiedząc co ją czeka. W powietrze znowu się wzbił swąd palonego mięsa, a ranna szarpnęła się. Mężczyzna jednak mocno trzymał jej nadgarstek nie pozwalając zsunąć się broni na boki. Trzymał ją przez dłuższą chwilę, która trwała nieskończoność i w końcu odłożył broń na kamień przy ognisku. Elfka zsunęła się ze zmęczenia i pół leżała i pół siedziała oparta zdrowym barkiem i głową o drzewo. Klatka piersiowa kobiety unosiła się i opadała w rytm ciężkiego oddechu. Zadrżała z wyczerpania. Pół przymkniętymi oczami spoglądała na człowieka.

Zabieg powtórzył się raz jeszcze, zanim ranna zemdlała. Człowiek i tak był pod wrażeniem, że wytrzymała dwie tury z gorącym ostrzem. Był też zadowolony. Teraz mógł się nią zająć bez obaw o szarpnięcia i podrygi. Swąd palonego mięsa przyćmił zapach dymu z ogniska. Wolf nie przerywał jednak pracy. Przy twarzy dwukrotnie się zastanowił. Nie chciał jej zostawić nieuleczalnych blizn na całe życie, a wiedział że elfy mogą dożyć kilkuset wiosen jeśli nie dopadnie ich wcześniej gwałtowna śmierć. Pomyślał o igłach i nici, ale nie miał takich akcesoriów przy sobie. Karczma zaś była daleko.

Zaklął i odłożył nóż zastanawiając się gorączkowo nad sytuacją. Gdyby chodziło tylko o jej rany, nie miałby skrupułów. Nie chciał jednak zostawać dłużej w tym miejscu, niż powinien. Zwierzoludzi mogło być więcej, a ogień mógł ich zwabić.

Zasypał ognisko śniegiem i pociągnął raz jeszcze z butelki opróżniając ją do połowy. Rozprostował kości wyciągając się i podszedł do wierzchowca. Nasłuchiwał przez kilka minut odgłosów lasu. Mruknął po chwili i splunął na ziemię. Poluzował pasy siodła i przesunął je trochę do tyłu. Na przedniej części rozłożył grubą derkę.

– No Moneta… ruszamy w drogę.

Wrócił do ogniska, pozbierał ekwipunek i powrzucał wszystko do juków przy siodle. Ubrał elfkę w tunikę oraz kurtkę. Owinął kocem. Gdy ją podniósł zdziwił się jak niewiele waży. Bez większego trudu przerzucił ją przez konia i samemu wskoczył na siodło. Pochylił się jeszcze nad głową klaczy i poklepał ją po szyi.

– Równo Moneta. Szybko i równo…


Arkadiusz Marcjanek, Magdalena Budzyńska – Spotkanie

Tekst powyższego opowiadania znalazł się w numerze 6 (#3 2017) kwartalnika Abyssos.